Witam po długiej (zbyt długiej…) przerwie
Ostatni wpis był na chwilę przed wyjazdem na wakacje. Po powrocie chciałem napisać coś dłuższego, ale do takiego wpisu ciężej jest się zabrać no i tak zleciało…
Podsumowując wyjazd na wakacje – było niesamowicie, bardzo udany wyjazd. Bardzo wypocząłem, zanurzyłem się w zupełnie innym świecie z dala od pracy czy jakichkolwiek problemów. Miałem bardzo fajne poczucia życia zupełnie beztrosko, ciesząc się każdym nowym miejscem, podziwiając piękną przyrodę, próbując pysznego jedzenia, spędzając bardzo przyjemnie czas z dziewczyną. Potwierdziłem też na sobie ciekawostkę, którą gdzieś kiedyś przeczytałem – wakacje powinny trwać trzy tygodnie: w pierwszym się człowiek odzwyczaja od roboty, w drugim wypoczywa, a w trzecim już zaczyna tęsknić za powrotem do rzeczywistości. W pełni się to u mnie sprawdziło, tyle tylko, że faza odzwyczajania się trwała u mnie jakieś dwie godziny 
Wylecieliśmy z Warszawy do Helsinek, tam dwie godziny czekania i lot do Bangkoku. Loty międzykontynentalne są bardzo wygodne – dużo miejsca na nogi, rozkładane fotele, posiłki, napoje, mini-komputerek w oparciu. Obejrzałem sobie najpierw jakiś walnięty film japoński, a potem wzięliśmy tabletki nasenne żeby trochę odpocząć i spałem praktycznie do samego Bangkoku. Dolecieliśmy o 7 rano lokalnego czasu i zaraz łapaliśmy samolot na Phuket. Tam już szybki lot i koło 11 byliśmy na miejscu, odebrał nas samochód z hotelu (przy okazji – nie polecam takiego rozwiązania, zawsze jest droższe a załatwienie taksówki na miejscu nie jest specjalnie trudne…), zawiózł na Patong Beach i do naszego hotelu. Pierwszego dnia głównie rozglądaliśmy się po okolicy, poszliśmy na plażę, coś zjeść, taka aklimatyzacja
Plaża w Patong:

Miejscówka ogólnie bardzo fajna. Mieliśmy jakieś pięć minut spacerkiem do bardzo ładnej plaży – długa, piaszczysta, kilka knajpek, leżaków etc. Atrakcje plażowe były dwie – jedna to sporty wodne. Oprócz standardowych skuterków wodnych, desek, „bananów” etc była jedna ciekawa rzecz – nie wiem jak się fachowo nazywa ale była opcja na przelot na spadochronie ciągniętym przez łódkę. Przyczepiali Cię do tego spadochronu, mocowali to liną do łódki, po czym koleś obsługujący to rozpędzał się z Tobą i jak spadochron zaczął się unosić wskakiwał na linki od spadochronu i zaczynał się lot. Łódka pływała wzdłuż wybrzeża i można sobie było przez parę minut polatać. Najciekawsze w tym było to, że człowiek asystujący latał w ogóle bez żadnego zabezpieczenia, trzymał się po prostu tych linek nogami i rękoma, trochę hardcore
Drugą atrakcją były fale, które były bardzo silne, wysokie i przychodziły co chwila. Ciężko się przez to pływało, ale za to można się było bardzo fajnie bawić wskakując na nie, nurkując pod nimi, dając się unosić. Może nie brzmi to jakoś super ale ja bardzo lubię morze i takie beztroskie pluskanie sprawiało mi kupę radości
Zrobiliśmy sobie dwa takie pełne dni na plaży, popijając do tego piwko, sok z kokosa, taka turystyczna egzotyka
Latanie na spadochronie:

Wieczorami chodziliśmy do tzw. miasta, czyli na kilka głównych ulic z knajpami, straganami. Główną atrakcją były tam jednak pokazy typu ping-pong show, kluby z tańczącymi panienkami i po prostu burdele. Jak się domyślacie na wakacjach z dziewczyną nic z tego mnie nie interesowało
Było to zresztą podane w na tyle prostackiej formie, że dla trzeźwego człowieka nie było to specjalnie pociągające (jednak zakładam, że mając odpowiednią dawkę promili we krwi wszystkie laski stają się piękne a obskurne lokale wyglądają bardzo przytulnie). Myśleliśmy, czy by się na ping-pong show nie wybrać (na zasadzie poznania lokalnej atrakcji), ale wszystkie lokale, które widzieliśmy wyglądały dość tandetnie i nie byłem do końca pewien czy nie będzie czegoś w stylu „opłata za wyjście” (Kwas o tym kiedyś na swoim blogu pisał) więc w końcu stwierdziliśmy, że nie jest to warte ryzyka. Ogólnie na ulicach było mnóstwo ludzi zaganiający do czegoś – do restauracji, do klubu, do swojego straganu, do taksówki. Strasznie to męczące było, bo nie można było praktycznie nigdzie przejść. W jednym straganie mieli nawet koszulki z napisem „No, thank you”
Udało nam się znaleźć jeden dość spokojny bar (prowadzony zresztą przez Australijczyka) w którym leciała fajna muzyka, można było do tego porozmawiać i był nad samym morzem. Co zastanawiające nad morzem było bardzo mało lokali, podejrzewam, że to przez to, że morze tam dosyć mocno wylewało na plażę w nocy, mają też przykre doświadczenia z tsunami.
Wielkim plusem pobytu w Tajlandii były doświadczenia kulinarne. Jedzenie jest tam po prostu pyszne, do tego bardzo tanie. Ja jestem głównie mięsożerny, więc zajadałem się głównie różnymi formami kurczaka – w curry, z tajską bazylią, z orzechami nerkowca, w innym curry, z pad thaiem. Moja dziewczyna z kolei jadła głównie owoce morza, których było tam mnóstwo – krewetki, kraby, homary, ryby. Wiele knajp miało oddzielne stoiska właśnie z owocami morza gdzie wszystko to było wystawione na lodzie, można sobie było nawet wybrać, które mają Ci zrobić. Niektóre z nich wyglądały dosyć strasznie i zastanawiam się jak ktoś to kiedyś zobaczył wychodzące z morza to zamiast pomyśleć „Potwór, ewakuujmy wioskę” pomyślał „Hmn, zjedzmy to, pewnie smakuje jak kurczak”
Dużym plusem były również świeżo wyciskane soki, które były praktycznie wszędzie – szczególnym uznaniem darzyłem świeży sok z arbuza. Wszystkie te pyszności były do tego bardzo tanie – w knajpie nad brzegiem morza za obfity obiad dla dwóch osób płaciliśmy równowartość 20 zł. Do tego w przydrożnych straganach można było kupić świeżo owoce, od razu przygotowane do spożycia – dostawało się je w woreczku z dużą wykałaczką do jedzenia
Seafood:

Wybraliśmy się też na dwie wycieczki na okoliczne wysypy. Najpierw popłynęliśmy większym statkiem na tzw. James Bond Island (nazywana tak ponieważ kręcili tam „Men with the Golden Gun”). Sama podróż statkiem była całkiem fajna ze względu na widoki, wyspa też bardzo ładna, wracając zaliczyliśmy również wycieczkę kajakową. Kajakiem odpłynęliśmy ze statku (mieliśmy do tego przewodnika, który z nami płynął i wiosłował :)) i wpływaliśmy sobie w różne jaskinie czy koło wysp. Trafiliśmy na bardzo fajnego kolesia, który mega się starał żeby nam pokazać fajne rzeczy – ładne ujęcia do zdjęć, przejście mini podziemną rzeczką, miejsce wylęgu żab, do tego był bardzo pozytywny. Później wzięliśmy od niego kajak i sami sobie popływaliśmy, zwiedzając linie brzegową i mniej uczęszczane jaskinie. Następnego dnia popłynęliśmy taka trochę większą motorówką na wyspę Phi Phi, również zwiedzając po drodze mniejsze wyspy. Tutaj głownie chodziło nam o nurkowanie (technicznie snorkeling bo licencji na prawdziwe nurkowanie nie mieliśmy, ale nie lubię tego słowa więc będę pisać nurkowanie :)). Było to bardzo przyjemne, sporo ciekawych rzeczy można zobaczyć pod wodą, do tego same wyspy bardzo ładnie się prezentowały. Dobrze, że kupiliśmy przed wyjazdem etui na aparat do robienia zdjęć pod wodą – zaskakująco dobrze się sprawdziło i zdjęcia nawet wychodziły
James Bond Island:

Okoliczne wyspy (po bokach ślady po etui na aparacie):


Fishe:

Po tygodniu na Phuketcie nadszedł czas na wyjazd, przenosiliśmy się do Kuala Lumpur. Ale żeby nie robić zbyt długiego wpisu wrzucę to jutro bo widzę, że już się za bardzo rozpisałem