Cześć
Z tej strony ciaciak, jestem 22-letnią, bezrobotną ofermą, zapychającą czas wizytami na jednej z popularniejszych śląskich uczelni. Urodziłem się i całe życie mieszkam na Górnym Śląsku, z którym identyfikuję się i jestem mocno związany. Niestety lub stety, znajomość gwary sprowadza się do ograniczonego zasobu słów - pochodzę z inteligenckiego domu, w którym mimo głębokiego zakorzenienia w naszej małej ojczyźnie, dbałość o poprawną polszczyznę i świadomość jakości wypowiedzi zostały we mnie wpojone bardzo wcześnie i wyparły tradycję.
Czym różnię się od rówieśników, typowych przedstawicieli swojego pokolenia? Prawdopodobnie wszystkim. Mentalność determinująca moje codzienne działania zatrzymała się na poziomie dziesięcio, dwunasto, może trzynastolatka. Nie mam chłopaka ani dziewczyny, pracy, nie chodzę na imprezy, przeraża mnie myśl o jakiejkolwiek aktywności, działaniu czy stresie. Nie znoszę wychodzić z domu, przebywać między innymi ludźmi. W towarzystwie uciekam wzrokiem, by przypadkiem nie spytano mnie czym jeżdżę, gdzie pracuję, co robiłem przez weekend czy jakie miejsca odwiedziłem w wakacje.
Nie jestem jak Adaś w "Dniu świra" doszukujący się drzazgi w oku każdego bliźniego napotkanego na drodze. Fragment tekstu jednego z utworów zespołu Myslovitz "Chciałbym stać się tak jak oni - wszyscy młodzi, piękni, zdolni" przyprawiony jest szczyptą żalu i zazdrości, których także nie odczuwam. Trudno mówić o zazdrości, to po prostu inny świat, w którym zostaje przekroczona bariera dorosłości i odpowiedzialności, coś czego póki co nie jestem w stanie dotknąć i poczuć. Pozostaję biernym obserwatorem, niczym pięcioletni chłopiec, ledwie wprowadzony w zakamarki piłki nożnej, obserwujący zza szkła telewizora poczynania Xaviego, Cristiano Ronaldo, Van Persiego.
Trochę pozytywów - wbrew temu, o czym pisałem wcześniej - jestem lubianą osobą. Z szybkością wzbudzam zaufanie innych. Może dlatego, że raczej słucham, niż mówię. Po pierwsze, nie sądzę by moje życie interesowało kogokolwiek, kto z płonącymi policzkami ledwo łapiąc oddech opowiada o swoim. Po drugie - nie zamierzam przekonywać do swojego zdania osób, którym w większości nie dorastam do pięt.
Od zawsze moim hobby są (a może już "były", w ostatnich latach ograniczyłem ilość startów) szachy. Poza wakacyjnymi wyjazdami na turnieje czy krótkimi rozgrywkami mniej więcej co drugi weekend, szachy to odskocznia od codzienności, coś co zaprząta myśli i nie daje przejść obojętnie. Dla wtajemniczonych, doszedłem do I++, niewtajemniczonych - przeciętnego poziomu, który pozwala jedynie pokonać parkowych grajków i mieścić się w ścisłej lub szerokiej czołówce podczas jednodniowych regionalnych turniejów.
Co mnie cieszy? Przeanalizuję ten aspekt pod kątem horyzontu czasowego. Przeszłość - na mej twarzy wywołują uśmiech jedynie wspomnienia komiczne, nasiąknięte ironią i absurdem. Przywracanie w myślach obrazu porażek samo w sobie powoduje chęć zapadnięcia się pod ziemię, natomiast sukcesy i zwycięstwa są zamkniętą księgą, symbolizującą chwile, których nie powtórzę, kiedy byłem trochę bardziej zadowolony z siebie, niż jestem teraz.
Teraźniejszość. Cieszy, że rodzina żyje w zgodzie, zdrowiu i na przyzwoitym poziomie. Jeśli chodzi o przyszłość - cieszą sprawy krótkoterminowe, drobnostki. Perspektywa popołudnia na pokerstars, obejrzenia z rodzicami filmu, z bratem meczu, włączenie ulubionej muzyki czy zbliżający się trening lub nowa produkcja na przykład sick pastora, rushera, muckinfelli, arcymastera, hahaunaaba.
Satysfakcję sprawiają mi motywy artystyczne dostrzegane w rozegranych partiach szachów czy rozdaniach pokerowych. Potrafię kilka razy z rzędu odtwarzać rozegraną przed momentem partię.
Filmy - wśród najbliższych mojemu sercu:
- produkcje Woody'ego Allen'a, w których urzeka ekstrawagancka postać grana przez samego reżysera
- "O północy w Paryżu" (też Allen) - banalny wątek przedstawiony z dynamiczną intrygą, ilustracja tęsknoty za przeszłością, towarzyszącej ludzkości od zawsze, niezależnie od epoki
- "Dekalog" Krzysztofa Kieślowskiego, zmuszające do refleksji historie umiejscowione na ponurym tle codzienności PRL-u
- "Dzień świra" - z każdym dniem rzeczywistość uzmysławia, że obraz Polski stworzony przez reżysera Koterskiego ani trochę nie odbiega od świata, w którym codziennie funkcjonujemy
- "Świat według Kiepskich" - jak wyżej
- "Dzień świstaka" - tym tytułem inspirowałem się wymyślając nazwę bloga. Kto film widział, od razu wyczuje analogię. Podobnie jak główny bohater, każdego z pozoru identycznego dnia będę starał się wyłapać jedno zdanie, sytuację, moment, by uczynić go lepszym niż poprzednie, by choć o krok być dalej niż wczoraj.
Oprócz wyżej wymienionych cenię polskie produkcje z końca XX wieku (np. "Chłopaki nie płaczą") czy te trochę starsze: "Wodzirej", "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz", "Wojna domowa", "Czterdziestolatek".
W odróżnieniu od taśm, jakimi jesteśmy karmieni obecnie, cechują się jakąś ukrytą prostotą i swojskością. W nich (pożyczając czyjeś, niestety nie wiem czyje słowa) nie ma szklanych drapaczy chmur będących niepisanym symbolem przejęcia władzy w świecie przez międzynarodowe korporacje, obowiązku, by chociaż jeden bohater był homoseksualny, a dwójka innych zwierzała się ze swoich problemów emocjonalnych spożywając lunch. Tak, właśnie lunch. Powszechna amerykanizacja, kult młodości i konsumpcji. Wychowanie w internecie i za pośrednictwem wątpliwych programów serwowanych przez publiczną i niepubliczną telewizję.
Muzyka - najbardziej odpowiada mi rockowa (polecam bloga http://blognroll.blox.pl, biorącego pod lupę ten fragment sceny muzycznej). Z polskich wykonawców Dżem, Hey, Ira (ta z lat 90.), Kult, Myslovitz, Edyta Bartosiewicz, Pidżama Porno, Czesław Niemen, Wilki, T-Love, Perfect, Budka Suflera. Z zagranicznych - Iron Maiden, Metallica, Deep Purple, The Beatles, The Rolling Stones, Pink Floyd, Pearl Jam, Nirvana, Alice in Chains, Oleander, Creed, U2. Oprócz rocka, jestem otwarty na lżejsze, popowe czy pop-rockowe brzmienia i pojedyncze akcenty rapu, poruszającego w tekstach socjologiczne problemy. Pranie osobistych brudów z podkładem w tle ociera się o żenadę, nie sztukę.
Przechodząc z branży komercyjnej na boiska piłkarskie - kibicuję głównie śląskim klubom, najmocniej Ruchowi Chorzów. Nie rozumiem wewnętrznych podziałów i lokalnej nienawiści. Z polskich drużyn lubię Legię. Ma ciekawy, młody skład i fajny stadion. Na szacunek zasługują zarówno trener Urban, jak i jego poprzednik Maciej Skorża. Obok Legii - Wisłę Kraków, za emocję jakich dostarczyła kibicom minionej dekady w starciach z Parmą, Lazio, Interem, Schalke, Barceloną.
Robiąc krok w stronę boisk zagranicznych, wkraczamy na śliski grunt, Zupełnie nie rozumiem, jak można szczerze i z serca kibicować komuś z obcego podwórka, głównie Barcelonie, Realowi Madryt, Juventusowi, Manchesterowi United (BVB z wiadomych przyczyn nie zostaje wymieniona). Na portalach społecznościowych i forach internetowych często nadarza się okazja, by śledzić wymiany argumentów między takimi właśnie sympatykami. "My(...)", "Wy(...)", "Z nami(...)", "Kupiliśmy(...)". Jacy, kurwa, "my"? Żenująca farsa. Widok Polaków poubieranych w stroje FCB cieszących się podczas meczu Lechia - Barca z wyrównującego gola dla gości powinien wywoływać śmiech i pukanie się w czoło.
Jeśli miałbym wskazać jedną zagraniczą drużynę - byłby to Bayern Monachium. Nie dlatego, że obecnie jest na szczycie. Polubiłem ich mając 9 lat, w 2000 roku. Podczas dwumeczu z Realem Madryt, kiedy z powodu niekorzystnego wyniku w drugiej połowie rewanżu, ówczesny trener Bayernu Ottmar Hitzfeld płakał. Od zawsze jestem wrażliwy na takie sceny. Polską reprezentację od kliku lat oglądam w kategoriach żartu. Ciepłe uczucia do kadry wróciły wraz w pojawieniem się trenera Fornalika, ale niestety pożądanej rewolucji nie widać.
Wspomnę o jeszcze jednej rzeczy, z której czerpię trudną do uzasadnienia satysfakcję - słowie "nie".
Od małego kręciło mnie odmawianie. To nie, tamto nie. Po kolei rezygnowałem z pływania, roweru, tenisa, gry na instrumencie. Pozostanie w domu na czas szkolnej dyskoteki czy spotkania ze znajomymi powodowało szaleńczy błysk w oku i uśmiech przez zaciśnięte zęby. Do dziś sytuacja nie uległa zmianie. Jedyna różnica polega na tym, że 10 lat temu robiłem to z pełną świadomością i satysfakcją, teraz czuję, że decyzje podejmuję z zgodzie z naturą. Naprawdę dostaję drgawek szukając wymówek, by nie iść na piwo, grilla czy wymyślając powody, dla których nie wybiorę się na turniej w wakacje.
Na pokera zwróciłem uwagę dzięki szachistom. Jako, że obie gry wymagają trzeźwego umysłu i zdolności analitycznych nie dziwi, że pewna grupa osób może pochwalić się sukcesami przy obu stolikach. Wizytówką powiązań szachowo - pokerowych mogą być na przykład Radosław Jedynak i znany społeczności pokerstrategy ZAPOLEK. Z uznaniem przyglądałem się grze czy słuchałem pokerowych historii kolegów szachistów. Pokera traktowałem ( i traktuję dalej) jako grę, do której trzeba mieć jaja. Nie oszukując się - dotychczasowe życie pokazało, że jaj nie mam, dlatego też w przeszłości nie wgłębiałem się w jej tajniki.
Do gry namówił mnie kolega z uczelni około maja 2012 roku. Co ciekawe, zna terminologię, przyzwoicie orientuje się w podstawowych strategiach cashówek, ogląda WSOPy, WTP, high stakesy itp., a nigdy nie spróbował sił chociażby na microstakes czy freerolach. Kupiłem książkę Jana Meinerta "Poker - vademecum gracza" i 2 miesiące pykałem na playmoney. Minął maj, czerwiec, skończył się semestr w szkole i poker poszedł w odstawkę. Pół roku później, za namową kolegi szachisty zarejestrowałem się na pokerstrategy. Jednego dnia odwiedzałem stronę, drugiego nie. Pewne fragmenty artykułów były dla mnie zrozumiałe, inne nie.
W lutym zgarnąłem startowe 10$ na William Hill i zacząłem klikać. Nie rozumiałem zasady call 20, czemu cold call z A8s vs otwarcie z UTG nie jest dobry, a także czym różni się otwarcie QJo z EP od otwarcia tejże ręki z BU czy SB. Mimo tego, bankroll krążył w okolicach wartości początkowej, z odchyleniem standardowym jakieś 4-5$.
Z czasem zainteresowałem się sekcją video, obejrzałem serię arcymastera "Arcyciekawe session review dla początkujących" i "Crushing microstakes" muckinfelli. Zwłaszcza ta druga była dla mnie, laika, objawieniem. Znakomita praca popularnego trenera, którą polecam każdemu początkującemu graczowi. Muckinfella ze swobodą, w prosty sposób przedstawił esencję gier cashowych, strategię pozwalającą ze świadomością siadać do stolików SH na najniższych stawkach. Pewnie nie jestem jedyną osobą, która przy nadarzającej się okazji postawiłaby muckinfelli flaszkę za wykonaną pracę.
W okolicach kwietnia postanowiłem zabrać się za zooma na pokerstars. Wpłaciłem 30$ i zacząłem pykać NL2 SH, na którym utknąłem aż do dziś, i nie wiadomo jak długo jeszcze. Parę razy "szotowałem" NL5, co zwykle kończyło się utratą paru buy-inów lub zamknięciem stolików z powodu braku pewności siebie. Za każdym razem pojawia się w głowie myśl, że zupełnie nie nadaję się nawet na rekreacyjnego gracza. Od kwietnia, początkowe 30$ ewoluowało w ponad 400$ na samych cashach. Zdaję sobie sprawę, że NL2 to droga do nikąd i zero satysfakcji.
Nie będę stawiać sobie celów typu "do końca października grać NL60 tysięcy" albo "do lipca 2019 zbudować willę z basenem w dzielnicy nowobogackich snobów za dolary natrzepane z rakebacku". Nie zamierzam prowadzić w tym miejscu codziennego session review, wklejać wykresów, rozdań, przeżywać wahań rolla czy żalić się po przegranym stackoffie na flopie top set vs. flush draw.
Lubię pisać (jedyną rzeczą, przy której "pióro" odmawiało mi posłuszeństwa, była praca dyplomowa) i jeśli jakaś sytuacja na boisku, szachownicy, przy stoliku pokerowym, film, książka czy wizyta w centrum miasta wzbudzi we mnie emocje, nastukam jak wygląda to w moich oczach.
Domyślam się, że nie będę miał zbyt wielu czytelników. Być może nikt nie dotrwa nawet do końca pierwszego wpisu, jednak nie jest to dla mnie utrapieniem. Parę razy prowadziłem dzienniki piłkarskie czy szachowe, które nigdy nie poczuły na sobie spojrzenia innego niż moje, a w końcu zostały zażegnane bez żalu w otchłani worka z napisem "papier".
To tyle o sobie. W najbliższych dniach rusza blog świstaka.