Przejdź do forum
Wielki konkurs lite...
 
Powiadomienia
Wyczyść wszystko

[Zamknięte] Wielki konkurs literacki: "moje pokerowe przeżycia"

23 Posty
1 Użytkownicy
0 Reakcje
12.5 K Wyświetlenia





W tym wątku będziemy zamieszczać historie nadesłane na konkurs "moje pokerowe przeżycia".

Szczegóły w tym newsie.

Kolejność wklejania jest całkiem przypadkowa, specjalnie też nie podajemy nicków naszych literatów,

żeby nikt się nimi nie sugerował przy wyborze najlepszych prac.

Samych autorów prosimy o nieujawnianie się, aż do końca zabawy.

Zapraszamy do komentowania prac w specjalnym wątku dyskusyjnym.


22 odpowiedzi

Praca numer 1

When you've had money and lost it, it can be much worse than never having had it at all!

Mam na imię .... Historia, którą tu przytocze miała miejsce około roku temu. Zaraz po ukończeniu przeze mnie 17 lat.

A wszystko zaczęło się właśnie tutaj - na pokerstrategy.com, otrzymane 50$

(nie pamiętam nawet na kogo założyłem konto) i gamblin' w czystej postaci ;).

Chwila moment i kapitału nie ma - co teraz? Nieciekawy okres w moim życiu, wpłaty po 10-20$, biegiem ze szkoły aby tylko zagrać sesyjkę.. i w końcu wszystko przegrać.

Coś we mnie pękło, wziąłem się za naukę od headsupów po turnieje - na rezultaty długo nie trzeba było czekać - grind HU

(czasem zaglądałem nawet na NLhu1k$ - ahh ten gambling:) ) i po paru miesiącach stuknęło mi 100k PLN.

Siedemnastolatek i 100k PLN na koncie?! Odstawiłem pokera bo szczerze mówiąc miałem już dość gry.

Rozpoczął się nowy etap w moim życiu - IMPREZY! Nigdy wcześniej nie wyobrażałem sobię, że można zostawiać w klubach po 1-2k pln - a tak się składa, że ja to właśnie robiłem..

A w takich klubach przecież trzeba też dobrze wyglądać, czyż nie mam racji ? ;)

Garnitur na miarę, spinki z diamentami na zamówienie etc. etc.

Nim się obejrzałem, został mi skromny roll na NL50hu - zdałem sobię sprawę, że muszę znów grać (choć tego nienawidze!), ze względu na brak rezultatów w HU (wypaliłem się ;P) przerzuciłem się na turnieje.

Długo nie musiałem czekać na pierwszą porządną wygraną, wygrałem coś w przedziale 10-15k$. Wtedy też zainteresowałem się ruletką..

Bo co to jest rzucić 200$ na czarne czy też czerwone, prawda? Wygrana jakichś 2k$ na ruletce zachęciła mnie do dalszej gamblerki.

Zaś po stracie paru kolejnych k$ powiedziałem sobię, że trzeba sobię dać z nią spokój.

Nie pamiętam dokładnie co stało się z moją wygraną, wiem tylko, że z paroma k$ na koncie wróciłem za kółko i kręciłem bardziej pewnie,

kiedy zostało mi kilkaset dolarów obstawiłem 200$ na zero - i nagle pojawia się informacja CONGRATULATIONS~~ Stan konta: 8k$ :) .

Zmądrzałem, zainwestowałem je. Najgorsze jest to, że ten kraj jest tak POJEBANY, że każdy stara się każdego wyruchać, firmy programistyczne,

którym zleciłem do wykonania moje świetne pomysły, po paru miesiącach robót mówiły mi po prostu, że jednak temu nie podołają, że to im się nie opłaca etc.

(przy podpisanych umowach...).

Jedna firma zwróciła mi nawet zaliczkę! Dwie pozostałe pozywam właśnie do sądu, ponieważ nie odesłali mi zaliczki.

Pokerowy światek już pożegnałem, okazyjnie pogrywam sobię turnieje z wpisowym 100~~$, od ruletki trzymam się z daleka.

W ciągu miesiąca startuje z moją ostatnią inwestycją - wish me good luck, mam nadzieję, że tym razem się uda;).

Pozdrawiam!


Praca numer 2

Grał jak nigdy, przegrał jak zawsze, czyli dzień przeciętnego pokerzysty

Była godzina 10.03. ........... leżał na łóżku mętnym wzrokiem gapiąc się w sufit. Wstał zaledwie kilka minut wcześniej, lecz wciąż nie mógł dojść do siebie. Obrazy z wczorajszej sesji cały czas przewijały mu się przez głowę. W pokera grał codziennie od ponad pół roku, ale tak fatalnego dnia nie miał już od dawna.

A miało być tak pięknie… Zaczęło się od pewnie wygranej satelity do Sudany ¼ Million. Potem The Big Littre Tournament- wygrał kilka małych potów i dostał jakiegoś wrednego bad beata, po którym stracił 85% żetonów.

Na wspomnienie tej sytuacji wzdrygnął się i na chwilę wytężył umysł, żeby przypomnieć sobie to rozdanie, ale już po kilku sekundach przekonał się, że to zadanie go przerasta. Pamiętał jedynie, że w kolejnym rozdaniu wpieprzył resztę żetonów na stół nawet nie zerkając na karty i w ten sposób pożegnał się z turniejem po 24 minutach gry zajmując coś około zaszczytnego 29,773 miejsca.

Po chwili przerwy odpalił PokerStars i na powitanie ujrzał reklamę All Star Week z pięknym turniejem za 11$. Już chciał się do niego zapisać, gdy jak grom z jasnego nieba uderzyła w niego okropna myśl: BANKROLL MANAGEMENT.

Otwarł kasjera i ujrzał na swoim koncie magiczną kwotę 45.67$. Przez kilka minut mrużył oczy, potrząsał laptopem, przechylał głowę zerkając pod coraz to innym kontem na swoje saldo i wykonywał masę innych bezskutecznych czynności, które miały w jakiś cudowny sposób pomnożyć jego stan posiadania. Kiedy oswoił się z myślą, że nic w ten sposób nie wskóra, rozegrał serię dolarowych satelit do Sudany ¼ Million.

Efekt? Taniej by wyszło gdyby po prostu zarejestrował się bezpośrednio do tego turnieju. No i przynajmniej by w nim zagrał…

Wypił kilka szklanek zimnej Pepsi, zjadł pół wielkiej paki Lay’sów i wybiła godzina 21.30, kiedy to z wielkimi nadziejami rozpoczął długo wyczekiwany Sudany ¼ Million. O godzinie 22.07 otrzymał pierwszą- i jak się później okazało ostatnią- grywaną rękę. Para dam, po pół godzinie podgryzania przez szybko rosnące blindy miała być zbawieniem- byłaby… gdyby nie asy przeciwnika. Na niskim flopie szybko poszły alliny i kolejny turniej stał się jedynie niemiłym i bardzo krótkim wspomnieniem.

Na koniec dnia odpalił trzy micro MTT na FullTiltPoker. Dwa z nich zakończyły się podobnie jak BLT i ćwiartka miliona, ale trzeci rokował wielkie nadzieje. Do kasy dostał się bez problemu, utrzymując się długo w TOP15, ale kiedy zostało około 60 graczy, wszystko zaczęło iść nie tak… Grywanych rąk nie było, a 90% prób kradzieży blindów nadziewało się na agresywnego resteala.

Kiedy w stacku zostało 14BB znalazł na UTG big slicka. Wiedział co zrobi- widział to kiedyś w Poker After Dark w wykonaniu Daniela Negreanu- stop and go. Szybki limp, za nim dwa kolejne, koleś z BU przebija, a on jak planował wrzuca allina z zadowoloną miną- koleś z MP2 też się statkuje z ok. 20BB, a to wszystko sprawdza big stack z butona.

Pokazują oni odpowiednio- 88 i QQ. Nie ma źle- pomyślał. Jednak flop przyniósł złe wieści: 8QK. Turn i river cudu nie uczyniły i kolejny turniej przeszedł do historii, tym razem 29 miejsce, co pomnożyło wpisowe- 1,10$ w kolosalne 2,84$. Korzystając z tego, iż w domu był sam skwitował swoją sesję soczystym, staropolskim: „Kurwaaaaaaaaaaaaa” i poszedł spać.

Kiedy tak gapił się w sufit miał nadzieję, że taki dzień szybko się nie powtórzy. Wstąpiły w niego nowe siły i wiara we własne umiejętności. Szybko podniósł się z łóżka i udał się do łazienki. Kiedy pełen optymizmu poddawał się porannej toalecie, nawet nie przeczuwał jakich dramatycznych wydarzeń będzie nie tylko świadkiem, lecz również uczestnikiem- i to już za kilka minut.

Po chwili schodził już- z uśmiechem na twarzy- schodami w kierunku kuchni. Umierał z głodu. Jeszcze 3,2 i 1 schodek, minął router i wszedł do kuchni. Niby wszystko jak powinno być, ale coś mu nie pasowało, coś wywołało dziwny niepokój. Cofnął się o kilka kroków i wtedy to ujrzał… Jedna z diod na routerze migała jak szalona. To ta dioda, która nigdy go jeszcze nie zawiodła, a pracowała dla niego już ponad 3 lata. Ta dioda, która dumnie tkwiła na straży jego dostępu do świata zewnętrznego, no… i do pokera.

Przez chwilę stał nieruchomo nie wierząc w to co widzi. Nigdy nie był spokojny wiedząc, że jego Internet to neostrada, wiedział, że to nieopłacalne i powolne, ale zwykle bywało bezawaryjne. W momencie mózg zaczął pracować mu bardzo sprawnie. Sprawdził czy wszystkie kable są dobrze połączone- kiedy to nie pomogło, znalazł numer telefonu na infolinię, wziął do ręki telefon i przekonał się, że… nie ma sygnału. Po raz kolejny z jego ust wyrwało się głośne: „kurwaaaaaaaaa” i zaczął poszukiwania komórki.

Żałował, że nie jest teraz w malutkiej kawalerce, tylko w wielopiętrowym domu. Po kilku minutach intensywnych poszukiwań, odnalazł ten niewielki prostokątny obiekt własnego pożądania i wykonał telefon, od którego miało wiele zależeć. Diagnoza? Awaria w centrum Wisły- może naprawią w ciągu kilku godzin, ale możliwe ze potrwa to nawet do jutrzejszego południa. Wizja całego dnia bez Internetu doprowadzała go do szału. Nie mógł sobie znaleźć miejsca, stracił apetyt. Obejrzał dwa odcinki Rodziny Zastępczej i film Szybko i Wściekle, co chwile zerkając na ową diodę marząc by wreszcie się uspokoiła.

Kiedy wybyła godzina 15.00, nie wytrzymał ubrał się i wyszedł do sklepu, gdzie zaopatrzył się w spory zapas Pepsi. Po powrocie ujrzał to na co czekał pół dnia- dioda spokojnie się paliła. Nie dowierzał. Szybko odpalił komputer, otworzył przeglądarkę i kiedy trzecia z kolei witryna się załadowała, zdał sobie sprawę, że kryzys został zażegnany. Miał ochotę odpalić sobie 10 różnych turniejów, ale powstrzymał się. Z radości wrócił apetyt, więc korzystając z okazji zjadł solidny obiad, obmyślając przy tym plan wieczornej sesji.

Potrzebował jakiegoś wyjątkowego wyzwania, czegoś co pozwoli mu w 100% skoncentrować się na pokerze, potrzebował turnieju Super Stack $10K Guarantee z wpisowym 11$ na FullTilcie.

Znalazł się w dziwnym położeniu- aniołek do prawego ucha szeptał: „przestrzegaj bankroll management”, a diabełek do lewego: „pierdol bankroll management”. Wybrał kompromis. Zagrał dwie satelicki za 0,9$, w których wygrał na połowę Buy-in’u. Nauczony wczorajszym doświadczeniem, nie grał więcej i drugą połówkę postanowił wyłożyć z własnego rolla. O 19.00 w pełni skoncentrowany zasiadł przed komputerem i już w pierwszym rozdaniu trafił na AKo, na niebezpiecznym boardzie: TTJ K J, zmuszony był zrzucić top parę tracąc przy tym 20% żetonów.

Kilka rozdań później chojracko wyblefował z czwartą parą wojnę blindów, dzięki czemu wrócił do początkowego stanu posiadania, a tuż przed pierwszą przerwą podwoił się z parą dam łapiąc fulla na flopie: TQT. Na tym dobre karty się skończyły… Jeśli już czasem pojawiła się niska para, z którą trafił seta, pozostał on nieopłacony.

Mimo tego, iż karta nie szła przez kilka kolejnych godzin, dzięki wyjątkowej tego dnia grze bez kart- głównie agresywnym reastealom, udało mu się bez większych emocji dotrwać do kasy, tylko raz przy tym doprowadzając do showdownu, kiedy to para trójek okazała się mocniejsza od QJs big stacka, co wywołało jego spore zdziwienie- zważając na szczęście dnia poprzedniego.

Już w kasie szczęście ponownie mu dopisało, kiedy to push z AJo okazał się mocniejszy od AQo przeciwnika, wyrywając się z beznadziejnej sytuacji i przedłużając nadzieję na deepa. Jak to z nadziejami bywa, jak szybko przyszła tak szybko zniknęła, kiedy to AQ nadziało się na AK, zostawiając go na 11BB, które to stracił kiedy A9s zostało zmiażdżone przez rakiety przeciwnika. Ostatecznie zajął miejsce dające nieco ponad 21$ wygranej i w poczuciu częściowego triumfu położył się spać, aby zakończyć ten pełen emocji i adrenaliny dzień.

Zasnął tuż po przyłożeniu głowy do poduszki i chwilę później już śnił, jak to uczestniczy w treningu Simona, po tym jak wyrobił platynę na PokerStrategy.com. Kolejnego dnia wiedział, że ten sen, tylko snem już pozostanie…


Praca numer 3

„Wielu traci, aby wzbogaciło się niewielu”

Autor nieznany

No Limit Holdem … uwielbiany i znienawidzony, ale ciągle żywy.

Nie pamiętam chwili, kiedy pierwszy raz spojrzałem na ekran monitora wyświetlającego główne lobby, ale gdybym wiedział do czego mnie to doprowadzi…zawahałbym się, a może nawet wycofał.

Jestem pokerzystą, a oto moja krótka historia…

Dzień wcześniej późna godzina…

- Przebijaj !

( ..oto Dolar, mój dobry kumpel od dziecka. Chwyta się wszystkiego na czym można zarobić. O pokerze nie ma zielonego pojęcia, ale on sam sądzi inaczej, więc wspiera mnie zawsze przy monitorze.)

- Przebijaj mówię !

- ale mam tylko parę dwójek bez pozycji idioto !

- zaufaj mi , przebij to w morde Asa, bo będziesz żałował !!

- pot committed … mówi ci to coś ?! jeśli teraz coś postawię i nie wygram to mogę wylecieć , a to już faza bubble !

- przebijaj! Mam przeczucie … w morde Asa.

- w dupie mam twoje przeczucie , wpisowe sporo mnie kosztowało!

- marne 200$ też mi coś..

Dolar jakby wyczuł i na chwile wycofał się z zasięgu moich rąk, ale po sekundzie nalegał dalej:

- nie bądź baba ! Przebij to!

Przebiłem.

Kilka sekund później..

- o nie..

- o w mordę Asa..

Chwila obecna

Poker stał się dla mnie czymś więcej niż tylko rozrywką. Od pierwszych chwil czułem ,że mogę wzlecieć wysoko i szybować spoglądając na kotłujące się w dole ryby. To uczucie dawało mi siłę i pragnienie na więcej. W mojej głowie co chwilę pojawiały się migające neony kasyn za każdym razem, gdy patrzyłem na logo WSOP wiszące nad łóżkiem.

Ktoś wyrwał mnie z zamyślenia:

- … ciągle jesteś zły o te dwójki !?

- Dolar ty już lepiej nic nie mów.

- ale to były silne karty … w mordę Asa.

- nie przeciwko pocketowi Asów bałwanie ! ..i w ogóle co to za powiedzonko..’w mordę Asa?!’.

- czep się żetona i psiego ogona pokerzysto za piątke!. Chciałem dobrze.

-Taa. Teraz muszę jechać Cash’ówki żeby się odbić.

Dolar tylko spojrzał wymownie i zaczął czytać leżące na biurku artykuły

- Pokerstrategy ...goście chyba znają się na rzeczy , no nie?

- pewnie , że tak! Dolar myślisz, że zaszedłbym tak daleko bez nich ?! Zapomnij!

W jednej chwili przypomniałem sobie każdy z tych artów. Zgięte rogi kartek i nadtargane brzegi przypomniały mi o godzinach spędzonych na czytaniu o strategiach i psychologii gry.

Dolar odłożył kartki i podszedł do monitora.

- Patrz ! jaką gość ma ksywę! ..’Beka’ hehe. Ciekawe ile waży. A ten drugi „calineczka”..phii.. w morde Asa.

- daj spokój Dolar poker to nie baśnie Andersena, a poza tym przeszkadzasz mi w grze.

Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale przerwało mu pukanie do drzwi.

- Idź zobacz kogo diabli niosą.

Wrócił po chwili:

- NIEBIESCY !

Dolar miał słabość do stróżów prawa. Kiedyś zamknęli go za picie browara między regałami w Empicu z książką Doyla Brunsona.

Ale czego chcieli tym razem.

- Dolar?! … skąd wziąłeś tą wersję PokkerTrackera ?!?!?!

Cisza.

Kiedy spojrzałem w tamtym kierunku zdążyłem zauważyć tylko znikający kołnierz jego koszuli za oknem. Nie zastanawiałem się długo…

Nazajutrz 6 rano…

- Głowa do góry stary, wciąż mamy siebie. Przecież nie będą nas tu trzymać całą wieczność…w mordę Asa.

- ale ja mam marzenia! Chcę grać! Chcę wygrywać! Dolar!

- masz przecież laptopa, to jedyne co mogłem załatwić od Rzeźnika spod siódemki.

- ty już może lepiej nic nie mów!

- Wiesz co…w mordę Asa... poker to naprawdę piękna gra. Tylko powiedz mi jedno… Co do jasnej cholery oznacza słowo BADBEAT !?!?!

- właśnie to Dolar, właśnie to.


Praca numer 4

Smak wolności

Dwa lat temu byłem niewolnikiem. Szczurem korporacyjnym, trybikiem w

wielkiej machinie i popychadłem dla szefostwa. Inni ludzie mówili mi, co mam

robić i kiedy chodzić sikać. Za pieniądze ocierające się o granice dobrego

smaku. Wraz z moimi kolegami niewolnikami pocieszaliśmy się, że takie jest

życie i trzeba zagryźć zęby, jakoś ciągnąć dalej.

Dziś nikt mi nie mówi, co mam robić. Sam sobie ustalam grafik, robie sobie

wakacje, kiedy tylko mam na to ochotę i zarabiam więcej niż kiedyś śmiałem

marzyć. Odkryłem w sobie nieprzebyte pokłady eneregii i potencji, która była

hamowana przez zgniuśniałe środowisko zastraszonych nieudaczników

zarażających swoim pesymizmem wszystkich dookoła.

Kim będę? Teraz wiem, że mogę być, kim tylko zechcę. Dzięki

pokerstrategy.com zdałem sobie sprawę, że moją granicę wyznacza tylko moja

wyobraźnia i jestem zdolny do wielkich rzeczy. Tego nie uczą w szkole, na

kursach, ani w domu. To szkoła życia, w której udało mi się poznać

najważniejszą w moim życiu rzecz - samego siebie.


Praca numer 5

O tym jak cycki wróżki zapewniły mi konsolę

Wszystko zaczęło się w maju 2006 roku. Wiodłem spokojne życie bezrobotnego studenta, kiedy nagle z ekranu telewizora przemówiła do mnie pani z dużymi cyckami. Mówiła, że Wenus znajduje się w jednej linii z Orionem, a to oznacza zmiany. Tak, to była wróżka. Nie byłem fanem jej programu, ale rano w telewizji nie ma nic ciekawego, wymyśliłem więc specjalny system, który pomagał mi wybrać, co mam oglądać. Każdemu z posiadanych 40 kanałów, przypisywałem punkty. Można je było otrzymać właśnie między innymi za cycki.

Wracając do tematu. Pani w telewizorze trzymała karty. Wtedy to jeszcze nic nie oznaczało. Po chwili jednak wyłożyła je na stół, odsłoniła jedną, wskazała palcem w moją stronę i przemówiła: "To właśnie do Ciebie uśmiechnie się szczęście". Pomyślałem, że to miło, iż spośród tysięcy telewidzów powiedziała to akurat do mnie. Po chwili program się skończył, a ja zmieniłem kanał. Tym razem padło na Discovery Channel. W gazecie napisali, że będzie cos o rozmnażaniu, dlatego w ciemno przyznałem 10 punktów zgodnie z moim systemem. Niestety zamiast oczekiwanego programu, leciało coś o grze w Pokera.

Nie pamiętam już, czego ten program dotyczył, ale było w nim powiedziane, że ludzie zarabiają grając w karty. Zaraz po programie przeszukałem całe Google ze śliną cieknącą z ust i perspektywą szybkiego wzbogacenia się na Pokerze. Przed oczami przewijały mi się drogie samochody, willa z basenem, cycki, sterty pieniędzy, później znowu cycki. W końcu znalazłem stronę opisującą zasady gry. Nie zrozumiałem o co chodzi z tymi blindami. Ogólnie to wszystko wydawało się jakieś dziwne. Grywałem już w Pokera za młodu, na trawniku przed blokiem. Było 5 kart, wymieniało się je i koniec. Temu kto przegrał robiło się kanapę z 20 chłopa. Jeżeli po tym zabiegu na jego spodenkach nie pojawiła się mokra plama, mógł grać dalej. A tu nagle mówią mi o jakimś obstawianiu, o jakichś blindach, o kartach wspólnych, o rundach licytacji.

Ogarnąłem zasady i postanowiłem zagrać. Znalazłem stronkę, gdzie dawali pieniążki na Pokera za darmo. Trzeba było podać imię, nazwisko i dokładny adres. Pomyślałem, że to pewnie na wypadek gdybym uciekł z tymi pieniędzmi za granicę. Wszystko poszło jak z płatka, dostałem 75$ na PartyPoker. Jestem chyba urodzonym short stackiem, bo już po chwili wpadłem na pomysł, żeby wchodzić do stołu z minimalną ilością pieniędzy i grać tylko najlepsze karty. Nie pamiętam jak straciłem całe te pieniądze. Czy zapisałem się do turnieju z wysokim wpisowym, czy też postawiłem wszystko na jakiś mecz w zakładach bukmacherskich, a może na czerwone w ruletce. W każdym razie nie poszło mi najlepiej i musiałem odłożyć plany o fortunie i willi z basenem.

Polubiłem Pokera i okazyjnie grywałem w darmowych turniejach. Nieraz udawało się coś wygrać. Czasami nawet potrafiłem przy pomocy niezwykłych zbiegów okoliczności, jednego dolara wygranego we freerollu, zamienić w 100$, które później i tak traciłem, świetnie się przy tym bawiąc.

Czas mijał i nadeszła zima roku 2008. Założyłem klan w grę Quake 3, moją drugą życiową pasję. Okazało się, że wśród szanownych klanowiczów, są pokerzyści. Ktoś opowiedział o tym, jak dostał darmowe pieniążki i je pomnożył grając w Pokera. Wszyscy słuchali go z zaciekawieniem.. Koleś rzucił adres strony www.pokerstrategy.com/jest_zajebiste_jak_nie_wiem, czy jakoś tak. Wszyscy jednym susem rzucili się ku swoim przeglądarkom by zagarnąć darmowe dolary, a następnie zamienić je w swój pierwszy milion.

Zacząłem grac short stackiem, po dwóch tygodniach gry pomnożyłem kapitał startowy chyba ze dwa razy i odechciało mi się Pokera. Wróciłem do swojej prawdziwej pasji, programowania. W tym czasie na głowie miałem też studia i ogólnie nie widziałem siebie w Pokerze. Za to inny kolega z klanu, który w tym czasie po raz pierwszy dowiedział się co to Poker, wziął się za grę na poważnie. Ma teraz diamentowy status na PokerStrategy i nagrywa filmy dla tego wspaniałego serwisu pokerowego.

Czas leciał. Nastał luty 2010 roku. Jako, że programowanie chwilowo nie dawało mi perspektyw na wzbogacenie, a potrzebowałem wtedy w miarę szybko zacząć zarabiać pieniądze (sytuacja w domu robiła się trudna pod względem finansowym), nie posiadając żadnego kapitału, postanowiłem wrócić do Pokera. Normalny człowiek pewnie poszedłby do pracy, ale ja normalny nie jestem, a oprócz tego w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem.

Nie mając żadnych środków na start, musiałem zacząć od zera. Przejrzałem wszystkie pokoje pokerowe, które mają umowę z PokerStrategy, w poszukiwaniu darmowych turniejów. Zacząłem grać freerolle na BetFair. Szczęśliwy traf chciał, że akurat kilka dni wcześniej wystartowała ciekawa promocja. Co pół godziny odbywał się freeroll z pulą nagród 5$ w Holdem i Omahę. To było to. Siedziałem od rana do wieczora i grałem. Struktura wypłat była bardzo ciekawa. Miejsca od 11 do 50 dostawały po 0.05$. Wystarczyło więc pasować większość kart, aby dostać się do pierwszej pięćdziesiątki, limit graczy wynosił 250, więc nie było to takie trudne. Gdy już doszedłem do miejsca w kasie, zaczynałem grać normalnie, aby dostać się na stół finałowy. Taka strategia się opłaciła. Zarabiałem dziennie około 1.5$. Po około 10 dniach takiej gry, miałem już kilkanaście dolarów na start. W międzyczasie grałem też na 24hpoker, gdzie było kilka ciekawych freerolli. Udało mi się w jednym z nich zająć 4 miejsce i wygrać chyba 12$. Startowało kilka tysięcy graczy, więc to całkiem niezły wyczyn. W sumie po dwóch tygodniach miałem około 35$ na start.

Tutaj zaczyna się prawdziwa gra. Przeniosłem cały swój kapitał na PokerHeaven i rozpocząłem zmagania short stackiem na stawkach 0.02/0.04. W między czasie doskonaliłem strategię. Zacząłem grac ze statystykami, wykonywałem przeróżne obliczenia matematyczne, nauczyłem się tabelki oddsów na pamięć. Po raz pierwszy na poważnie zabrałem się za Pokera. Po miesiącu gry byłem gotowy do przejścia na wyższe stawki, czyli na NL10. Szło mi tu bardzo dobrze, znacznie lepiej niż się spodziewałem. Oprócz tego grałem bardzo dużo. Raz w ramach bicia rekordu rozdań grałem 12 godzin bez żadnej przerwy. Rozegrałem wtedy ponad 6000 rozdań w jeden dzień. Do łazienki biegałem, gdy liczba stołów akurat chwilowo stopniała do kilku. Aby zmniejszyć czas potrzebny na oddanie moczu (a tym samym zwiększyć wartość oczekiwaną mojej gry), postanowiłem nachylać się nad kibelkiem, tak jak Małysz podczas skoku, w ten sposób grawitacja działała na moją korzyść. W sumie w ciągu całego miesiąca zagrałem 100 tysięcy rozdań na NL10 i po raz pierwszy udało mi się zdobyć złoty status na PokerStrategy.

Kolejne miesiące upływały pod znakiem doskonalenia własnej gry. Masowo analizowałem rozdania, robiłem własne statystyki do PokerTrackera no i oczywiście grałem. W między czasie wypłacałem pieniądze, aby zasilić budżet domowy, co nie pozwalało mi przechodzić na wyższe stawki. W końcu jednak dobiłem do NL25. Tutaj czekała mnie niemiła niespodzianka. Po kilku dniach gry byłem ciągle na zero, w końcu któregoś dnia dopadł mnie taki pech, że straciłem sporo pieniędzy w ciągu kilku godzin. Po tym wydarzeniu wróciłem na NL10, aby na spokojnie odbudować kapitał. Na pocieszenie tydzień temu, w konkursie na moim ukochanym PokerHeaven, wygrałem konsolę Nintendo Wii oraz czapkę.

Teraz, gdy otwieram drzwi do swojego pokoju i zerkam na ścianę, gdzie na całej jej długości widnieje napis: "Kocham PokerStrategy, bo jest tak zajebiste, ze ojacie!", myślę sobie, że dobrze zrobiłem wiążąc swoje życie z Pokerem.


Praca numer 6

Przyszli wszyscy. Dobre to dla igrzysk. W czasach, gdy mój związek małżeński wydawał się być świętym, stoczyłem o zagospodarowanie piwnicy bitwę dłuższą od apuliańskiej i krwawszą niż tamilskie ataki. Tak, moje małżeństwo było wojną, bynajmniej niezakończoną jakimkolwiek pokojem. Nie muszę się już tłumaczyć czyszcząc babcine kryształowe popielnice, świecić błagalnym wzrokiem rozkładając zielone sukno na olbrzymim, owalnym stole, stojącym w sercu sali niczym kościelny ołtarz. Moje prywatne kasyno. Czy pogodziłem się już z jej odejściem? Nie wiem. Nie jeżdżę na dupy, nie piję do lustra. Gram w pokera.

Gruby Marcel zawsze wpada pierwszy. I jest jedynym mi bliskim, który dziś będzie starał się wyrwać mi serce. W takich grach wolę nie mieć przy sobie kumpli. Nie chcę zostać całkiem sam, z moralniakiem i pieniędzmi, których nie będę miał z kim wydać. Jestem spokojny. W szufladzie leży ostateczny przyjaciel, któremu w amerykańskich filmach towarzyszy Biblia; po którego nigdy pochopnie nie sięgnę. Jestem spokojny.

Pod oknem siedzi Alfons, ze słusznym profesji przezwiskiem. Na co dzień pilnuje dziewczyn w spelunie na Porzeczkowej. Straszny typ. Nigdy nie widziałem go bez szluga, zmarszczonego czoła i kurwy na ustach. Obok pali spocony Marcel, dalej Doktor Wiesiu, bynajmniej nie lekarz medycyny. Dwadzieścia lat temu klawiszował we Wrockach. Wyleciał, bo po paru setkach i utopieniu w kartach zegarka po ojcu za mocno otłukł jednego z więźniów. Niewiele brakowało, a sam zostałby jednym z „podopiecznych”. Obok Doktora stoi moje krzesło, po prawej mam Łezkę. Easy money. Dobry chłopak. Powinien rzucić karty, które nie są dla niego. Ładną ma pannę. Powinien rzucić je dla niej. No i Benon. Wiecznie milczący, wiecznie trzeźwy, wiecznie nokautowany przez życie. Ma niesprawną rękę i za dużo honoru, by iść na rentę. Dłonie ma wielkie jak bochny chleba, w wojsku nie mieli dla niego rozmiaru butów. Mazurski górnik, ale serce ma chyba gołębie, skoro jeszcze nie wisiał na gałęzi.

Gramy od piątek. Z początku względny spokój. Nawet Łezka dobrał fulla. Dobrze, że obłowił się na mnie, a nie na Alfonsie, który zmiażdżyłby dzieciaka, na razie tylko wzrokiem. Kurwa, czemu zależy mi na tym młodym? Przecież mam sprawić, by opłakiwał puste kieszenie, by nie miał za co zabrać ponętnej Joli na colę, by chciał się odegrać, tracąc godność, zyskując dług, który nie lubi czekać.

Łezka i tak odleciał pierwszy. Odpadł spokojnie. Dobrze, niech zjeżdża do domu. Tłuste cielsko Marcela rozlało się po oparciu krzesła w chwili zgarnięcia siedmiu stówek, należących chwilę wcześniej do młodego outera. Alfons otworzył już drugą paczkę. Jedyne, co dotychczas zgarnia, to kolejne machy mocnych Sportów. Prowadzi Marcel. Zaraz zacznie grać luźniej, otwierać z waletami, sprawdzać z niskimi dwoma parami. Znam tego grubasa. Jego pieniądze już należą do mnie.

Przed pierwszą trzydzieści poleciał Doktor. Stanęło tylko na kasie, ale on nie ma żadnych fantów. Z jego zagrzybionej chaty nie zabrałbym nic, co warte byłoby ryzyka. Ale zabrałbym mu klucze i wysłał go do lasu. Grając takie gierki muszę nastawić się na nienawiść. To jak walka o mistrzostwo świata wagi ciężkiej; z nieskończoną ilością rund, nokdaunów, liczeń, klinczów i soczystych sierpów. Wiesiu nie podał nikomu ręki przed wyjściem. Co z tego – on już dla nas nie jest dziś nic wart.

I przyszła burza. I uderzył piorun.

- W ciemno, dwieście – luźny Marcel grał „swoje”. Oczywiście wszedłem.

- Sprawdzam – Benon nie był z tych, którzy odczuwają niepokój. Nigdy nie zastanawiał się dłużej, niż to było konieczne; nigdy nie mówił nic niepotrzebnego, bo musiałby wykrzyczeć całe swoje przegrane życie.

- Osiemset – wykrztusił sutener, opływający cierpkim dymem kolejnej fajki.

Posypały się sprawdzenia. Przewróciłem przypadkiem kieliszek wódki – nieoczekiwaną przerwę Marcel spędził na rozruchu sadła.

- Tacy jak Ty też przychodzą – powiedział zmarszczony Alfons – Takich jest najwięcej. Płacą za moje dziwki, bo gdzie dostaną za darmo? Po co tyle żreć, co, Gruby?

Zdrażnił nie tylko Marcela. Atmosfera zgęstniała, bynajmniej nie od ciemnego dymu szlugów. Marcel przemilczał. Wróciliśmy do rozdania.

Benon wymienił dwie. Nie wszedłby tu głupio z asami. Ewidentna trójka. Alfons nie wypuścił żadnej karty spod żylastej dłoni. Marcel również. Ja oddałem jedną. Cztery trefle, od ósemki do jopka.

- Wszystko – sypnął Benon. Gówno mu zostało, więcej papieru było już w puli. Albo trafił, albo już wie, że stracił – oddał wszystkie pieniądze jak zastraszany w szkole dzieciak.

- Jestem – Alfons zacisnął zęby. Strit byłby tu za słaby. Kolor z ręki? Jeśli tak, pewnie więcej trefli mogło trafić do mnie.

Szok. Gruby Marcel wszedł za całość. Ile tam włożył? Pięć, sześć tysięcy?

Przekładam spoconą dłonią karty. Od góry. Osiem, dziewięć, dziesięć, walet…. król. Trefl. I co teraz? Gdzie jestem? Nie wiem. Chwyciłem pięćdziesiąt gram, wychyliłem, zagryzłem ogórem… i rzuciłem karty. Mam opróżnić wszystkie książki i puszki po groszku, by postawić cały swój pieniądz na niepewną rękę? Nie sfrajerzę się. To nie o brak odwagi chodzi. Nie o hazard. Tu chodzi o dobra decyzję. Pierdolę to. Przegram bitwę. Nie przegram wojny, honoru i życia. Nie dziś.

Dalej wszystko potoczyło się zbyt szybko. Benon nadstawił kolejny policzek, rzucając karty olbrzymim łapskiem. Bez słowa. Alfons błyskawicznie wyłożył resztę pieniędzy na środek i klucze do czerwonego Fiata Mirafiori. „Górnik” widząc to, pożegnał się jeszcze przed decyzją mokrego od potu grubasa. Też chciałbym być najdalej stąd. Marcel się bał. Nie wiem, czy porażki, czy wygranej i jej konsekwencji. Wypiłem z nim po kieliszku, po czym wysunął z kieszeni kraciastej, kremowej koszuli bankową książeczkę.

- Patrz – przysunął do ręki Alfonsa – gra?

- Gra – przeciwnik Marcela szybkim rzutem oka zważył wartość papierowego sejfu.

Obydwaj pewni siebie. Kurwa. Przysunąłem się do sądnej szuflady. Na wszelki wypadek, znając historie chłopaków z Porzeczkowej i ich czarnych sprężynowców.

Alfons szybko odsłonił cztery krwiste kiery. Od asa. Do dziesiątki. Nieźle…

Wydawało się, że Marcel mdleje. Zmrużył oczy, zatoczył się koliście wstając z krzesła. Rzucił na stół karty zakrywając układ. Widzieliśmy tylko króla karo. Alfons błyskawicznie za nie chwycił, ja równie szybko złapałem za uchwyt szuflady, gdzie leżało moje bezpieczeństwo. Nagle usłyszałem huk i u moich stóp trzasnęła o podłogę czaszka sutenera. Nie zdążyłem się odwrócić…

Za trzy dni wychodzę ze szpitala. Zjem wreszcie coś porządnego. Martwię się o dom.

Znajdę grubasa.


Praca numer 7

Jak zdobyłem dożywotnio basica

Podobieństwo osób i wydarzeń jest czysto przypadkowe.

Dawno, dawno temu, jak PokerStrategy.com nie wiedziało jeszcze co to Omahaha, BSS było proponowane tylko Black Memberom i polska sekcja liczyła dwóch adminów oraz parę użytkowników, owi admini wpadli na wspaniały pomysł zatrudnienia jeszcze jednego im podobnego. Ich celem była lepsza opieka nad użytkownikami. Nie mam pojęcia, czy dążyli do tego, aby każdy użytkownik miał własnego admina lub każdy admin własnego użytkownika, ale koniec końców wstawili odpowiedni temat na forum.

No cóż, myślę sobie. Byłaby to znakomita okazja do uzyskania dostępu do tych wspaniałych materiałów edukacyjnych zamieszczonych na stronach szkoły pokerowej.

Muszę tu na marginesie wspomnieć, że kiblowałem wtedy ze statusem basic, bo się mnie nie udało rozwiązać quizu, pomimo nieocenionej pomocy babci. Babcia też się od razu zarejestrowała, ale dziwnym zbiegiem okoliczności nie zaliczyła procesu dowodowego i w ten sposób nie tylko przeszło nam 100 $ koło nosa, ale również nie wiedzieliśmy jak strategicznie grać w pokera.

Skontaktowałem się z Jaźwinem, jednym z adminów, z zapytaniem co muszę zrobić i do kogo się zgłosić. Odpowiedź nadeszła dość szybko i po krótkiej grze wstępnej, dostałem wiadomość od personalnego, kiedy mnie oczekują wraz z namiarami hotelu. Oczywiście, najpierw sprawdziłem, czy hotel taki rzeczywiście istnieje, okazało się, że stoi tuż przy nabrzeżu jachtowym po hiszpańskiej stronie Gibraltaru. Nie jest źle, myślę sobie, bo już szykowałem się na nocleg w jakimś schronisku młodzieżowym na łóżku piętrowym. Znając dokładny termin umówiłem się z Jaźwinem, że spotkamy się najpierw u niego.

Jakoś szczęśliwie wylądowałem w Maladze i od celu dzieliło mnie już tylko kilkadziesiąt kilometrów. Postanowiłem wynająć samochód i dziarsko zajechać przed posiadłość Jaźwina. Niestety, jak to los czasami chce, po drodze złapałem bad beata, czyli gumę. Na spotkanie spóźniłem się około dwóch godzin i Jaźwin zamiast mnie przywitać solą i czterdziestoprocentowym wyciągiem z ziemniaków, to stał przed domem z zupą chmielową i siarczyście na mnie przeklinał:

- Gdzieś ty się, kur..., tyle czasu podziewał?

- Auto mi się zepsuło.

- A co się stało?

- Koło się zepsuło.

- No to co w końcu, koło, czy auto.

- Jak koło jest zepsute, to całe auto jest do du...

Po tak serdecznym powitaniu usiedliśmy wreszcie do stołu suto zastawionego laptopami oraz miarkami do spożywania wyciągu z ziemniaków. Po chwili doszusował do nas Stańko, drugi admin i w ten sposób udało mi się poznać połowę uczestników zarejestrowanych na polskiej sekcji PokerStrategy. Czas mijał bardzo szybko, odmierzany rześkim kukaniem kukułki w zegarze, która jednak po pewnym czasie albo straciła pewność siebie, albo również była w stanie wskazującym na spożycie, gdyż nagle nie trafiła do swojego domku, lecz rozpłaszczyła się na drzwiczkach. Przestraszeni tym odgłosem spojrzeliśmy na zegarki i stwierdziliśmy, że najwyższa pora kończyć posiedzenie, bo za kilka godzin czeka mnie final table z Kornem.

Jakoś doczłapałem się do hotelu, bo trudno mi było trafić kluczykiem do stacyjki, być może dlatego, że ze zdziwieniem stwierdziłem, iż hiszpańskie samochody mają kierownicę również od strony pasażera. Zrezygnowałem więc z tego środka lokomocji, tym bardziej, że i tak mnie już raz zawiódł. Drzwi hotelu się otwierają i myślę sobie, że nieźle trafiłem, bo za ladą była całkiem spora obsada, tylko jacyś wszyscy do siebie podobni. Po kilkukrotnej próbie przedstawienia się, pokazałem jednak swoje dokumenty, gdyż pani Hiszpanka nie mogła zrozumieć mojego, czysto polskiego nazwiska Brzęczyszczykiewicz. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że nie ma dla mnie rezerwacji dokonanej przez firmę Swerford Holdings Ltd . I w tym momencie nagle wzrósł poziom adrenaliny obniżając jednocześnie poziom wyciągu z ziemniaków we krwi. Przed oczami pojawiło mi się widmo nocowania pod latarnią, przykrytym wczorajszą Wyborczą oraz możliwość spóźnienia się na rozgrywkę z Kornem. Na całe szczęście pani upewniła się, że chcę zostać tylko jedną noc i dała mi jeden z pokoi rezerwowych.

Z wielką ulgą wpakowałem się do łoża, by wczesnym rankiem wstać z mocnym postanowieniem zdobycia dostępu do materiałów szkoleniowych. Ubrałem jedną z moich lepszych koszulek z napisem „Jam szark, ju fisz” mieniącym się wszystkimi kolorami tęczy i dziarskim krokiem zmierzałem w kierunku siedziby PokerStrategy. Pozostawienie samochodu przed rezydencją Jaźwina okazało się strzałem w dziesiątkę lub trafieniem strita na suchym boardzie, gdyż kolejka samochodów na granicy była dość długa i czekanie w niej zajęłoby mi z pewnością ze dwie godzinki.

Wybiła godzina zero i przy stole finałowym oprócz mnie pojawiło się jeszcze kilka osób. Jaźwin, który wyglądał jak zmięta pięćdziesiątka, jego szef oraz asystent szefa. Myślę sobie, będzie ciężko, bo mają przewagę liczebną, ale co tam, w tym momencie miałem mocne postanowienie zdobycia dostępu do tabelek z rozszerzoną grą przed flopem.

Początek rozmowy przebiegał dość spokojnie i kontrolowałem rozgrywkę trafnie odpowiadając na pytania typu, jak się nazywam, gdzie mieszkam, czym się dotychczas zajmowałem itp. Wreszcie ze strony szefa Jaźwina padło kluczowe pytanie, czyli jakie stawiam sobie cele pracując w PokerStrategy.com. Myślę sobie, że jak wspomnę, iż chodzi mi tylko o materiały szkoleniowe, to mi nie dadzą tej posady i powiedzą, żebym nabijał sobie StrategyPoints. Postanowiłem zablefować i mówię mu, że jestem ambitnym człowiekiem, a moim głównym i długofalowym celem jest przejęcie jego stanowiska.

Moja odpowiedź chyba zaskoczyła wszystkich, gdyż mieli oni podobne miny, jak po rozdaniu, w którym Jennifer Tilly trzymając fulla sądziła, iż Patrick Antonius ma karetę króli. Na całe szczęście rozmowa nie trwała już zbyt długo i mogłem się wycofać do zacisznego kąta przy biurku Stańki.

Powrót do kraju odbył się już bez większych przygód, a ja po pewnym czasie otrzymałem bardzo miło sformułowaną odmowę przyjęcia mnie na stanowisko head admina. I tak, jak niektórzy mają dożywotnio Black Membera, tak ja mam dożywotnio basica wciąż grając all-in z 72o, z myślą, że w ten sposób mam podwójne szanse na złapanie koloru.


Praca numer 8

Cześć.

Albo nawet postaram się być młodzieżowy i napiszę cz sup?

Jest u mnie godzina wcześniej niż u Was.

Mieszkam w Jaunde. Brzmi obco, nie? Pewnie ciekawscy sprawdzą sobie gdzie ta mieścina się znajduje. Jestem tutaj od roku. Aktualnie trochę piździ - jest 9 stopni.

Trochę o samym mieście. Gorzej niż w Polsce. Żeby dostać się z punktu A do punktu B, trzeba przejść niezłą mękę. Autobusy jeżdżą raz na godzinę ( w szczycie ofc). Drogi w większości żwirowe albo jakieś brukowane. Nieźle trzęsie jajka jak się jedzie. A do tego stado murzynów dookoła. Całkiem spoko.

Jak idę do sklepu to płacę we frankach. Snikers kosztuje 350 franków. Jeden frank to 6 groszy. Czyli tragedii nie ma.

Gdzie pracuje ? W jedynym kasynie w mieście. Ruch niezbyt duży, stali bywalcy. Pracuje w ochronie, czuwam nad porządkiem, żeby czarni jakiś rozrób nie kręcili.

Jest nas 8. Czterech tutejszych, reszta nie.

Najlepszy jest rusek, dobrze sie z nim pije. Jebany wali 0.7 wódencji sam i dalej kojarzy co się dzieję wokół.

Nie ważne ile zarabiam. I tak utrzymuje mnie kobieta. I w tym momencie zakończę ten nudnawy wstęp i przejdę do sedna sprawy.

Mam kobietę. Poznałem ją o dziwo w Polsce. Była tu w interesach, gdyż jej firma zajmuje się ... a zresztą, nieważne.

Ważne jest to, że trzepie z tego niezłą kasę.

Ja jej podbieram codziennie trochę z jej oszczędności i wpłacam sobie na pokerstarsy.

Najgorsze jest to, że najczęsciej przegrywam, ale jak na razie nie zauważyła braku pieniędzy w swoim kuferku. Jak zauważy, to będzie trzeba spierdzielać do Polski, odłożyłem już tutaj wystarczająco dużo, by móc żyć wygodnie w kraju.

Tak ogólnie to życie z nią jest swego rodzaju komiczne.

Ani ona nie zna polskiego języka, ani ja nie znam jej języka ojczystego. Gadamy po angielsku. Ma na imię Leah. Krzyczę do niej czasem 'Lija Lija dawaj na kija', a ona nie wie o co chodzi ?(

A tak na koniec to powiem, że pokerstrategy jest bardzo fajne i jest popularne nawet w afryce, bo zbieram tu poleconych. Dziękuję za uwagę i przeczytanie tego chaotycznego tekstu.

Idę jeść kokosy z miodem.


Praca numer 9

*Polska. Gdzieś w jakimś domu.*

Kolejny dzień. Kolejny turniej. Kolejne godziny spędzone przed monitorem. Picie przygotowane, jedzenie przygotowane. Nastawienie psychiczne? Poztywne. To do dzieła, startujemy.

Faza początkowa. Bez nerwów, bez trudnych decyzji. Blindy niskie. Mozolne brnięcie do przodu przez morze donków.

Faza środkowa. Wcześniej nasze dobre karty nie zostały opłacone. Skróciliśmy się trochę, ale nadal jest dobrze. Czas zacząć wywierać presję na rywalach.

Faza bubble. Znów karty szły dobrze, z tą różnicą, że teraz fishe się nam wypłaciły. Nabudowaliśmy się do ładnie i pozostaje nam czekać aż znajdziemy się w kasie i przeciwnicy zaczną szybciej odpadać.

Faza późna. Stack ładny. Shorty urządzają konkurs all inów, my grzecznie czekamy na karty i próbujemy ich wyrzucić (co nie jest takie proste, bo w końcu dlaczego takie KK powinno być lepsze od K7?)

Faza późniejsza. Tuż, tuż przed FT. Nasza wspaniała gra przywiodła nas do tego miejsca. Mamy 3 stack. Dostajemy AA, podbijamy, chip leader nas przebija, wchodzimy all in, następuje call.

-----------------------------------------------------------------------

*Polska. Gdzieś w jakimś barze.*

- Co on pokazał, no powiedz!

- Króle.

- I co twoje asy się nie utrzymały?

- Utrzymały się, ba! Na flopie seta dostałem.

- No to co tu siedzisz samotny i smutny pijąc?!

------------------------------------------------------------------------

*Polska. Gdzieś w jakimś domu.*

FT. Prowadzimy w turnieju. Przy stole brak jakiś myślących przeciwników. Nic tylko ich rozgromić.

3 handed. Stacki układają się, poczynając od naszego w stosunku 6:1:1. Rywale proponują deal. Wyśmiewamy ich.

2 handed. Nasza przewaga gdzieś się straciła, od dłuższej chwili nie możemy nic wygrać. W ilości żetonów jest remis. Może trzeba było się zgodzić jak nam proponowali układ?

--------------------------------------------------------------------------

*Polska. Gdzieś w jakimś barze.*

- Przegrałeś to?!

milczenie

- Tak czy nie?!

- Wygrałem. Wygrałem.

- No to ja już nic nie rozumiem. Co ty tutaj do cholery robisz w takim stanie?

- No bo widzisz... Ta wygrana cieszyła mnie tylko przez moment. Zaś przez cały ten czas gry w pokera umknęło mi parę ważniejszych rzeczy niż pieniądze. Spójrz na to co cię otacza. Na tych co cię otaczają. Nie zaniedbaj ich. Ja popełniłem ten błąd i to mnie właśnie tak smuci. Twoje zdrowie, nie bierz ze mnie przykładu.


Praca numer 10

Nie jestem żadnym profesjonalnym graczem. Mam 24 lata, a moja przygoda z

pokerem zaczęła się od pogrywania z kumplami, później freerolle na różnych

pokerroomach. Chyba sami dobrze wiecie o co mi chodzi. W końcu trafiłem

tutaj, na PokerStrategy.com i dzięki kapitałowi startowemu rozpocząłem

budowę swojego bankrolla. Szło raz lepiej, raz gorzej, ale w końcu dorobiłem

się - w moim odczuciu - całkiem niezłej sumki.

Zawsze gra live była dla mnie atrakcyjniejsza. Dobrze czytałem graczy,

umiałem się lepiej koncentrować. Tak więc postanowiłem wypłacić część

pieniędzy i zagrać w turnieju live w moim rodzinnym mieście -

Bydgoszczy. Kilkusetzłotowe

wpisowe, ponad setka graczy - niektórych z nich lepiej lub gorzej znałem, w

końcu środowisko pokerowe nie jest takie znów duże. Zasiadłem do stolika z

trzema znanymi mi graczami: dwoma młodymi chłopakami oraz starszym panem

około 40-stki, który siedział po mojej prawej stronie. Pierwszy poziom

blindów minął bez większych rozdań z moim udziałem, ale zdążyłem poczynić

jedno ważne spostrzeżenie. Siedzący po mojej lewej chłopak, pewnie student,

próbował tanim kosztem oglądać większość flopów, lecz już po wyłożeniu

trzech kart na stół grał bardzo tight - szukał top pary lub lepszego układu.

Nowozdobyta wiedza okazała się już niedługo bardzo przydatna. Dostając

pocketa króli otworzyłem 3betem ze środkowej pozycji. Zostałem sprawdzony

przez mojego kolegę z lewej oraz gracza na dużej ciemnej. Flop JT6 rainbow

pozwolił mi na continuation beta za 2/3 puli, jednak raise gracza po mojej

lewej dał mi wiele do myślenia. 'Raczej nie blefuje, pewnie ma tego jopa,

ale czy z drugą parą?' - wiele myśli kłębiło się w mojej głowie. Po długim

namyśle postanowiłem spasować, a mój przeciwnik z szyderczym uśmiechem

pokazał JTs. 'Nie jesteś taki cwany jak myślisz' - przemknęło mi przez myśl.

Pomimo, że łatwo wpadam w tilt, opanowałem nerwy i po wygraniu kilku

mniejszych pul mój stack wahał się w granicach średniego.

Następnym bardzo ciekawym rozdaniem było moje otwarcie z CO trzymając w ręku

A7s. W grze utrzymał się gracz z dużej ciemnej i razem obejrzeliśmy flopa

568. Przy tym stanie rzeczy kontynuowałem agresję, a mój przeciwnik po

chwili zastanowienia sprawdził. Na turnie spadło Q i na mój zakład

przeciwnik odpowiedział miniraisem. Dużo zapłacić nie musiałem, sprawdziłem.

Na riverze spadł król, a mój przeciwnik zagrał za 1/5 puli. 'Tylko?'

-pomyślałem. 'Dlaczego zagrał TYLKO za 1/5 puli? Z pewnością ten król go nie

ucieszył. Co on może mieć? Słabą damę? Parę z gutshotem? Wiem tylko, że

łatwo chce dojść do showdownu.' Po dłuższym namyśle postanowiłem postawić go

na allinie, oceniając, że mój rywal dość łatwo spasuje swój układ. Tak też

się stało - pomruczał coś pod nosem, ponarzekał na króla, skomentował mojego

farta i wyrzucił karty. Przez głowę przeleciało mi rozdanie, w którym

Simon1989 wsunął allina z trzecią parą czując słabość rywala. 'To było

zajebiste! Może kiedyś będę tak dobry jak Simon, może lepszy?' - myślałem,

pełen wewnętrznej dumy, wyrzucając karty do mucka. Kolejne rozdania nie były

spektakularne. Kończyłem rozdania na preflopie, ewentualnie po zobaczeniu

pierwszych trzech kart. Trzymałem się w okolicach średniego stacka, nie

chciałem wpaść w jakieś spekulacyjne rozdania.

Pozostało 13 graczy, jedenastka w kasie. Mocno zawęziłem zakres rąk, ale

skoro trafiłem QQ na buttonie uznałem to za dobrą okazję do wyrzucenie

któregoś z rywali z turnieju. Raisowałem zagranie jakiegoś dziwaka ze

środkowej pozycji. Blindy łatwo zrzuciły, zdziwiło mnie natomiast

sprawdzenie mojego oponenta. Flop 38Q chyba wszystko wyjaśniał. Znów kolejne

zaskoczenie - mój przeciwnik bez inicjatywy na preflopie stawia zakład jako

pierwszy. Przez chwilę udając zawahanie przesunąłem na środek wszystkie

swoje żetony. 'Call' - bez trudu oznajmił ten dziwny facet. 'Też trafił

seta? Czy ma overpair? Bez różnicy, i tak jest mój.' Pokazałem swoje karty,

a on z niesmakiem odsłonił swoje... A8! Nie mogłem zrozumieć jego decyzji, ale

przyjąłem ją z jakże szczerą radością. Krupier na turnie wyłożył A, czym

lekko ostudził mój zapał. 'Przecież będzie dobrze. One time, baby, one

time!' - powtarzałem w myślach, parafrazując zabawny filmik internetowego

pseudopokerzysty. Krupier długo trzymał nas w niepewności, aż na river

wyłożył... kolejnego asa! Jebany suckout! Nie mogłem w to uwierzyć. Dlaczego

ja? Dlaczego na bubblu? Szybkie podliczenie stacków nie pozostawiło złudzeń

- ten idiota miał nieznacznie więcej ode mnie. W dodatku cieszył się, jakby

wykonał najlepsze zagranie w historii pokera. Choć wewnątrz byłem cały

roztrzęsiony, nie dałem tego po sobie poznać. Pogratulowałem mu z wymuszonym

uśmiechem i podszedłem do baru zamówić coś mocnego na otarcie łez. Po chwili

podeszła do mnie młoda dziewczyna. 'Nie przejmuj się, świetnie grałeś' -

powiedziała z uśmiechem na ustach. Najwyraźniej wiedziała co mówi. W końcu

grała ze mną przy jednym stole. Usiadła obok. Wymieniliśmy kilka banalnych

zdań. Starała się poprawić mi humor, pocieszyć. Później, zupełnie

przypadkiem, odprowadziłem ją do domu - mieszkała w samym centrum

Bydgoszczy. Równie przypadkowo wstąpiłem na górę. Może faktycznie badbeaty

są przyjaciółmi pokerzysty. I wierzcie mi: są na świecie rzeczy

przyjemniejsze niż poker, dźwięki przyjemniejsze niż brzdęk żetonów i

wrażenia piękniejsze niż największa wygrana.


Praca numer 11

Drogi Bracie!

Na wstępie: serdecznie i szczerze dziękuje Ci za polecenie strony PokerStrategy, dzięki której otrzymałem startowe $50, z przeznaczeniem na grę w pokera, do którego skutecznie zachęciłeś mnie podczas ostatniej wspólnej balangi. Co prawda niewiele z niej już pamiętam, ale (chyba) było fajnie, w każdym razie nikt nie rzygał i wszyscy żyją, a to już coś.

Quiz, który proponuje PokerStrategy jako warunek otrzymania pieniędzy jest dość prosty, w każdym razie mnie wystarczyły cztery podejścia do zaliczenia, znaczy: było dobrze. Do quizu Firma dodaje „tabelę rąk startowych” w moim przypadku dla no limit Hol’dem, bo taką wersję sobie wybrałem. Szybko przestudiowałem całość (no, nauczyłem się na pamięć, w nocy) i, niecierpliwie czekając na cash, pograłem trochę na wirtualne pieniądze. Szkoda tylko, że platforma Full Tilt Poker nie daje tych wirtualnych pieniędzy więcej...

Zabawa zaczęła się na całego, gdy dostałem prawdziwe dolary; mówię Ci, ubawiłem się setnie już pierwszego dnia, miałeś rację że ten poker, to wspaniała zabawa. Co prawda, chyba w tym PokerStrategy ściemniają trochę z tą tabelą rąk, bo jakoś nic a nic mi się nie zgadza z tego, co tam jest napisane z tym, co jest na stole, a przykłady mogę mnożyć. Wyimaginuj sobie takie sytuacje: dostaję na rękę dwa Asy, według tabeli gram ostro, ktoś tam mnie sprawdza, ba, przebija, wchodzę więc za wszystko i pokazują się karty – on ma na ręku 93, każda w innym kolorze. No i on dostaje do tych kart fulla: dziewiątki na trójki. Następnie moja trójka Asów na flopie (z ręki miałem A9) przegrywa z kartą 85 - gracz po zobaczeniu flopu, a był to flop: AA2, zagrał all-in, ja oczywiście dopłaciłem, jako czwarta karta spadła czwórka, jako piąta: trójka, mój przeciwnik więc dostał straita, czy jak to się nazywa, w każdym razie wygrał to rozdanie. Uśmiałem się po pachy, bo aż takiego ubawu się nie spodziewałem, słowo. Potem trzy razy przegrałem z moją parą króli na ręce (te króle to mi wchodziły, że hej!) – raz z kartą, bodajże 23, drugi raz z 57 (kolega dostał kolor do siódemki), a raz, już nie pamiętam, chyba z 92, gdzie mój oponent dokupił dwie dziewiątki.

Obecnie jestem na etapie tworzenia nowej tabeli rąk (jak widzisz, ten poker wciągnął mnie ostro), gdzie zdecydowanie pierwsze miejsce przeznaczę dla karty 72, szczególnie gdy będzie w różnych kolorach, bo wtedy łatwiej kompletować kolor do jednej z kart na ręce. Szkoda tylko, że tych darmowych dolarów jest tak mało; po wczorajszych rozgrywkach zostało mi mniej niż połowa, czuję więc, że zabawa skończy się nieco szybciej niż zakładałem. Chyba, że w czasie tworzenia tabeli rąk będę grał tylko wirtualnymi pieniędzmi – się zobaczy.

Tak czy siak, jak napisałem wcześniej – raz jeszcze serdecznie dziękuję za możliwość tak wspaniałej rozrywki intelektualnej, jaką daje gra w pokera; nie zapomnę Ci tego z pewnością.

Twój, na zawsze


Praca numer 12

Nigdy bym nie przypuszczał, że poker mimo, iż jest moją pasją największą tak szybko doprowadzi mnie na szczyt. Na szczyt, na którym będę miał okazję zmierzyć się z największymi tego świata.

Doskonale pamietam ten dzień. Już z samego rana lekkie poddenerwowanie nie dawalo mi długo wylegiwać się w łóżku rozkoszująć się dniem świątecznym. Od wczoraj wiedziałem już bowiem, że dziś mamy poker time!! Spotkanie na nowym miejscu, do którego wprowadzał mnie znajomy, w miejscu, o którym w towarzystwie krążyły legendy. Rigged mieszkanie, rigged dom a w pijackich chwilach szczerości nawet rigged dzielnica. Gramy NL50, pięćdziesiąt polskich złotych, są świeta więc można liczyć na wypchane portfele ludzi, których życiowy bankroll jest często zasilany przez liczne grono cioci, wujków no i przede wszystkim babć. Nie mam wątpliwości, że będzie bardzo tłusto.

Skąd jednak te nerwy?? Sprawa jest jasna. Zero readów, już wiem, że z początku będę musiał murkować, zobaczyć co towarzystwo prezentuje. Jedyny znany mi gracz jest internetowym regiem, nie jest łatwo od niego wyciągnąć kasę. O pozostałych wspomniał mi tylko tyle, że grają solidnego pokera ale będą też nowe twarze, o których nie ma żadnych informacji… W jego głosie też wyczuwam niepokój.

Dzień mija szybko. Docieramy do dzielnicy willowej wcześniej zaopatrując się w niezbedne trunki, które pomogą nam spalić tłuszcz z Bożonarodzeniowych wieczerzy. Profilaktycznie zabieram ze sobą 4BI przeczuwając, że gra może być ostra. Wiem, że na rozpoznania rywale być może będę musiał poświęcić nieco stacka.

Miejsce okazuje się typowym mieszkaniem studencko-absolwenckim, pełnym śmiechu, głośnej muzyki i toczących się po podłodze butelkach. Zasiadamy w salono-kuchni. Szybki rzut okiem na nowych graczy. Dwóch milczków, których twarze zdradzają wielk strach a oczy wołają „co to będzie, co to będzie”, mój kolega, przemiły gospodarz sypiący dowcipami niczym Karol Strasburger. Jeden łysy kolega, z którego twarzy nic nie mogłem wyczytać bo wciąż miał ją zasłonietą butelką piwa , która nie chciała się odkleić od jego ust. Wygląda na dzianego – dobrze. Ostatni to sprawiający wrażenie nieco zabłąkanego w świecie „syn”, taki właśnie typowy synek. Też musi być dziany. Opalenizna zdradzająca egzotyczne wakację i gold na szyji. No chyba, że to tombak i solarium ale tego już się nie dowiem.

Zaczynamy grę. Limpen proletariat skutecznie nabija pulę pre flop, które potem ładnie kradnę za każdą możliwą okazją. W między czasie tłumaczę układy pokerowe „łysemu” oraz staram się tłumaczyć pokerowe nazewnictwo „czarnemu”. Rozdania mijają szybko. Gra jest aż za prosta, jedni grają strasznie weak, inni nie wiedzą w ogóle w co grają, jedynie mój znajomy i jeden z milczków wiedzą o co chodzi. Szybko się nabudowujemy. Przy okazji też szybko pijemy. Atmosfera wyraźnie się rozlużnia jest coraz więcej śmiechu, coraz więcej alkoholu i coraz więcej pieniędzy na stole, gdyż wesołe towarzystwo ochocze dokonuje kolejnych rebuyów.

Alkohol zaczyna mi mieszać myśli. Po pólnocy stół się skraca, po strasznym coolerze z gry rezygnuje mój znajomy, do końca będzie obserwatorem tej batalii. Do domu odjeżdzają milczki. Gospodarz także kończy, gre niestety a nie opowiadanie dowcipów. Zostają trzej amigo. Łysy, mudzin i ja. Mam w posiadaniu trzy czwarte wszystkich zetonów oraz nieobliczalną ilość promilii w krwi. Stawki wędrują w górę. W szczytowym momencie gramy już NL200. Staram się objaśniać pewne zagrania, nie wiem po co, tłumaczę jak ważna jest agresja, blefuję, hero calluje nie ma na mnie bata. Nie przeszkadza mi również to, że Łysy zaczyna mi kogoś przypominać. A jakże, toć to sam Patrik Antonius. Skubany, myślał, że go nie poznam, że nie zauważe rozstawianych na moją skromną górkę pieniędzy sieci. Stacki powoli się wyrównują. Nie wiem dlaczego, przecież wygrywam ogromną ilośc rozdań. Miażdzę ich agresją, nie sprawdzają moich ciągłych over betów i all inów. W pewnym momencie unoszę już bardzo ciężką głowę z nad stołu poruszony dziwnym dzwiękiem… Murzyn je jabłko… Już wiem, ze jestem w głębokiej dupie. Znam tylko jednego czarnoskórego, który chwilę przed wykonaniem urywającego głowy zagrania przy pokerowym stole spokojnie je jabłko. Ta myśl jest jak wyrok. Ivey…….

Na drugi dzień budzę się z kacem, który mógłby równie dobrze być synonimem śmierci. Zaglądam do portfela. Szybko liczę pieniądze. Siedemdziesiąt złotych. Zaraz zaraz!! Przecież w pewnym momencie miałem na samym stole lekko ponad trzysta oraz zabezpiecznie w portfelu. Nie przypominam sobie, żebym się dokupywał. Nie pamietam, żebyśmy wylądowali gdzieś w mieście na balecie. Stary, gdzie jest moja bryka! Szybko wybieram telefon do znajomego:

- Stary, mam w portfelu mega mało siana. Czy ja pożyczałem jakąś kasę??

- Taaa, trzy stówki.

- Ufff…. – wydobywa się z mojego gardła – Komu?

- Nie komu, tylko od kogo…

Morał z tego taki drogie dziatki, nie grajcie w pokera z zakamuflowanymi profesjonalistami. No chyba, że potraficie się obejść bez alkoholu.


Praca numer 13

To było to, ten moment. Wiedział to jeszcze zanim jego stopa zetknęła się z chodnikiem. Zanim jeszcze głęboko odetchnął chłonąc całym sobą atmosferę tej nocy. Wszystko prowadziło do tej chwili. Godziny spędzone na czytaniu teorii pokera według Harringtona. Dni spędzone na pokerowych rozgrywkach, czy to przy stole ze znajomymi, czy ze wzrokiem wlepionym w światło monitora.

Hazardzista, gambler, szczęściarz – różnie przypisywano mu miana przy stole pokerowym. Ale prawda była taka, że nigdy za szczególnie nie wierzył w szczęście czy ślepy los. I pewnie nie wierzył by w ogóle, gdyby nie jego wrodzona zachłanność. Od dziecka był przekonany, że pieniądze leżą na ziemi, wystarczy się tylko schylić i je podnieść. Dlatego kiedy zauważył na podjeździe obok samochodu świecącą, srebrną złotówkę, uśmiechnął się, szybko ją schwycił i schował do kieszeni. Każdy miał swój amulet, a on wychodził z założenia, że pieniądz robi pieniądz.

Oczywiście na tą wycieczkę nie wyruszył sam. Pokerzystów w małym mieście nie jest wielu, więc trzymają się razem. Trafić tu też nie było łatwo, kierowca parę razy zawiódł wjeżdżając w złą ulicę. Nie mniej jednak dotarli, cali i zdrowi. I przynajmniej na razie – z pieniędzmi w portfelach. Pierwsze wejście do kasyna robi wrażenie. To jak pierwsza noc z dziewczyną, nigdy tego nie zapomnisz. Szczególnie jeśli czujesz się tam jak w domu. Duże przestronne pomieszczenie, wszędzie stoły do gry. Krupierzy kłaniający się i uśmiechający, gdy tylko zbliżysz się do nich. I przede wszystkim, świadomość, że wszyscy przybyli tu z tym samym założeniem co ty. Każdy jest tu bo lubi grać, bo chce wygrać, chce się sprawdzić. Rywalizacja w najczystszej postaci.

Przy losowaniu stołów myślał tylko o tym, żeby nie trafić żadnego ze „swoich”. Nie to żeby się bał, ale byli tu wszyscy po raz pierwszy. Nie chciał, żeby któryś z nich wspominał to wydarzenie z żalem, że odpadł z turnieju przez znajomego. Bo prawda była okrutna, kiedy już był na swoim miejscu, przeliczył żetony i dostał karty, nie było taryfy ulgowej. Wszyscy byli przeciwnikami. I wygrać może tylko najlepszy.

Grać konserwatywnie czy może bardziej luźno? A może po prostu poczekać, zobaczyć jak grają inni i dostosować swoją grę maksymalnie do pozostałych graczy? Zazwyczaj tą decyzję podejmował w ułamku sekundy. Albo jeszcze przed rozdaniem kart, albo chwile po ich otrzymaniu. Tym razem jednak nie potrafił. Był zdenerwowany, aura miejsca oddziaływała na niego. Ręce nie chciały się uspokoić. Oddech był krótki i nieregularny.

Kiedy zobaczył swoje karty uśmiechnął się zapominając całkowicie o zachowaniu swojego poker face. To nic, że dwóch nieznajomych od razu to wychwyciło i zrzuciło się bez zastanowienia. To była opłacalna ręka. Zapewniła mu, prawie, podwójny stack na początek turnieju. Zaczęło się pięknie. To pomogło mu się odprężyć, czerpać radość z gry. Karty szły jak szalone, najwyższe układy zawsze znajdowały drogę do jego miejsca, nie zależnie od tego czy go przenosili aby zrównoważyć stoły.

I może to właśnie doprowadziło do tego, że przestał zwracać uwagę na to jak gra. Nie musiał. Długi czas wystarczyło, że wrzucał żetony do środka i to mu się opłacało. Dlatego kiedy zobaczył kobiety na swoim podorędziu postanowił zrobić to samo. Przebił trzy razy dużego blinda, który skrzętnie porządkował wtedy swoje chipsy. Chwila zawahania i sprawdzenie. To było jawną informacją, że raczej nic specjalnego nie kryje się w posiadaniu przeciwnika. A niski flop tylko go upewnił. Uderzył za niewielką część puli próbując wyciągnąć jakąkolwiek wartość.

-Parkę mam – wyrzucił nagle z siebie big blind, który do tej pory raczej rzadko decydował się na zabieranie głosu przy stole. -To zagram all in.

-All in?- Tak łatwo odda wszystko na takim niewdzięcznym flopie? Z parką? Damy zdecydowanie wyglądały znacznie lepiej, od tego co on mógł mieć. Bo nie widział tu nic co mogłoby go bić, szczególnie jeśli chodzi o pary. A wiedział, że jego przeciwnik nie angażował się z jakimiś śmieciowymi rękami. Stąd też naturalnie odrzucił możliwość posiadania dwóch par. -Nie wierze ci, sprawdzam.

Podobno za brak wiary się płaci. Tak przynajmniej zawsze powtarzają babcie. Do tej pory miało to dla niego wymiar taki metaforyczny. Nie będzie chodził do kościoła to spłonie w piekle. Najwidoczniej się przeliczył, bo jego piec już był rozgrzany, a diabeł zapraszał do tańca.

Set czwórek, to właśnie pokazał po sprawdzeniu duży blind. Owszem, jak zawsze w takich chwilach przeszedł do mantry „one time”. Tym razem jednak nie pomogła. A jego rozkojarzenie kazało mu jeszcze raz zapłacić dużą sumę, gdy przyszło do liczenia żetonów. Skarcił się w myślach, że nie zwrócił w ogóle uwagi na wymianę mniejszych nominałów. Ilość okazała się nie wielka, za to jakość, ogromna. Wstawał już od stołu, rozgoryczony. Zły, wręcz wściekły na siebie, na wszystko wokół. Gdy usłyszał, że jednak jest jeszcze w grze, został mu jeden żeton. Przy blindach 300/600 on posiadał zaledwie pięćsetkę. Zażenowany usiadł i sięgnął do kieszeni, w zasadzie nie wiedząc nawet czego tam szuka. Wtedy się na nią natknął, szczęśliwa złotówka, o której zupełnie zapomniał. Położył ją na pozostałości swojego stacka, był na pozycji under the gun. O ironio, i tak się właśnie czuł. Wiedział, że teraz albo on podejmie decyzje, albo zostanie ona podjęta za niego. Zerknął tylko na pierwszą kartę – as. Nie było o czym myśleć. Postawił swoje życie, a przynajmniej to turniejowe, na szali. Zaskakujące było to, że nikt nie chciał sprawdzić. Przymusowo przypadło to znowu big blindowi, który okazał się mężczyzną, na którym w pierwszym rozdaniu się podwoił. Widocznie też walczył jeszcze resztkami sił o utrzymanie się w grze. Jego szczęśliwą ręką miało się okazać A5o, za które magiczna złotówka, w myślach posiadacza została zrugana. Doyle powiedział, że holdem to formuła jeden i tak też się czuł. Jak bolid na prostej drodze, karty znów się odwróciły. I tak z gracza, który miał odlecieć znalazł się na finałowym stole. Pomny jednak swojej wcześniejszej głupoty nie zwracał już tak bardzo uwagi na karty. Kiedy tylko znajdował się w odpowiedniej pozycji wywierał presję na swoich przeciwników.

Szczególnie w fazie bubble, wiedział, że teraz większość przeciwników zamuruje się za swoimi żetonami i będą zrzucać grywalne karty. I czekał jak szakal na dogodną chwile, ciemne wzrastały, a on kradł. Pokazując co jakiś czas lepsze ręce i budując swój image konserwatywnego gracza.

Opłaciło się, z przeszło osiemdziesięciu graczy zostało ich pięciu. Pozycja lidera wśród żetonów była bardzo płynna ze względu na to jak dużo płaciło się jeszcze przed zobaczeniem kart. Wystarczyła kradzież i już byłeś z przodu. Wtedy też zagrania stały się bardziej nerwowe. Zamiast grania foldem-holdem patrzyło się na ruchy przeciwników. Na ich oczy po ujrzeniu swojej ręki. Każda chwila niepewności wystarczała. Wszyscy byli w tamtej chwili padlinożercami, a spoczywające na środku stołu martwe żetony ich zwierzyną. A że łatwo się zdobyczy nie odpuszcza przekonał się mężczyzna odpadający jako piąty. Za bardzo zawierzył swoim siódemkom i odszedł w zapomnienie.

Podobno powinno się ufać swojemu przeczuciu, nasz bohater też wychodził z tego założenia. Niestety zapomniał o jednej bardzo ważnej rzeczy – nie kusi się losu. Bynajmniej nie dwa razy. Powinien wyrzucić A5o kiedy tylko je zobaczył. Ale nie potrafił, położył swój amulet na górę żetonów i wsunął do środka. Pewny siebie, uśmiechnięty, sprawiający pozory człowieka, który już wygrał. Czar prysł gdy usłyszał żywiołowe „sprawdzam”. Wiedział już, że jest daleko z tyłu. Nie musiał nawet patrzeć w karty. Ten znerwicowany ton głosu dał mu wszelkie informacje. Jak mógł tego nie zauważyć, że przeciwnik tylko czekał na te słowa, na jego all in'a.

Mężczyznę poznaje się po tym, nie jak zaczyna, ale jak kończy. Odpukał więc w stół, uśmiechnął się do pozostałych graczy, życzył powodzenia i odszedł. Szukając znajomych, którzy zabijali czas i swoje oszczędności próbując grać cash game'y na stawkach zdecydowanie za wysokich na pieniądze z jakimi tu przyjechali. Ale wszystko było dobrze, każda przygoda gdzieś musi się zacząć, a jego zaczęła się wcale dobrze.

Zanim wsiadł do samochodu postanowił, że musi coś jeszcze zrobić – dać szansę innym. Podobno powinno się zostawić cząstkę siebie tam gdzie chce się wracać, a zamierzał to robić często. Sięgnął więc do kieszeni i swój amulet pozostawił na chodniku. Tam gdzie go znalazł. Bo w dalszych etapach jego podróży nie może już tak polegać na szczęściu. I trzeba też dać szanse innym. Musi mieć kogo oczyszczać z gotówki, gdy będzie tu ponownie. A nic tak nie zachęca do gry jak łatwa wygrana. Choćby na początku, zachęta, której on też potrzebował.


Praca numer 14

Historia, którą zaraz przeczytacie, zdarzyła się naprawdę.

Był mroźny, lutowy poranek. Szykowałem się do wyjścia z domu, miotając się w poszukiwaniu kluczy. Wiedziałem, że jeszcze kilka minut zwłoki i nie zdążę na autobus. Starałem się być cicho, żeby nie obudzić dzieci. Spały słodko w małym łóżeczku, zaraz obok naszego, przykryte kocami i grubą kołdrą, którą dostaliśmy w spadku po teściowej. Kończyło się drzewo na opał, a długoterminowa prognoza pogody wyglądała przerażająco. Moja żona jeszcze nie wróciła z nocnej zmiany, maluchy będą musiały zostać kilka godzin same…

Są klucze, jak zwykle w ostatnim miejscu, w którym ich szukałem. Niemal w ostatniej chwili wskoczyłem do busa – żadnych miejsc siedzących, ale to mnie nie obchodziło, mój komfort to ostatnia rzecz, o której wtedy myślałem. Mieliśmy poważne kłopoty finansowe. Dom, który także odziedziczyliśmy po babci był w strasznym stanie, dach zawalał się pod ciężarem śniegu i wszędzie słychać było podmuchy lodowatego wiatru. Moja żona pracowała dwa razy w tygodniu, sprzątając biurowiec pewnego banku za psie pieniądze. Ja byłem magazynierem sklepu z artykułami metalowymi i nie dostawałem pensji od trzech miesięcy.

Tego dnia miałem porozmawiać z właścicielem, nie chciałem już słuchać kolegów mówiących „nie pytaj o pieniądze, bo cię zwolnią i nic nie dostaniesz”. Miałem drugą umowę na okres próbny, pierwszą szef podarł przy mnie, mówiąc – „tak będzie lepiej dla nas obu, w każdej chwili możemy się rozstać”. Dobrze wiedział, co robi, miał władzę absolutną i traktował nas jak niewolników.

Wszedłem do jego biura i zobaczyłem grubasa siedzącego przed dziewięcioma ekranami transmitującymi obrazy z kamer sklepowych, jedna była nawet w naszej ubikacji – ten kretyn lubił sobie chyba pooglądać kible przy śniadaniu. „Dobrze, że jesteś” zaczął rozmowę, zanim nawet zdążyłem się odezwać „Pomyliłeś się przy ostatniej dostawie, podpisałeś fakturę na 300 wkrętów a dostaliśmy tylko 30. Niestety, muszę potrącić 160 złotych z twojej pensji, wiesz, twoja pomyłka”. Nie mogłem uwierzyć w to, co powiedział. To ja miałem przygotowany monolog na to spotkanie, miałem zażądać należnych mi pieniędzy, a on mówi, że potrąci mi z pensji??? Z jakiej pensji??? Bez słowa odwróciłem się i wyszedłem ze znienawidzonego biura, potem ze sklepu. Wiedziałem, że to koniec mojej pracy w tym miejscu, nie wiedziałem tylko, co mam powiedzieć w domu. Nie mogłem wrócić jeszcze do żony, musiałem wymyślić, co zrobić dalej.

Wszedłem do baru koło zajezdni autobusów i zamówiłem piwo. Nie miałem zamiaru pić od rana, ale stało się to jakoś tak… automatycznie. Po kilku godzinach w ciszy i jakichś czterech litrach napoju do baru weszło trzech chłopaków. Wyglądali mi na studentów, dobrze ubrani, jeden z nich rzucił na stolik kluczyki do Audi oraz talię kart. Obserwowałem z barowego krzesła, jak rozdają sobie po dwie karty, kładą na stół banknoty, potem trzy karty na stole. To Texas Hold’em. Oglądałem tę odmianę pokera wiele razy w telewizji, nigdy jednak nie widziałem gry na żywo.

Jeden z graczy zauważył mój wzrok na ich stoliku, szepnął coś do kolegów i zapytał głośno „Chciałbyś się dołączyć? W czterech mniej się rozdaje”. „Pewnie” walnąłem bez zastanowienia. Jaki ja jestem odważny po paru piwach… Znałem zasady, nie wiedziałem tylko za bardzo, ile podbijać, obserwowałem. Koleś od Audicy był typowym szaleńcem. Oglądał każdego flopa, blefował nawet samego siebie, nie dbał o kasę. Pozostałych dwóch kolesi grało chyba tylko dla zabicia czasu. Zacząłem nieśmiało sprawdzać cwaniaka, potem przebijać jego zakłady, w większości przypadków zabierając jego pieniądze. Przy stole zrobiło się cicho i bardzo poważnie. Byłem sporo do przodu, jakieś 250 złotych, kiedy dwóch chłopaków z naszego stolika oznajmiło, że idą do domu.

Zostałem sam z maniakiem. Żaden z nas nawet nie zapytał, czy gramy dalej, to było oczywiste. Zabierałem mu coraz więcej i więcej, w końcu sięgnął do kieszeni i wyciągnął gruby rulon banknotów. „Ile masz?” spytał przez zaciśnięte zęby, „Jakieś 950”. Odliczył tysiąc złotych, położył je na stole i rozdał karty.

Dwie damy! Dostałem dwie damy i podbiłem je o dwie duże ciemne. Maniak bez namysłu przebił do 300 złotych. Jedna trzecia mojej pensji, pomyślałem. Czy on blefuje, czy ślepej kurze w końcu się trafiło? Niemożliwe, próbuje mnie wystraszyć, to pewne. Nie mogę zrzucić takiej ręki, jest tylko jedno wyjście. „Za wszystko” powiedziałem cicho, serce waliło mi jak oszalałe. To były ostatnie pieniądze, jakie miałem i musiałem wygrać to rozdanie. „Nie wierzę ci” odpowiedział mój oponent, „Sprawdzam”.

Pokazał damę i króla w kolorze – pewnie ładnie razem wyglądały. Uśmiechnąłem się szeroko – miałem go. Flop to 5AQ, trafiłem trójkę i patrzałem jak mój młody kolega tracił ostatki nadziei. Turn – walet. Po minie chłopaka widziałem, że czekał na cud. Powoli odwrócił piątą kartę – zamarłem, dziesiątka…

Nie wiem jak wyszedłem z baru i jak dotarłem do domu. Chciałem zapomnieć o tym, co się stało, ale nie mogłem myśleć o niczym innym. Żony i dzieci nie było, pewnie wyszli na obiad do moich rodziców, może i dobrze, że nie musiałem jeszcze jej o wszystkim opowiadać. Siadłem do komputera – czas szukać nowej pracy, postanowiłem nie być wybredny, wezmę cokolwiek, byleby tylko płacili. Przejrzałem kilka ogłoszeń – za mało doświadczenia, brak kwalifikacji, nieaktualne. Nagle w prawym rogu ekranu, na jednej ze stron z ofertami, zauważyłem baner reklamowy, który widziałem już wcześniej setki razy. W sekundzie w mojej głowie narodził się nowy pomysł. Szybko kliknąłem, strona załadowała się i zobaczyłem napis – Pokerstars, Odkryj w sobie Gwiazdę Pokera.

Niektórzy z was pewnie nie wierzą w opatrzność losu, ale seria wydarzeń, które mnie tego dnia spotkały, zmieniła życia moje i mojej rodziny. Niewiele osób zna moją historię. Zawsze myślałem, że ludzie w nią nie uwierzą. Dlatego nie chcę ujawniać mojego imienia, ani nicku na Pokerstrategy. Powiem tylko, że obecnie jestem jednym z najwyżej grających pokerzystów na tym serwisie i większość z was mnie zna.

To czy będę kontynuował moją opowieść, zależy tylko od Was…


Praca numer 15

Downswing ?

U mnie jest to zjawisko polegające na tym, że w pewnych okresach , spada gwałtownie wskaźnik ITM a tym samym ROI z mojej gry . Odkryłem już dość dawno, że przydarza się ono najczęściej w weekendy w czasie wieczornych sesji , a jego intensywność jest zależna do ilości wypitego przed i w trakcie sesji piwa . Zależność ta wygląda mi na funkcje wykładniczą , a przynajmniej jakąś parabolę

To nie żart , nie chce się popisać oryginalnością . Obliczyłem nawet że cztery weekendy majowe kosztowały mnie w sumie ok 400$ w samych stratach (nie licząc kasy której nie wygrałem , a powinienem wygrać w tym czasie grając normalnie). Daje to średnią stratę na poziomie 6,67$ na każde wypite piwo , przy czym jak wcześniej zaznaczyłem zależność ta ma charakter zależności wykładniczej , wiec o ile pierwsze wypite w czasie sesji piwo kosztuje mnie zwykle 1-2$ , to piąte kosztuje już 20 - 30 dolarów. Na szczęście także to zjawisko w świecie pokera podlega wariancji i o tym wam chciałbym dzisiaj opowiedzieć .

Niedzielny wieczór , około 23 , szósta godzina sesji , koniec trzeciej godziny ostatniego tego wieczora turnieju w którym jeszcze gram , wszystkie poprzednie zakończyły się totalną klapą , co zresztą w pełni potwierdziło moją teorię dotyczącą wpływu picia w czasie sesji , na wyniki tej sesji.

Mój ostatni turniej MTT 5000$ GP z wpisowym za 5 dolków . Zważywszy że centralnie przede mną stoi właśnie otwarta, szósta tego wieczoru butelka, mojego ukochanego bursztynowego napoju idzie mi całkiem nieźle. Ze stackiem na poziomie 13 tys. chipsów jestem gdzieś w środku drugiej dziesiątki na 30 graczy pozostających w grze . Jestem już w kasie - wszyscy są - co zresztą było wystarczającym powodem by , mimo gromiącego spojrzenia Beatki, kobiety mojego życia - sięgnąć po kolejnego browarka .

Prawdę mówiąc niewiele już widzę i najchętniej poszedłbym spać , ale oto zdarza się coś co na chwilę niemal mnie otrzeźwia . Kolejne rozdanie siedzę sobie na UTG i nagle na zielonym stole przed moimi oczami widzę to , co sprawia że serduszko każdego pokerzysty mocniej zaczyna bić : AA. Kątem oka widzę jak fish tuż przede mną, z podobnym stackiem do mojego wali All-in . Przez głowę przelatuje mi wyjątkowo trzeźwa myśl - MAM CIĘ. Przymykam na chwilę oczy , otwieram je znowu - hmm nie bardzo widzę , moje asy nie leżą w miejscu , lecz zataczją jakby kółka na stole , dwoją się i troją. Nie do końca jestem pewien , czy dostałem ich dwa czy może cztery (to nie Omaha , gram NL Holdem) . Zbliżam oczy do ekranu mojego notebooka by lepiej się im przyjrzeć i dzieje się coś, czego nawet w najczarniejszych snach nie można wyśnić . Moja broda trafia prosto w stojącą przede mną , świeżo otwartą butelkę piwa , a ta przewraca się centralnie na klawiaturę komputera . Ekran komputera gaśnie , a mi ciemno robi się przed oczami.

- Moooje nutsy , muj puuush , zawodzę żałośnie . Zawodzenie musiało być straszne , bo przybiega z sąsiedniego pokoju moja Beatka .

- Co się stało ? - pyta z wyraźnym przestrachem .

- Kochanie , mój pocket , notebook, turniej , dupa - bełkoczę starając się jej wyjaśnić co mi się przydażyło , najlepiej jak umiem w tym stanie .

- Idź się lepiej wykąp i nie pij już więcej - słyszę w odpowiedzi .

Eureka !!!

Biegnę do łazienki, biorę zimny prysznic , nieco trzeźwieję , mija minuta może dwie – wracam , odwracam notebooka klawiszami w dół. Widzę jak wycieka z niego piwo . Porażka, raczej go już nie uruchomię .

- Mój turniej , komputer , dajcie mi komputer ! - krzyczę biegnąc do pokoju syna.

- Człowieku - dziecko obudzisz - słyszę zirytowany głos mojej partnerki .

- Będę już cichutko , obiecuję kochanie , ale ja muszę skończyć , ja muszę zobaczyć - mówię z błaganiem w głosie. Widzę machnięcie ręką i odczytuję to jako pełne zrozumienie dla mojego cierpienia.

Włączam komputer Jasia , uruchamia się bez końca , mijają minuty , tuż obok mój 8 latek pochrapuje sobie w najlepsze . Jest Windows. Gdzie moja ikonka , gdzie mój klient pokera ? ....NIE MA !!! . Już wiem , moja latorośl robiła sobie miejsce na nową gierkę , więc mój program który i mamie czasem przeszkadzał poszedł do kubła jako pierwszy. Strona, instalka , mam, ściągam, mijają kolejne minuty. Dlaczego to trwa tak długo. Już prawie !. Nie, jednak nie , teraz soft aktualizuje się w nieskończoność .

- Ku..a , akurat teraz !

Już pomału się poddaję , dochodzi północ , to już koniec . Wreszcie jest widzę lobby , zaczyna otwierać się mój stół - więc jeszcze żyję - sekundy biegną w nieskończoność , prawie już wytrzeźwiałem z tego wszystkiego .

Widzę stół finałowy, tam 4 graczy w tym JA z microstackiem !!!

- Kurde , ale si? wyrżnęli - przebiega mi przez myśl.

Nie zdążyłem dotkąć klawiatury. Bum bum , push, push - kończę trzeci z 500$ w kieszeni , to mój nowy rekord , jeśli chodzi o wysokość wygranej w turniejach.

Ups , teraz będzie puenta . Następny ranek , siadam i analizuję co się działo w turnieju gdy ja byłem w niebycie . Docieram do rozdania z moimi nutsami . Mam AA , przede mną PUSH (jak się okazało z 79o) , ja z wiadomych względów FOLD , za mną jeszcze dwa All-iny z QQ i KK. Na flopie spada KQ8 w piku , póżniej jeszcze dwie blotki , i całą pulę zgarnia fish z 79, przy pomocy backdor flusha . Moje nutsy , byłyby ostatnie , czyli 4-te w tym rozdaniu i tym samym pożegnałbym się z turniejem, z jakimiś kilkoma drobnymi dolkami w kieszeni.

W ten oto sposób moje szóste piwo tego wieczora , uratowało mnie przed zmoczeniem dupy w turnieju , pomogło mi zająć przyzwoite , 3-cie miejsce i zgarnąć 500 dolarów. Właściwie to nie wiem , czy uczynił to ten szósty , wylany browar , czy też raczej te pięć wcześniej wypitych , w każdym razie moja statystyka tego miesi?ca z punktu widzenia browarowych downswingów zmieniła się z minus 400$ na plus 100 .

P.S .

Wszystkie opisane zdarzenia miały miejsce naprawdę , w maju tego roku

Od czasu tego zdarzenia nie prowadzę już statystyk dotyczących wpływu picia alkoholu na moje downswingi - po prostu nie piję już w czasie sesji.

Mój laptop po potraktowaniu suszarką do włosów odżył i służy mi do dzisiaj

Nidy później (jak dotychczas) , nie pobiłem ustanowionego wówczas rekordu wysokości wygranej.

Po tym zdarzeniu , moja partnerka zaczęła grywać w turniejach STEPS , na FTP i odnosi tam spore sukcesy.

Mój syn ponownie usunął moje oprogramowanie pokerowe ze swojego komputera.

Celem autora niniejszego tekstu nie było zachęcanie respondentów w jakikolwiek sposób do spożywania alkoholu, zwłaszcza w czasie sesji pokerowych, a marka trunku , będącego głównym bohaterem tej historii, z wiadomych względów nie zostanie ujawniona.


Praca numer 16

Historia oparta na faktach. Imiona zmienione na fikcyjne.

- Luke wygrał dwa tysie baksów w pokera! - taka wiadomość krążyła po

wszystkich znajomych Luke'a w okolicy akademików pewnej polskiej uczelni.

Wszyscy którzy słyszeli o tym nagle zaczęli masowo instalować oprogramowanie

najpopularniejszy poker roomów w sieci, widząc siebie tak samo jak Luke

zarabiających na turniejach, pomimo że tylko dzięki łutowi szczęścia Luke

ugrał taką sumę, wcześniej nie mając fartu do większych wygranych. Całe

grupy rozpoczęły wzmożony trening pokerowy, czytając artykuły w Internecie

oraz grając na żywo i przez Internet, oglądając relacje z rozdań w telewizji

i Internecie.

W opowieściach jakoś pomijano fakt, że Luke zaczynał od śmiesznych stawek

mikro i grał na nich ponad rok, zanim zaczął grać o większe stawki. Zapewne

był to jeden z głównych powodów wykruszania się potężnej rzeszy nowych

pokerzystów online, którzy nie mieli cierpliwości, ani samozaparcia. Woleli

powrócić do marnowania długich godzina na WoW i inne MMORPG, czy też

oglądania następnego sezonu Stargate. Pozostała im ciągle tradycja

mikro-stawkowych rozgrywek na żywo, przy piwie lub innej wódeczce przy czym

wciąż chętnie oglądali różne zawody w telewizji i internecie. Jednak zapał

większości studentów zaangażowanych z tak wielką pasją początkową wygasł, a

widmo imprez w drogich lokalach się oddaliło, w momencie gdy zrozumieli, że

aby wygrywać należy poświęcić grze na mikro stawkach znacznie więcej czasu

niż sądzono na początku, a tysiące wygrywać będzie można w bliżej

nieokreślonej przyszłości.

Przy grze zostali nieliczni, którzy ciągle czytali wielokrotnie te same,

najwartościowsze artykuły, dyskutowali między sobą wymieniając się

spostrzeżeniami, dzielili wspólnymi doświadczeniami. Tak mijały miesiące,

podczas których zwiększali bankrolla, a ich skuteczność zarabiania pieniędzy

przez pokera rosła.

Minęło jakieś dwa lata, w czasie którym Luke doszedł do wirtuozerii

pozwalającej mu na zarobki rzędu 5-7 tysięcy PLN na miesiąc i ustalenie

swojej pozycji wśród burżuazji studenckiej. W tym czasie reszta ekipy, która

wcześniej została natchniona pierwszym większym sukcesem Luke'a również

zaczęła odnosić sukcesy, wyciągając z turniejów już wysokie zarobki rzędu

kilku set PLN, do okazyjnych paru tysięcy PLN. Wśród nich jeden - Kędzior -

mógł się już pochwalić, że wyszedł na plus 13 tysięcy USD, z czego w jednym

turnieju wyciągnął ponad połowę tej kwoty. Wszystko dzięki samozaparciu i

chęci ćwiczenia w wolnym czasie (którego studenci mieli wystarczająco dużo)

pokera.

Minęły ponad dwa lata od słynnych dwóch tysięcy Luke'a, a

zarobione pieniądze pozwoliły i nadal pozwalają chłopakom w pełni cieszyć

się z życia studenckiego. Względy finansowe nie trzymają ich już w ryzach,

kierownictwo akademika nie wydzwania do nich, że zalegają za parę miesięcy z

opłatami. Teraz kończąc studia, są na etapie szukania stałej pracy, która

będzie lekka, nie wymagająca, pozwalająca pracować w krótkim wymiarze

godzin, dająca poczucie świętego spokoju, niekoniecznie wysokopłatna, bo

przecież utrzymanie zapewni im poker, natomiast to czego poker nie zrobi to

odprowadzenie składki ZUS.

Historia ekipy pokerowej toczy się dalej. Pomimo, że niektórzy

się rozjechali po świecie, to dalej propagują poker w swoich środowiskach.

Czasem przypadkiem lub z premedytacją spotykają się w swoim gronie, aby

wypić co nieco i pograć towarzysko na mikro stawki. Co jakiś czas zarażają

jakiegoś "świerzaka", który jest łudzony wizją łatwych zarobków. "Świerzaki"

widząc że skoro tylu ludzi z krwi i kości, który znają osobiście (a nie

jacyś znajomymi-znajomych), może zarabiać grając, są święcie przekonani, że

im się uda. A skoro efekt zależy od nich samych i ich motywacji, to mają

rację.


Praca numer 17

Dwa lata temu poszłam do wróżki. Wiem że to głupie , ale baby po 40-ce mają takie fazy . Poszłam do niej bo do kogo miałam pójść ? Szukałam jakiejś szansy , jakiejś nadziei , jakiejś inspiracji. Wszyscy znajomi po ostatniej plajcie mojego męża gdzieś znikli , rodzina - ech szkoda gadać . Gdyby owa wróżka powiedziała mi wtedy, że będę grała w pokera , chyba bym nie uwierzyła. Nie powiedziała ! Nie wiedziała ? A może wiedziała , ale było to nawet dla niej zbyt nieprawdopodobne . Powiedziała mi za to wiele innych rzeczy , o kłopotach finansowych , o przeprowadzce , o zmianie pracy . To wszystko akurat doskonale sama wiedziałam . Mój Marek , nawiasem mówiąc genialny programista i wspaniały człowiek , ale w interesach trochę pierdoła (przepraszam cię kochanie) , właśnie został zostawiony na lodzie przez wspólnika – oszusta i stracił dorobek ostatnich kilkunastu lat . Ja , od lat nie pracowałam , cóż mój facet zarabiał dotychczas wystarczająco. Teraz nagle wszystko się zawaliło . Nasz najmłodszy syn , Maciek ma iść właśnie do pierwszej klasy , nowy właściciel domu w którym mieszkaliśmy od kilku ładnych lat , daje nam wyraźnie do zrozumienia że chce się nas pozbyć , zwłaszcza że zaczynamy zalegać z czynszem , mój facet próbuje się pozbierać po biznesowych porażkach , a ja rozpaczliwie , po 7 latach zawodowego niebytu , szukam jakiejś pracy , by załatać coraz większą dziurę w domowym budżecie. Przechlapane. Przeprowadzka z miasta wojewódzkiego , na zadupie - bo taniej. Mija kilkanaście miesięcy , jest wczesna wiosna 2010 , niestety nic specjalnie w naszym życiu się nie zmienia . Marek robi jakieś zlecenia za grosze , ja łapię się dorywczo sprzątania byle tylko jakoś przeżyć . Stałej pracy szukam bezskutecznie . Cóż tu niemal wszyscy się znają , a ja jestem obca , przyjezdna. Napisałam dziesiątki CV w różnych wersjach i dupa , nikt mnie nawet nie zaprosił na rozmowę , nawet nikt nie zadzwonił. Na życie co prawda jakoś starcza , ale tu za miesiąc z kawałkiem pierwsza komunia mojego syna . Pożyczyć nie ma od kogo , nawet do lombardu nie za bardzo byłoby co wynieść – porażka.

W taki właśnie smutny , marcowy dzień , na głębokiej prowincji , zaczyna się moja historia .

 Mamo , możesz mi pożyczyć swój dowód osobisty ? - zwraca się do mnie z co najmniej dziwnym pytaniem Maciek.

 Cooooo ? Coś ty znowu wymyslił ? Po co ci mój dowód ?

 No bo chcę go zeskanować – odpowiada jak zwykle rezolutnie Maciek.

 Cooooo ? A po co chcesz skanować mój dowód ?

 No bo będę grał w pokera – tłumaczy mi cierpliwie malec , i oni tam właśnie w tym pokerze chcą twój dowód zobaczyć.

 Kto , co , w jakim pokerze , nie wytrzymam , w coś ty się znowu wpakował . Jeszcze tego brakowało żebyś jakieś hazardy uprawiał gówniarzu . Katechizmu się uczyć . Za miesiąc komunia ! - nakrzyczałam na niego.

 No bo , no bo , Mateusz w ten sposób zarabia pieniądze – wyjąkał cichutko

Zrobiło mu się przykro , zobaczyłam łezki w jego niebieskich oczkach , a za chwilę i moje oczy , z poczucia winy zrobiły się dziwnie wilgotne. Przytuliłam go .

 Po obiedzie mi wszystko wyjaśnisz – powiedziałam na zgodę.

 Okiej – pisnął radośnie – i pobiegł z powrotem do komputera.

Maciek od paru dni , po powrocie z weekendu spędzonego u rodziny , był czymś wyraźnie podekscytowany , cały niemal wolny czas spędzał na surfowaniu po internecie i konferencjach przez skype , ze starszym od siebie o kilka lat kuzynem – Mateuszem.

 No bo widzisz mamuś – tłumaczył mi synek kilka godzin później , pokazując stronę Pokerstrategy.com - to jest szkoła pokera , i oni tu dają za darmo pieniądze na to żeby się móc nauczyć w to grać. Więc swoich pieniędzy nie można tutaj przegrać , można tylko na tym zarobić. I ja to już wszystko wypełniłem , tutaj był taki egzamin , ale łatwy – Mateusz pomógł mi to zdać . No i właśnie teraz to już tylko potrzebny jest ten twój dowód

 Hmmm , dobrze robaczku – powiedziałam – obiecuję że przyjrzę się temu dziś wieczorem , i porozmawiamy. Okiej ?

 Okiej !

No i przyjrzałam się . Prze trzy kolejne dni przeczytałam niemal od deski do deski całą witrynę pokerstrategy.com . Przejrzałam forum . Obejrzałam kilka filmików. Nawet co nieco załapałam – uwierzycie ? W międzyczasie , mój Maciuś przestał się ekscytować pokerem – znalazł nową ekscytację – Metin2. A ja ? Ja wciągnęłam się na dobre , czytałam dalej , wysłałam skan dowodu a dwa dni później , dostałam kapitan startowy i zaczęłam , na początku dość nieśmiało stawiać moje pierwsze kroki w MTT .Uwierzycie ? Trzy dni później – dokładnie 1-go kwietnia , nigdy nie zapomnę tej daty – wygrałam mój pierwszy turniej . No nie , nie wygrałam – zajęłam drugie miejsce i moje konto powiększyło się o 239 dolarów i 57 centów. Możecie wierzyć lub nie , ale w tym momencie już wiedziałam , z czego sfinansuję przyjęcie komunijne Maćka . Dalej wszystko potoczyło się niemal jak w powieści z serii Harlequin . 10-go kwietnia ponownie w kasie i kolejne 200 dolarów , kilka udanych SNG i wreszcie 20-go kwietnia , po zaledwie trzech tygodniach gry , 450 dolarów cashout . Dwa tygodnie do komunii Maćka , a ja już mam na nią kasę , w dodatku na koncie w FullTilt zostało mi jeszcze 150 dolarów na grę !

Myślicie że to już koniec mojej historii ? Nie moi drodzy , najlepsze jak w dobrej powieści będzie dopiero na deser !

Prze następne dwa tygodnie nie grałam. Wiadomo, przygotowania do komunii . 28 kwietnia , idę zamówić tort na przyjęcie komunijne . Na witrynie cukierni ogłoszenie – Zatrudnimy sprzedawców , zatrudnimy kierownika działu sprzedaży , zatrudnimy kierowców. Na kierowcę raczej się nie nadaję , nie mam prawa jazdy , ale na sprzedawcę , czemu nie – mój Mareczek mówi że sprzedała bym diabłu jego własny ogon , za jego własne pieniądze . Piszę CV . Kariera zawodowa , wykształcenie , bla bla . Zainteresowania . Jakie ja mogę mieć zainteresowania po latach prania , gotowania i sprzątania w domu ?

Jak to jakie ! Piszę : Poker turniejowy i neurolingwistyka (to drugie mądre słowo wpadło mi w oko na jakimś forum i bardzo mi się spodobało). Zanoszę CV , nie wierząc jednak za bardzo, że ktoś je przeczyta. Tuż po majowym weekendzie i komunii mojego synka – telefon .

 Halo. Pani Beata ? Dzień dobry. Pani składała u nas podanie o pracę ? Zapraszam na rozmowę . Kiedy pani pasuje ? Możemy się spotkać jeszcze dzisiaj ?

 Oooczywiście – wyjąkałam.

Szok . Pierwszy raz od ponad roku , ktoś odpowiedział na moje podanie o pracę ! Kąpiel , ubranie , makijaż , rower – jestem gotowa . Jadę do biura firmy , parkuję mój pojazd przy wejściu. To spora firma , mają sieć sklepów w całym województwie. Sekretariat , zawodowo uśmiechnięta sekretarka . Gabinet szefa , wielkie biurko , uśmiechnięty szpakowaty krawaciarz podaje mi rękę . Jestem trochę spięta , boję się tylko żeby tapeta nie zaczęła mi spływać z twarzy , ostatnią rozmowę kwalifikacyjną miałam ponad 10 lat temu .

 Na jakiej platformie pani gra , pani Beato – pada pierwsze pytanie .

To pytanie spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Jadąc tutaj układałam sobie scenariusz tej rozmowy i spodziewać się mogłam wszystkiego , włącznie z niedwuznacznymi propozycjami , ale do cholery nigdy by mi nie przyszło do głowy że facet będzie mnie pytał o pokera !

 Full Tilt Poker – wyjąkałam .

Nie będę już eskalować napięcia , nie w tym rozdziale . Zwłaszcza że kończy się właśnie druga strona moich wypocin. Napiszę tylko , że dostałam tą pracę, a w czasie ponad godzinnej rozmowy kwalifikacyjnej, rozmawiałam z Pawłem , moim aktualnym szefem, więcej o pokerze niż o moich przyszłych obowiązkach. Niewiele pamiętam z tej rozmowy , zbyt byłam przejęta całą sytuacją . Ale jednego nie zapomnę do końca życia . Dowiedziałam się mianowicie , w trakcie tej rozmowy , iż jedynym powodem , dla którego to ja zostałam wybrana , spośród 20 innych kandydatów , było to , że uwagę mojego przyszłego szefa , w czasie przeglądania mojej aplikacji , przykuło jedno , jedyne słowo w moim CV. Magiczne słowo : POKER.

W ten oto sposób dzięki mojemu kochanemu Maciusiowi , przypadkowi, innemu pokerzyście i oczywiście Pokerstrategy.com zyskałam zarówno szansę zawodową , jak i fascynujące hobby . Kocham Pokerstrategy.com !

P.S.

Drogie Pokerstrategy . Przyznałam się właśnie bez bicia , że nigdy nie zaliczyłam waszego quizu , zrobił to za mnie mój kochany Maciuś z pomocą kuzyna . Żywię jednak głęboką nadzieję , że po przeanalizowaniu mojej dotychczasowej króciutkiej kariery pokerowej dojdziecie do wniosku , że mimo wszystko opanowałam w stopniu wystarczającym podstawowe wiadomości . Obiecuję solennie uczyć się pilnie nadal.


Praca numer 18

Każdy ma ciekawa historie… ale nie każda musi być prawdziwa, ani tak naprawdę interesująca. Moja wygląda tak…

Dzień moich urodzin, 5 lat wstecz…

Wpada do mnie koleś, który kupił w Netto walizkę żetonów. Wraz z dziewczyna i jeszcze dwójka znajomych mieliśmy w planach bilard + alko + dym. Co oczywiście po bilardzie przerodziło się w pierwszą partyjkę pokera w naszym życiu, która odbyła się u nas w domu. Nasz wierny kumpel Jack Daniels i Maria cały wieczór dotrzymywali nam towarzystwa, aż nas w końcu położyli do łóżek.

W tym miejscu przybliżę wam „zasady” na jakie wtedy graliśmy. Każdy dawał po 5zł i graliśmy teoretycznie 5/ 10 gr. Stałe blindy, oczywiście przebicia bez ograniczeń i tu pojawia się ciekawostka… Nie ważne było kto ile miał żetonów jak dochodziło do showdownu, wszystko co było na stole zawijała najlepsza ręka. Były przypadki, że komuś zostało np. 0,20gr i wygrywał pule 18zł, bo wszedł All-in i w tym rozdaniu miał najlepsza ręke! Wyobrażacie sobie?! Wspomnienie tamtego wieczoru do dzisiaj wywołuje uśmiech na mojej twarzy:).

Oczywiście to była nasza pierwsza partyjka lecz nie ostatnia. Spotykaliśmy się dwa razy w miesiącu, aby popić przy kartach. W końcu coś trzeba była zrobić z „tymi allinami”, bo sami zaczęliśmy dochodzić, że do dość niesprawiedliwe :P. Zaczęło się szukania dokładnych zasad, bo co chwila były jakieś sytuacje sporne. Tak zacząłem interesować się pokerem i pierwsze co, to chciałem zbudować bankroll na freerollach. W ciągu pierwszego roku grania grałem tylko freerolle, nic nie czytałem ani się nie uczyłem. Nagle udało mi się wygrać w ciągu jednego tygodnia 3 freerolle i myślałem, że jestem mistrzem świata. Całe dnie spędzałem na graniu maratonów freerollowych a nie miałem pojęcia nawet o czymś takim jak pozycja! Wszystko było wyuczoną pokerową „czutką”… a z czutką nie ma żartów. Oczywiście zaprzestałem pokerowej kariery, po tym jak kilka razy nie udanie wpłaciłem parę złotych i okazało się jaki to ze mnie „Miszcz” tak na MTT jak i na cashach.

Tak minęło chyba ponad rok i napatoczyła się Pokerstrategy.com, jak zobaczyłem, że dają za darmo 50$ to odezwał się we mnie bakcyl, którego wcześniej złapałem i zaczęło się. Oczekiwanie na kapitał startowy spędziłem na dziale „Strategia” i jak tylko wpłynęły pieniądze zaczęło się ostre grindowanie… trwało to chyba ze 2,5h… po czym wszystko przegrałem. „Po takim pechu” nie mogłem tak łatwo odpuścić i udałem się do banku aby wpłacić stówkę. Zrobiłem tak jeszcze kilka razy w ciągu miesiąca i powiedziałem sobie „STOP… nie umiem, wiec muszę się podszkolić”. Kilka treningów, parę filmików, artykuły, nawet zacząłem się udzielać na forum w dziale „oceny rąk” i znowu draw do bankomatu zakończył się suckoutem…

Teraz to już jest całkiem inna historia, czyli podejście do pokera nr 3!

Mój cel to zadomowić się na NL50 do końca tego roku, grając ok. 25-30K rozdań miesięcznie i najpóźniej do czerwca przyszłego roku zbudować bankroll na NL100. W międzyczasie jeden prywatny caoching i ok. 30h teorii (analiza gry, artykuły, filmiki) w miesiącu. Niestety pracować tez trzeba.

Szkoda, że wcześniej nie potrafiłem się nauczyć myśleć…


Praca numer 19

Znaliśmy się przecież od zawsze . Jeszcze na długo przed tym jak usiedliśmy razem w jednej ławce , w pierwszej klasie szkoły , bawiliśmy się razem w jednej piaskownicy . I od zawsze niemal wszystko robiliśmy razem - razem wypaliliśmy nasze pierwsze w życiu „Sporty” w pobliskim lasku , razem graliśmy w piłę na przyblokowym podwórku . Ziutek . Tylko Twoja babcia i ja , twój najlepszy kumpel, mogliśmy tak Cię nazywać . To , Ty nazwałeś mnie Ayala w czasie pamiętnego mundialu 74-go roku. Ty sam , mimo że grałeś z nas w piłę najlepiej , nigdy nie miałeś futbolowej ksywki . Nazywaliśmy Cię King`s, albo Elvis. Obie ksywki miały genezę pokerową , co oprócz Ciebie wiedziałem chyba tylko ja.

Ty pierwszy , wyjaśniłeś nam zasady znanej nam z westernów gry – poker . I Ty byłeś w nią najlepszy , zawsze i do końca . Oszukiwałeś. Wiem , w końcu sam brałem udział w twoich ustawkach . Wszyscy oszukiwali , ale ty byłeś najsprytniejszy . Zresztą , wydawało nam się wtedy , że na tym głównie ta gra polega.

Pamiętam jak dziś , umówiliśmy się na Piotrka z sąsiedztwa , akurat dostał stypendium w zawodówce . Wręczyłeś mu nowiutką , zapakowaną talię kart . Piotrek sam ją rozpakował . Naiwny Piotruś nie umiał tasować . Całe jego tasowanie polegało na przesuwaniu pojedynczych kart z grzbietu talii , na jej spód. Nie przełożyłem . Wiedzieliśmy , że ułożone wcześniej króle , do kogoś trafią , do przeciwnika miały trafić damy , z asekuracją na karetę gdyby coś poszło nie tak . Trzej królowie odwiedzili Ciebie , a po wymianie spotkały się dwie karety . Piotrek , w pierwszym rozdaniu stracił nie tylko całe stypendium , ale i koło i lampę do roweru . Ze łzami w oczach poszedł do domu . Po tym zdarzeniu , kumple z podwórka przezwali Cię – Kings , a kilka dni później zostałeś Elvisem . Dorwał Cię Kędzior – brat Piotrka. Oberwałeś wtedy solidnie , a twoja górna warga nigdy już nie wróciła na dawne miejsce , pozostając już na zawsze lekko odchyloną do góry . Co ciekawe , to uzyskane zupełnie przypadkowo podobieństwo do Presleya w połączeniu z talentem do gry na gitarze , strasznie podobały się dupom – i co tu dużo gadać , w tym też biłeś nas na głowę.

Wygrywałeś w pokera niemal codziennie przez całe trzy lata dojazdów do zawodówki , w przyczepie Jelcza który każdego dnia odwoził nas do szkoły . Dojazd trwał niemal równo godzinę , powrót drugie tyle . Siadaliśmy w przyczepie , bo tam można było palić , to znaczy niby nie można było , jak głosiły tabliczki , ale wszyscy niemal jarali jak smoki , a żaden z kierowców nigdy nie odważył się zwrócić nam uwagi . Przyczepa miała jeszcze jedną zaletę – dwa zwrócone do siebie szerokie siedzenia plus szkolna teczka tworzyły idealny stół pokerowy . Królowałeś przy tym stoliku niepodzielnie , a ja - twój najlepszy kumpel , często ci asystowałem , często pomogłem zgolić jakiegoś leszcza . To mi, sprzedawałeś najczęściej przytrzymane sprytnie opuszkami palców na spodzie talii króle lub asy. Nie pamiętam , żebyś kiedykolwiek wyszedł z tej przyczepy przegrany , mimo to zawsze znaleźli się chętni żeby z tobą grać .

Fajnie jest mieć kumpla , który zamiast jednego stypendium ma ich kilkanaście . Wygraną kasę trwoniliśmy na piwo i lunapark w znajdującym się tuż za rzeką , niemieckim miasteczku , albo stojąc godzinami przy fliperach. Fajnie jest mieć kumpla , który jednym spojrzeniem przyciąga dziewczyny jak magnes , zwłaszcza że te, zwykle chodzą parami.

W pokera nigdy nie przegrałeś . Tak samo było w czasie pamiętnej szkolnej wycieczki 79 go roku . Mimo że minęło już ponad 30 lat , widzę cię tak , jakby to było wczoraj , siedzącego na środku tylnej 5-cio osobowej kanapy autobusu ze służącą za stół gitarą na kolanach i kartami w ręce . Obok , jeszcze ostatnich kilku niewygolonych graczy i grupka kibiców . Nie grałem wtedy z wami , przedawkowane poprzedniego wieczora tanie wino zrobiło swoje . Ale zerkałem od czasu do czasu w twoją stronę ,i wiedziałem po twojej triumfalnej minie , że zarówno większość kasy w tym autobusie , jak i niektóre fanty zakupione w czasie wycieczki , należą już do Ciebie . Takim triumfującym Cię zapamiętałem . Niezwyciężony , niepokonany Kings , Elvis . Siedziałeś jak na tronie , chyba w najgorszym miejscu w tym autobusie . Nie miałeś dużych szans , nie miałeś się nawet czego przytrzymać , gdy autobus nagle zaczął się staczać z nasypu. Odszedłeś.

Dziś , po latach zastanawiam się czasem , jak grał byś w pokera teraz , w 21 wieku , w dobie internetu i wirtualnych stolików. Czy też byś wygrywał , jak wtedy ? Czasem , gdy kilka razy z rzędu dostaję fajną parę , myślę sobie że może to znowu Ty , jak wtedy , podsuwasz mi sprytnie z zaświatów jakieś króle lub asy.

Jeśli naprawdę istnieje piekło , chciałbym spotkać się kiedyś jeszcze z Tobą w jednym kotle . .. i zagrać . Mój przyjacielu .