Nie jestem pewien, czy to rzeczywiście jest problem mindsetowy, ale na pewno jest to problem, który chciałbym rozwiązać i jeśli opisanie go tutaj może pomóc, chyba warto spróbować.
W pokera gram od około 2 miesięcy i cały czas nie wspinam się po limitach pomimo tego, że doskonale wiem, czego trzeba by wygrywać. W przeszłości w ciągu 3 lat doszedłem od zapisania się do lokalnego klubu szachowego do kwalifikacji na półfinały MP juniorów. Atmosfera na turniejach szachowych nigdy jednak nie była tak dobra jak w e-sporcie, więc potem postanowiłem wziąć reżim treningowy i umysłowy z szachów i skupić się na Quake'u 3 (tutaj już możecie się domyślać, na jakim n00bie Quake'owym się wzoruję - i macie rację :)), którego byłem czołowym zawodnikiem. Jeżdżąc przez kilka lat na najsilniej obsadzone turnieje tylko raz spadłem "z pudła", tak więc wiem "jak to się robi". Praca, praca i jeszcze raz praca. Nie oszukiwanie się i praktyka. Wszystko to robię - oglądam filmy instruktażowe, te ze statusu brązowego mam już opanowane. Raz nawet wskoczył mi status na silver, więc ogarnąłem również parę tamtejszych vidów, ale musiałem sobie zrobić małą przerwę na pokera spowodowaną przeprowadzką i brakiem internetu w nowym mieszkaniu i teraz jestem z powrotem brązem. Oprócz tego przeglądam ręce z forum różnych ludzi, staram się sam je oceniać, a potem czytam oceny trenerów.
W pokerze po rozegraniu ok. 20 tys. rąk mój BR wynosi ~~60 $. Wcześniej sporo przegrałem (mój BR spadł do 35 $), bo zbyt często grałem agresywnie middle pary. Teraz to regularnie już odrabiam.
Dochodzimy do głównej części problemu - pracuję na pełny etat, ponadto w przyszłym roku będę wkraczał w etap narzeczeństwa z planem na ślub w ciągu 2 lat. Mieszkając już ze swoją dziewczyną po prostu szkoda mi czasu na pokera mimo tego, że zdaję sobie sprawę z tego, iż może to być przyszłościowa inwestycja w siebie i poker mógłby być miłym dodatkiem do pensji albo (jeśli na to zapracuję) głównym źródłem dochodu. Ciężko mi się zebrać nawet do tego, żeby przejść się na siłownię na godzinę parę razy w tygodniu, a co dopiero tracić nasz wspólny czas na pokera. Ona nie zabiega o czas ze mną tak bardzo - jeśli już robię coś dla siebie, nie stwarza mi żadnych problemów, więc to nie jest problem z nami, tylko ze mną. Rozumiem, że tutaj powinienem opisać swoje emocje i w sumie zrobiłem to już dość dobrze. Po prostu mi smutno, przykro, myślę o tym, co moglibyśmy robić razem. Poświęcam jej 90% swojego wolnego czasu. Pomimo tego, iż zdaję sobie logicznie sprawę z tego, że po prostu opłacałoby się - zarówno mi jak i jej - żebym czasami zamiast tego przygrindował przy stołach przez 2h dziennie zamiast 30 minut.
W związku z tym wyznaczyłem sobie 2 tygodnie temu minimalny limit gry 5h w ciągu tygodnia (na razie gram 8 stolików, aczkolwiek będę to zwiększał minimum do 12 w ciągu następnych tygodni - dzięki doświadczeniu w e-sporcie nie mam z szybkim reagowaniem większych problemów), ale czy da się robić progres grając tak mało? Ze względu na czas zrezygnowałem z wyznaczania sobie jasno określonych celów pięcia się po limitach i po prostu idę z prądem.
Częściowo stanie w miejscu jest spowodowane dużą ilością niedociągnięć technicznych, które powoli zaczynam wyłapywać - po prostu zbyt dużo wątpliwych rąk calluję zamiast fold/betować, co wyszło w mojej grze bardzo wyraźnie niedawno.
Jednak jestem pewien, że głównym problemem jest zbyt mało praktyki. I jestem również pewien, że już dawno grałbym minimum na NL5 i byłbym na dobrej drodze ku jeszcze wyższym limitom, gdybym był po prostu smutnym singlem i mógłbym poświęcić się swojej drugiej największej pasji w życiu - pierwszą jest oczywiście dziewczyna
Nietypowy problem, co? Czy ktoś coś poradzi czy muszę dostarczyć więcej informacji na swój temat? Czy może wszystko robię dobrze i niepotrzebnie narzekam, a po prostu nie jestem na tyle utalentowany, żeby robić postępy tak szybko?