Kilka dobrych lat temu mialem tutaj bloga, w miare popularnego jak na owczesne standardy, ale bez furory. Byl to czas, kiedy planowalem quitnac swoja prace na etat, zeby zaczac jako poker pro. Czas pelen ambicji i nadziei. Przyczyna skonczenia tamtego bloga bylo po prostu to, ze zderzylem sie z trudna rzeczywistoscia poker pro i zaczely sie robic górki, ktorych juz nie mialem ochoty dalej relacjonowac. Zeby byc calkiem szczerym, to owczesną motywacją do jego prowadzenia bylo glownie po prostu chec dostania pozytywnego feedbacku. Co jest pewnie zreszta glownym powodem wiekszosci takich przedsiewziec (nie oceniam, obserwuje).
Fast forward 5 lat pozniej, konczy sie 2020. Jestem caly czas poker pro, ale generalnie moje oczekiwania co do tego co chcialem osiagnac i gdzie chcialem w tym momencie byc, a gdzie jestem obecnie, sa tak rozjechane, ze czuje z tym wiecej zwiazanego wstydu niz jakiekolwiek dumy.
W duzym skrocie:
- skonczylem niedawno 27 lat, utrzymuje sie z pokera od okolo 5 lat,
- najwyzsze stawki jakie gralem to nl100, obecnie nl50,
- bankroll na chwile obecna to cos kolo 5.5k euro,
- przez ostatnie 2 lata zagralem łącznie pewnie mniej niz 350 000 rozdan, przypominam, jako poker 'pro',
- od pewnego czasu swiadomie walcze, a raczej probuje pracowac z depresja i zespolem leku uogolnionego (btw, w jezyku polskim brzmi to cholernie niezrecznie w porownaniu do angielskiego 'anxiety disorder'), swiadomie bo dopiero od kilku lat zdalem sobie sprawe, ze tak naprawde datuje mi sie to od wczesnych lat szkolnych
Mialem kilka impulsow do startu. Pierwszym byla ogolna zwiekszona aktywnosc w strefie blogow i na forum (ktore myslalem, ze juz jest raczej martwe) ktora chyba zaczal bardzo kontrowersyjnie @AvalonSol. Drugim byl blog Krzyzia, u ktorego w pierwszym poscie widzialem sporo parareli do swojego obecnego stanu mentalnego. Dzieki za inspiracje ziomek.
Od jakiegos czasu mialem tez ogolnie uczucie, ze mam gdzies z tylu swojego umyslu sporo negatywnych rzeczy, ktore sie nonstop gdzies przewijaja we flashbackach, ale ktorym nie pozwalam wyjsc na zewnatrz. W przeszlosci radzilem sobie z tym po prostu piszac dla samego siebie w notatniku na kolanie, ale jest cos w pisaniu z mysla, ze ktokolwiek inny to przeczyta, co dodaje slowom realnosci, sprawia ze sa czyms innym niz tylko kolejnymi z miliona przewijajacych sie mysli w glowie. Plus, z czysto praktycznego punktu, moze wykrzesze do tego troche wiecej motywacji w longrunie zaczynajac cos publicznie.
Dzisiaj, tuz przed chwila czytajac ksiazke 'The Body Keeps The Score' autora Bessel van der Kolk M.D, natrafilem na paragral, ktory byl ostatnim impulsem:
Activists in the early campaign for AIDS awareness created a powerful slogan: “Silence = Death.” Silence about trauma also leads to death—the death of the soul. Silence reinforces the godforsaken isolation of trauma. Being able to say aloud to another human being, “I was raped” or “I was battered by my husband” or “My parents called it discipline, but it was abuse” or “I’m not making it since I got back from Iraq,” is a sign that healing can begin.
We may think we can control our grief, our terror, or our shame by remaining silent, but naming offers the possibility of a different kind of control. When Adam was put in charge of the animal kingdom in the Book of Genesis, his first act was to give a name to every living creature.
Jak czytam ten fragment drugi raz, to brzmi to troooche za bardzo patetycznie jak na dobry gust
(cala ksiazka jest zdecydowanie bardziej o praktyzcznym wyzdzwieku).
Ale tak, taka oto moja motywacja. Troche w tym ironii, ze swojego ostatniego bloga pisalem po to, zeby poczuc sie lubianym, a w obecnym mam w planach uzewnetrzniac rzeczy, ktorych nie lubie przyznawac przed samym soba - jak na przyklad to, ze ostatnie 5 lat mojego zycia bylo z dala od tego jakie mialem wobec siebie oczekiwania i ze wcale nie jestem pewien, czy nie oklamuje samego siebie myslac, ze w przyszlym roku sie cos zmieni.
Od dzieciaka mam tendencje do zakopywania wszystkich potencjalnie negatywnych emocji w glebi siebie, co dziala na krotka mete, ale w dluzszej zdaje sie tylko energetyzowac te wszystkie zamkniete uczucia, ktore po jakims czasie chca ujscia.
Poza tym, zwyczajnie lubie pisac. Jako nastolatek przez pisanie zarabialem sobie regularnie na kieszonkowe, ktorego inaczej bym nie mial, wiec zawsze jak sie biore za jakis dluzszy wpis to odpala mi sie troche nostalgii. Lubie myslec, ze kiedys nawet umialem pisac, ale realnie szanse na to nie byly za duze, a na pewno nie umiem juz teraz ![]()
Koncze, jest wczesne rano, postanowilem zarwac cala noc, zeby przestawic kilka godzin w sleeping schedule. Probowalem robic to stopniowo, ale slabo wychodzilo. Przez wiekszosc roku mialem w miare staly sleeping schedule 5-14, w ktorym zdecydowanie czuje sie najlepiej, ale ktory zupelnie nie dziala zima, bo kolejny rok z rzedu od listopada zaczynam czuc mocny spadek energii przez to, ze prawie nie widze slonca.
Nie wiem co bedzie w kolejnym wpisie, ani w ogole czy bedzie
Zupelnie nic nie obiecuje, chociaz w pewnym momencie chcialbym przynajmniej wrocic do momentu, kiedy zaczalem swoja przygode z pro i napisac troche o tym jak rozminalem sie wtedy troche z rzeczywistoscia.



