Napisane przez AliAli
chudy zyjesz? zyj kurwa plz![]()
Piekło zamarzło
Cześć, żyje, a i początek roku okazuje się być całkiem znośny.
Zawsze jak jakimś cudem wejdę na forum, to sprawdzam czy wisi tutaj jakaś klepsydra czy też dajesz jakieś oznaki życia raz do roku.
Powodzenia!
Alert RCB. Przedstawione wydarzenia są fikcją, która wydarzyła się naprawdę. Z tego powodu wpis może być nieodpowiedni dla niektórych osób takich jak 23.17 20 23 1 15 7 24. Post powstał w celach edukacyjnych, a jego zadaniem jest podnoszenie świadomości społecznej związanej z zagrożeniami wynikającymi z występowania z różnego rodzaju sekt.

2021 do czerwca przebiegał wyjątkowo znośnie. Przez chwilę człowiek miał poczucie, że istnieje niezerowa szansa na to, aby pod koniec roku podać rękę Nike z Samotraki, żeby po chwili zorientować się, że suka nie ma łap :rolleyes:. W uniesieniu powodowanym tym, iż przez chwilę żyje się normalnie, wziąłem kredyt na czyjejś marzenia oraz odpaliłem soft po kilku latach pokerowej abstynencji, licząc, że tym razem uda się mieć ciastko i zjeść ciastko.
W czerwcu kasyno zdecydowało się dorzucić do 40% MPC trial programu lojalnościowego, co z perspektywy czasu porównałbym do wędrówki szlakiem prowadzącym na kraniec urwiska kanionu Sulak, skąd jedynymi opcjami zejścia okazały się huśtawka oraz BASE jumping.
Po pierwszym miesiącu wielogodzinnej codziennej gry miałem przez chwilę ochotę wrócić do typowych zajęć, takich jak ćwiczenie koncentracji poprzez wpatrywanie się w namalowany penis na ścianie – wciąż skuteczniejsze, niż to, co można łykać na skupienie po przejrzeniu internetu – jednak im głębiej w las, tym większa szansa odnalezienia domku z piernika, więc trudno bez wyrzutów zrezygnować, szczególnie w momencie, w którym widzi się szczyt.
Co prawda jeszcze przed najbardziej intensywnym okresem gry ulałem się na tyle, że mogłem w dowolnej chwili położyć się i stoczyć, jednak pierwszy kamień ciągnie za sobą lawinę, a staram się żyć od jakiegoś czasu tak, aby szkodzić wyłącznie sobie, więc rozpierdol wioski u podnóża góry to tak średnio, nawet jeżeli to Dagestan.
Bujaczki dobrze wspominam, gdyż zdarzyło mi się wylecieć z nich parę razy w dzieciństwie na łeb – ustanawiając przy tym rekord podwórka w swobodnym locie (kiedyś to było /teraz jest lepiej) – i jak widać wszystko ze mną w porządku. Mimo to zdecydowałem się na proximity flying, bo w życiu trzeba czasami próbować nowych rzeczy. Problem w tym, że stara zamiast kombinezonu do lotu spakowała mi pidżamę. Meh.
Wykorzystując całą zgromadzoną przez lata wiedzę ze szkoły, udało się skonstruować na szybkości skrzydła lepione gównem z domieszką gliny, która nie roztapia się po wyschnięciu od słońca, po czym zrobić z nich ognisko, bo jednak kostium znalazł się upchany w termosie.
Pozornie udało się nie mieć lotu jak Ikar, ponieważ nie sposób było uniknąć turbulencji oraz twardego lądowania, gdyż po skoku z urwiska spadochron na garbie okazał się plecakiem, z czego zdałem sobie sprawę dopiero w połowie czwartego miesiąca gry, gdy próbowałem (zbliżając się do końca drogi) otworzyć czaszę. Pozostało liczyć, że na finiszu pierdolnę w jakiś stóg siana i jakoś to będzie oraz że tej szynce w kanapce, to nie minął jeszcze termin ważności.
Kończąc wątek ostatniego epizodu obsesyjnego zapoczątkowanego poprzednim wpisem. Cztery miesiące play, eat shit, sleep, reapet bez żadnej aktywności, chociaż od lat koszykarski pamiętnik wskazuje na 20-25 godzin gry tygodniowo. Wiele złożyło się na to, że organizm pod koniec przedsięwzięcia ogłosił głodówkę protestacyjną, mając dość szybkiego żarcia. Uznałem po wylądowaniu, że to dobry czas, aby sprawdzić, czy stan zdrowia – jak sugeruje moje samopoczucie – to faktycznie obraz nędzy w jakości full HD.
Wzniesienie, o którym mowa jeszcze niedawno nie byłoby żadnym wyzwaniem, gdyż w przeciwieństwie do Kate mogłem zawrzeć układ, by wbiec pod tę górę [1], ale jak pewnie nie pamiętacie z poprzedniego wpisu, po tym, jak zamknąłem w izbie Kyriosa, ten przestał ze mną gadać.
No cóż, mogłem się domyślić, że nawet Calvin Abar może mieć problem z posprzątaniem stajni Augiasza w mojej głowie, choć tak po prawdzie wiedziałem, że nie ma lekarstw na to, co jest we mnie, a główną korzyścią, jaką chciałem osiągnąć dzięki tej znajomości, to odpowiedź na pytania: kiedy mleko wie, że ma być jogurtem oraz czy jeżeli człowiek niemający rąk założy kamizelkę, czy to jest dalej kamizelka, czy już może kurtka? [2].
Niedawno One Above All wysłał mi kartkę urodzinową, na której nabazgrał: zanim zaczniesz zmieniać świat, posprzątaj swój pokój, wiedząc, że mi się to nie spodoba, a następnie usunął mnie ze znajomych na FB, więc wszystko wskazuje na to, że koleżeńska relacja wystawiona została na próbę. Nie wiem, jak sytuacja się rozwinie – oraz czy jest czego żałować – ale dobrze, gdyby nie chował do mnie zbyt dużej urazy (Jeremiasz 11:11), wszakże niektórych wyparto się więcej, niż trzy razy.
Breaking the inter-dimension wall (przecież ten zabieg jest pozbawiony sensu – przyp.red.). W tym świecie interpretowanie słów jakoby były obrazoburcze, powoduje, że z miejsca zapada się on do czarnej dziury. Zanim ktoś unicestwi miliardy istnień, warto wziąć to pod rozwagę. Mało przekonujące? No trudno i tak nie lubię w nim przebywać, bo chlebek marcepanowy oraz wegańskie burgery mają tu cholernie drogie.
Considine, z którym gram… w szachy (o tron raczej z Wiśniewskim) uznał, że wpis do tej pory jest tragiczniejszy od postaci, którą odgrywał, przez co chcąc pomóc go ratować, odstąpił herbaty z planu zdjęciowego, co sprawiło, iż po kilku łykach puściłem się poręczy i zacząłem narzekać na znanych oraz lubianych, bo jednak opioidy średnio mi wchodzą. Jeżeli ktoś zdecyduje się czytać, to proszę mnie nie pozywać do sądu za wyrażanie opinii, która może się nie spodobać. Lepszym wyborem wydaje się wezwanie do zaprzestania wypisywania głupot w formie głosu polemicznego.

Kiedy biali się wkurwią, mogą coś rozpierdolić, ale ja mam nastawiać drugi policzek?... rzekło Mleko Matki i właściwie wypadałoby skończyć, bo raz, że już wszystko jest jasne <rly?>, a dwa, to się rozmyśliłem z tym utyskiwaniem, jednak moderator sugeruje pisać uzasadnienie, żeby mieć mniej roboty związanej z ewentualnym blokowaniem ludzi z fandomu KKK i woke, więc z dwojga złego niech już będzie.
Trafiając na osoby publiczne, które wypowiadają się na tematy niezwiązane z tym, w czym się specjalizują, czuje się jak dwójka w skali Kardaszowa wysyłająca strumień fotonów, który docierając do Ziemi, padł na rozdeptane gówno w trawie. Dla kontekstu.
Przez jakiś czas jedynym narzędziem, z jakiego korzystałem, w celu spędzenia czasu z kimś ciekawym była aplikacja Oblicz mi – taki Tinder dla naukowców. Przykładów nieudanych spotkań mogę przytoczyć wiele, jednak najgorzej wspominam randkę z prof. Turskim, po której smaliło mnie, jakby ktoś dosypał mi GBH do drinka z ajałaski.
Autorytet w dziedzinie fizyki materii skondensowanej, natomiast po dwóch wykładach popularyzujących naukę trafiłem na prelekcję, gdzie poruszał zagadnienia dotyczące fizyki atmosfery – na której się znam, bo miałem wysokie loty po wódzie drzewiej – i podczas tego wystąpienia peron odjechał mu totalnie. Żeby wam zobrazować odczuwany wówczas dysonans oraz rozczarowanie, to jest mniej więcej tak, jakby po wspólnej kolacji człowiek rano obudził się obok Tristin Mays, która sika na stojąco i zaraża HBV.
Dla mnie jest to problematyczne, gdyż to, co wydarzyło się w Tajlandii, zostaj… bo ludziom, którzy obrażają się na fakty, średnio można ufać, a ja nie mam chęci zastanawiać się za każdym razem, czy ktoś nie sprzedaje mi kitu po dziurach w oknach. Gdy skieruje reflektor uwagi na takie osoby, a po czasie okazuje się, że nie mogę być pewnym, czy dowiedziałem się czegoś ciekawego, czy może od początku oglądam oświetlony srający półdupek za krzaka, najczęściej wzruszam ramionami i idę dalej. Jeszcze niedawno uruchomiłbym się pewnie jak trabant na krótko, jednak od jakiegoś czasu specjalnie nie obchodzą mnie rzeczy, na które nie mam wpływu.
O sprzątaniu pokoju wypadałoby wspomnieć w osobnym wpisie, ale siłą rozpędu wyważę otwarte drzwi, licząc, że tym razem nie zwichnę sobie barku na odźwiernym. Petersona mogę posłuchać w celach rozrywkowych, natomiast niektórych rzeczy wychodzących z jego ust nie jestem w stanie traktować przesadnie poważnie, gdyż zbyt wiele razy widziałem, jak Jordan mijał się z prawdą i nie mówił dzień dobry.
Przeważenie nie mam ochoty słuchać ludzi, którzy zdają się nie szanować tego, że ktoś poświęca im swój czas. Jakoś tak wyszło, że przestałem interesować się opiniami, które nie znajdują umocowania w rzeczywistości, więc jak ktoś odfruwa w twierdzeniach poza linię Kármána, to nie powinno wysyłać się misji ratunkowej – delikwent od dawna nie ma już czym oddychać. Peterson chyba nie opuścił jeszcze stratosfery, ale z każdym kolejnym rokiem działalności jest na drodze do osiągnięcia drugiej prędkości kosmicznej, przez co w moim pokoju pozostanie kontrolowany znośny burdel, gdyż odnoszę wrażenie, że gdybym pozwolił go sprzątać coachom, to wynieśliby z niego nawet tynki.
Zdaje sobie sprawę, że tłumacząc rzeczy tak, aby były zrozumiałe dla szerokiego grona, trzeba trochę kłamać, jednak jestem zdania, że wszystko należy tłumaczyć tak prosto, jak to jest możliwe, ale nie prościej, więc bez przesady z tym redukcjonizmem, metaforami, które wyleciały psu spod ogona – zamiast wyjaśniać skomplikowane kwestie, wprowadzają odbiorcę w błąd – oraz przedstawianiu hipotez jako faktów, bo trzeba wrzucić film na YT raz w tygodniu i nie ma czasu zweryfikować w pełni stawianych w nim tez.
Im starszy jestem, tym wybredniejszy w selekcjonowaniu treści, co bywa kłopotliwe, bo można utknąć w komorze echa, a ja nie lubię słuchać własnego głosu. Obecnie staram się nie stopniować niedorzeczności, jeżeli coś za takowe można uznać, bo to imo strata czasu. To znaczy dla mnie twierdzenie o tym, że Ziemia jest płaska, ma podobną wartość do tego, że suplement, którego nazwa zaczyna się na CB, a kończy na D, wpływa pozytywnie na sen.
W drugim przypadku można przedstawić potencjalnie lepiej brzmiące argumenty i przeważnie więcej ludzi zacznie trzaskać drzwiami, jak zwróci się im uwagę na to, że marketingowcy czyszczą im portfel, gdyż łatwiej jest kogoś oszukać, niż przekonać go, że został oszukany, ale na koniec dnia mamy to samo prześcieradło, a sukces ekonomiczny mantykorzej części suplementów z reguły nie wynika z ich deklarowanych właściwości, tylko ze skutecznej reklamy. Nie interesuje mnie również (bo czemu miałoby?), że do pierwszego twierdzenia próbuje przekonać mnie Janusz, właściciel Flatmobilu, a o można znaleźć wykład jakiegoś profesora z Harvardu na YT. W pewnym sensie nieważne jest, kto mówi, ale co mówi i jak to argumentuje.
Ostatecznie nie ma przekonujących dowodów na potwierdzenie tych tez, więc poćwiartowane na kawałki lądują w dole z wapnem, który przydałoby się zalać betonem, gdyż odór wydobywając się z piwnicy zawstydziłby Dahmera. Jak ktoś udowodni, że Ziemia jednak jest płaska (bo przecież nie, że w formie suplementu jest warte jakichkolwiek pieniędzy), to trzeba będzie przełknąć ślinę, zaakceptować taki stan rzeczy i sięgnąć po młot do kucia betonu.
Do tego czasu daje sobie prawo do częściowego wyzłośliwiania się, ponieważ traktując poważnie niepoważne tezy, dawno temu obijałbym się o ściany izolatki zakładu psychiatrycznego. Krytyka powinna być merytoryczna, ale nie zaszkodzi (tak sądzę), jak będzie zapadać w pamięć. Staram się nie przesadzać – niektórym pomimo tego, że nie zasługują, wypada wysłać rzeczową polemikę – ale na ogół trudno nie robić żadnego przytyku w momencie, w którym czyta się czyjeś wyobrażenia o rzeczywistości, które przedstawiane się jako prawdy objawione nieznoszące sprzeciwu (przyganiał kocioł garnkowi, ten blog jest książkowym przykładem na to, że ciało autora przyjechało na stację wcześniej niż głowa – przyp.red.).
W zasadzie nie dziwota, że *** jest obecnie ćpane jak niegdyś olej kokosowy, skoro na polskim YT jeden z nielicznych w miarę rzetelnych materiałów na ten temat (za swój sos) zrobił Myśliwiec, natomiast cała masa ludzi za kasę producenta w mniej lub bardziej subtelny sposób reklamuje to gówno, zachowując pozory obiektywności. Ha tfu na taką popularyzację wiedzy.
Pomyśleć, że jeszcze z siedem lat temu śledziłem programy publicystyczne z politykami. Byłbym pewnie w stanie wówczas zgodzić się z ludźmi, których gdybym posłuchał obecnie, to ręce nie miałby gdzie opaść. Dobrze, że ewoluowałem jako człowiek #rozwój osobisty. To znaczy, wciąż jestem naiwny, choć trochę mniej. Na przykład nie wierzę już w to, iż dostanę wymarzony prezent na urodziny w tej rzeczywistości, za to jestem przekonany, że w którejś z alternatywnych, ktoś podarował mi Fleshlight Vina Sky i ta myśl mi wystarcza, aby iść przez życie z podniesioną głową (a nie mówiłem? – przy.red.).
Ale jest gorzej. Jakiś czas temu wróciłem do książki, od której odbiłem się przy pierwszym podejściu – po 30 stronach – jak dziwka od drzwi zakonu. O ile w naukach przyrodniczych trudniej jest zaklinać rzeczywistość (choć zdarza się, że noblistom, którzy marzyli, aby zostać bajkopisarzami na starość, zasługi ciążą na tyle, że próbują wywabić tytuł przed nazwiskiem opowieściami z mchu i paproci), o tyle taki Harari przesadza na tyle, że napotykając opinie, jak to niektórym jego książka (Sapiens) nie otworzyła oczu, brwi ze zdziwienia zachodzą mi na plecy.
Pod pewnym względem tezy w niej zawarte mają taką sama wartość, jak to, co o rzeczywistości opowiada Edyta Górniak (trust me i'm a loser), tylko że w odróżnieniu od niej Harari skutecznie wmówił wielu milionom ludzi, że to, co w wielu miejscach napisał i powiedział, ma większy sens, przez co jest o rząd wielkości większym mącicielem, bo opinia publiczna traktuje go poważnie (w przeciwieństwie do sporej części środowiska naukowego). Dobra, stop, bo cofam się nie tylko w rozwoju. Po tym, jak Edyta stwierdziła, że żyje 4 tys. lat porównanie jej narracji do Harariego jest krzywdzące, bo jako naoczny świadek wydarzeń – których Harari będąc kiepskim historykiem, może się w dużej mierze jedynie domyślać – ma u mnie większy kredyt zaufania.
Typ dobrze sprzedaje opowieści, ale zbyt często nauki w tym tyle, co leku w preparacie homeopatycznym. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby autor przestał udawać, że to, co robi, jest w dużej mierze rozrywką dla lubiących beletrystykę, a nie rzetelną wiedzą, z którą mija się na odległość parseka, więc w tym wypadku nawet szans na przywitanie się nie ma. Jego książka to najdroższy papier, jaki może posłużyć do umycia szyb w oknach, bo innego zastosowania dla tego nie znalazłem, choć się starałem.
Jeżeli ktoś poszukuje inspiracji, to być może (albo nie, bo nic mi do tego, kto kogo słucha do czasu, gdy nie powtarza po nim głupot, tworząc tym samym szkodliwy szum informacyjny, który potem nachodzi ludzi jak świadkowie Jehowy) zamiast tracić czas na populistów nauki, może zainteresować się ludźmi, którzy mają tytuł bakałarza, jednak dzielą się publicznie prawdziwie wartościowymi treściami, które naprawdę otwierają oczy, jak chociażby prof. Nass.
Coś wam opowiem na koniec tego całego pierdolenia, licząc, że nie wszyscy, którzy jakimś cudem dotrwali do tego momentu dostaną nowotwór oczu.
Posiadam w domu tak zwaną inteligentną lodówkę, która za sprawą ostatnich upałów zaczęła wariować, sygnalizując, że nie czuje się najlepiej. No to pytam: o co chodzi, boli cię sprężarka, z parownikiem wszystko dobrze? A ta nic tylko: zbyt wysoka temperatura we wnętrzu, zbyt wysoka…, a zamknij już pizdę. Zamówiłem nawet specjalny termometr i faktycznie okazało się, że zbyt wysoka temperatura we wnętrzu *ekhm*, ale nie o tym.
Po kilku dniach byłem już w zasadzie umówiony z serwisem, bo obłożyłem ją nawet zimnymi ręcznikami, ale nie dało rady w żaden sposób zbić gorączki. No i wiecie co? Okazało się, że po czterech dniach wszystko wróciło do normy, jak tylko przestało srać żarem +35 w cieniu. Jebać taką inteligencję, jedyną, jaką akceptuje to Joi.
To również bywa irytujące u niektórych popularyzatorów nauki. Gdakają, jaki to nie rozwój technologiczny, że świadomość do robota zaraz można będzie przenieść, a w rzeczywistości to, na co stać maszyny obecnie – i co się jeszcze pewnie długo nie zmieni – to wygrana z mistrzem świata w GO (też mi wyczyn, Saphael już 10 lat temu go rozpierdolił) oraz przypadkowe złamanie kciuka jakiemuś dzieciakowi podczas gry w szachy (nie powiem, że nie cieszy, ale Skynet to kurwa nie jest <1/2 troll>). Nie wspominając już o tym, że u mnie w mieście takie zacofanie, że wampiry nadal rozwiązują konflikty z Lykanami na pięści, zamiast wziąć udział w debacie oksfordzkiej.
Potem wielu podłapuje od jakiegoś Harrariego i powtarza do porzygania, że ludzkość lada chwila będzie nieśmiertelna, bo tak twierdzi jakiś dział technologiczny korporacyjnej firmy z Doliny Krzemowej. Serio, jaki jest problem w zachowywaniu wstrzemięźliwości i ostrożniejszym formułowaniu tez? A, no tak, to się nie sprzedaje (przy.red. przestań płakać, to znak czasu).
Wracając do rzeczy najmniej ważnych. Przez niemal cały ostatni miesiąc czelendżu grałem schorowany, a niedługo po nim zacząłem odczuwać ból w klatce (na 80% powikłania po infekcji górnych dróg oddechowych), który szybko zrobił się na tyle niekomfortowy, że pewnej nocy eskortowano mnie na SOR, żeby ktoś zajebał mi blokadę aksonów, bo poruszanie się i oddychanie sprawiało, że czułem się jak nad kołyską Judasza. Mogę naprawdę wiele znieść – łykam leki w ostateczności, przez co nieraz się z tego powodu nieźle załatwiłem – ale bliscy już nie bardzo, więc aby nie martwić osób trzecich, polazłem, choć sam z siebie raczej bym się nie ruszył.
Przez całe moje życie liczbę lekarzy, z którymi da się po ludzku pogadać, policzyłbym na palcach jednej ręki u pijanego studenta obcinającego paznokcie sekatorem, więc przed wizytą planowałem naćpać się serialem New Amsterdam, aby znieść lepiej rzeczywistość, jednak brakło czasu na oglądanie fantastyki, przez co zderzyłem się ze służbą zdrowia jak jeleń z A8, zanim jeszcze zdążyłem zadzwonić do drzwi SOR-u.
Dziewczynę, którą wypuścili zaraz przed tym, jak złapałem za klamkę oddziału, pożegnano słowami „tu jest wyjście, zapraszam, wypierdalaj”, ale na pierwszy rzut oka była czymś nafaszerowana jak świąteczny indyk (zachowanie i mimika – uncanny valley mocno), więc niezadowolenie personelu można było w jakiś sposób sobie na tym etapie wytłumaczyć. Uchylając drzwi, pierwsze, o co mnie zapytała facetka, to czy nie jestem pijany, a następnie była bura, że się w ogóle śmiałem pojawić przed jej obliczem bez darów Ducha Świętego. Nie wiem, z twarzy wyczytała, żem wylądował po złej stronie rozkładu Gaussa czy jak?
Zgodnie z prawdą powiedziałem, że w klatce bolało mnie umiarkowanie od rana, natomiast od godziny tak napierdala, że zaraz urodzę, a ona wkurwiona odpowiada, że to nie porodówka i mam jej połowę kasy z nagrody dla gościa, któremu z brzucha wyskoczy dzieciak przelać na konto, po czym wykonuje crip walk do Still D.R.E. Zauważywszy, że zamiast się obrazić, próbuje naśladować kroki, dopytuje, co zrobiłem do tej pory w związku z tym, że mnie boli i dlaczego zawracam głowę, skoro miałem cały dzień, aby pójść do rodzinnego, a już na pewno czas na to, aby się położyć na chodniku i umrzeć?
Odpowiedziałem wstrząśnięty, acz nie zmieszany, że z rodzinnym konsyliarzem, to źle na zdjęciach wychodzę, oraz że dzwoniłem z problemem pierwej do prezydenta USA, potem do Jezusa, ale nie odbierali, więc postanowiłem dryń dryń do nich. Zaznaczyłem również, aby przestała ciągnąć mnie za włosy, bo się z nią nie umówię i końskie zaloty niech sobie na derby w Epsom zachowa.
Wiem ludzie, ale ze zmęczenia zamiast skryptu skurwysyn w zbyt długiej kolejce po lody wczytał się cringe minionego lata. Tak czy inaczej, z kwaśną miną skleiła wary. Albo doszło do niej, iż straciła życiową okazję na spędzenie czasu z kimś wyjątkowym, albo zorientowała się, że z debilami się nie rozmawia.
Odesłała mnie po krótkim wywiadzie w inne miejsce, którego szukałem kilkanaście minut, bo jedyne oświetlenie terenu szpitala, to gwiazdy zza chmur oraz Bat-Signal skierowany na prosektorium. Nie mogłem się tam zupełnie dogadać z wygrzanymi opór pigułami i tak się wkurwiłem, że byłem zmuszony poprosić drugi raz w życiu o pomoc Steam. Poszedłem do chaty wyprostowany, bełkocząc coś pod nosem o spisku firm farmaceutycznych, choć na SOR lazłem, jakbym skończył ze 120 lat.
Całą noc przeleżałem jak Machnacki pierwszą dobę w chacie za wsią, bo minimalny skręt w jakąkolwiek stronę był znośny jak ósmy sezon Gry o Tron. Właściwe jestem w stanie zrozumieć personel medyczny i całe to wkurwienie, którym na końcu dostaje w ryj pacjent, ale wciąż to nie jest przecież mój problem. Oczekuje być należycie zaopiekowanym, ponieważ należy mi się to ustawowo tak jak prawo do nieposiadania broni oraz dostęp do konta premium na PH.
Następnego dnia (środa) wyprawa do POZ na krzywy ryj, bo nie dało się zarejestrować do Sienkiewicza, choć w sumie to mogłem wezwać karetkę, gdyż czułem się naprawdę słabo. Oględnie jednak wraz z asystentem Google stwierdziliśmy, że jeszcze chyba nie umieram, więc komuś może być bardziej potrzebna. Trasa, którą pokonuje do lekarza w 15 minut, trwała wieczność. Po drodze wyprzedził mnie ślimak, który kpiąc ze mnie, dokazywał, abym pokazał mu rogi (pierdolnięty jakiś), łódź płynąca do Hadesu oraz tunelujący przez ścianę sprzedawca waty cukrowej.
Od biedy zrobili EKG i odesłali do chaty z terminem wizyty na piątek, bo uznano, że nie mając serca, nie mogę mieć z nim problemów. Co ty nie powiesz Sherlocku? Tę zagadkę rozwiązałem, zanim do nich trafiłem, choć w początkowej fazie bólu pojawiła się myśl o tym, czy aby na pewno nie doświadczyłem właśnie ostrego zespołu wieńcowego. Tak na marginesie, to dziwna ta elektrokardiografia, gdyż wyznacznikiem testu było to, czy się rozpłaczesz na widok zdjęć szczeniaków z trzema łapkami.
Od wielu dni czułem się jak złapany w Tsukuyomi, przy którym zawał jest jak katar, ale weź, to ignorantom wytłumacz. Gdyby był poniedziałek, to mieliby ode mnie w ramach podziękowania za opiekę kosupure Brendy Spencer z całym dobrodziejstwem inwentarza.
W czwartek rano miałem zabieg chirurgiczny z pobraniem wycinka do badań histopatologicznych, który wypadało przełożyć, ale wiedziałem, że nie będzie mi się chciało ogarniać ponownie formalności (zadzwonić i powiedzieć ej weź, przełóż termin wizyty), więc się doczołgałem, bo jak na złość domowe urządzenie do teleportacji się spierdoliło.
Tak na marginesie słyszałem, że ludzie często diagnozują się przez Internet. Według portali medycznych (na usługach firm farmaceutycznych – chcięli sówerenowi upszykszac zyćie to majom) powinienem być trupem, bo rozbiłem bank metodą ABCDE, która służy do wstępnej oceny zmian skórnych. Nie polecam takich zabaw, jak ktoś ma coś z hipochondryka, bo ze stresu nie dożyje wyników, na które czeka się niekiedy tygodniami.
Mnie tam wszystko jedno, bo wziąłem stan zapalny na przeczekanie i ignorowałem tak długo, że sam z obawy umówił mnie na wizytę. Nie ukrywam, dość specyficzne (czytaj: jest infantylnym nieodpowiedzialnym głupkiem-przyp.red.) podchodzę do niektórych spraw. Jak byłem na USG jamy brzusznej to, zamiast dopytać, czy wszystko ze mną w porządku, ledwo się powstrzymałem przed tym, aby zapytać lekarza, jak smakuje ten żel, którym przed badaniem smaruje się brzuch.
Wizyta u chirurga (dla odmiany całkiem spoko staruszek, choć można było mieć wątpliwości, czy podczas zabiegu nie przyśnie z nożem przy węzłach) skończyła się kilkoma szwami na szyi po stronie, na której akurat mogłem bez wylewania wiadra łez leżeć, więc środa oraz czwartek były naprawdę fajne, bo bólu nie sprawiało mi tylko myślenie… a nie, czekaj.
W piątek umówione spotkanie po południu. Lekarz z miejsca uparł się na kłucie tyłka ketonalem widząc, że przy każdym głębszym oddechu mój ryj wygląda tak, że mógłbym grać głównego antagonistę Krzyku bez maski. Nie chciałem, bo to nie morfina, ale byłem zbyt zmęczony, aby być asertywnym, a tak naprawdę, to chyba znudził mi się ten tygodniowy czelendż związany ze znoszeniem cierpienia. Medyk wypisał jakieś mocne dragi i wysłał na RTG klatki.
Tabletek przeciwbólowych nie kupiłem, w myśl zasady leki są dla słabych – tak naprawdę to nie, ale jak wspomniałem, biorę w ostateczności, czyli gdzieś przed stanem śmierci klinicznej. Nie wiem, co mi dolegało i w sumie wiedzieć nie chce (na prześwietleniu też nie byłem). Podejrzenie zapalenia opłucnej najbardziej pasowało lekarzowi, według mnie jednak to ósmy pasażer Nostromo wybrał sobie chujową gablotę na podwózkę, bo myślał, że trafi na frajera, który wypuści go z auta bez płacenia.
Jedyny lekarz, z którego usług nie skorzystałem w ostatnim czasie to chirurg plastyczny (wciąż jestem piękny i młody), ale wyczerpałem baterie, więc pozwolę sobie w tym miejscu postawić kropkę. Ogólnie jeszcze pożyję (chyba), natomiast felczer przekazał mi druzgocącą wiadomością o tym, że już nigdy nie będę tańczył, ale właściwie nie zamierzałem nawet próbować, więc nvm.
Chciałem z marszu podsumować dwa lata, ale brakuje mocy, bo wczoraj wszystko wskazywało na to, że łapie mnie choroba, więc w momencie, w którym czułem się jeszcze dobrze, zrobiłem jedyną słuszną rzecz i polazłem na trzy godziny kosza z jedną sprawną ręką, bo przy remoncie rozjebałem sobie dwa palce. Zastrzał kurwo jebana, przestań mi treningi prześladować! Obecnie leci mi z nosa przy temp. pod 39 jak z karchera, więc samopoczucie, jakby Maja Staśko zajebała mi duszenie od tyłu. Meh.
Tymczasem myszki.
[1] Przypomniał mi się utwór, który lepiej oddaje (disco polo? O ty kurwiu, tylko Nirvana [albo wstaw co tam uważasz za kultowe]), ale spierdoliłby mi rekomendacje z pierwszej wersji wpisu, które wyleciało z akapitem opisującym zjawisko dreszczy psychogennych. Nie wiem, po co został ten przypis i utwór Bush, bo był podbudową, aby m.in. polecić kanał, którego prowadzący zbyt często mnie irytuje. Właściwie nawet nie wiem, dlaczego o tym piszę, ale być może Ty wiesz i chciałbyś wysłać mi z tego tytułu jakieś pieniądze na P*?
[2] Kradzione. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, skąd pochodzi pierwsza kwestia. Wydaje mi się, że Aubrey Plaza rzuca to w Legionie.
Gdyby ktoś się zastanawiał nad formą tego wpisu, to zawsze marzyłem, aby być śpiewającym aktorem, natomiast jedyny sukces na tym polu odniosłem, gdy w szkolnym przedstawieniu pozwolono mi zagrać kosz na śmieci, więc co innego pozostało, jak ten jeden raz odesłać do kilku rzeczy? Dla lepszego rozumienia niektórych akapitów pewnie warto byłoby klikać w te linki, ale jak kto tam woli.
Pytacie się w listach co słychać…
Planowałem dodać wpis 1 kwietnia, ponieważ liczy kilka stron i podsumowuje 2020 (co?), ale zaraz przed tym, jak miałem to zrobić, odkryłem Blackpink i cały dzień spędziłem na wstrzykiwaniu sobie w żyłę materiałów audiowizualnych z ich udziałem.

Nie wiem, na jakiej głębokości obecnie znajduje się batyskaf z publikowaną treścią, choć coś mi podpowiada, że powoli zbliżam się do strefy abysalnej. Konwencja, w której wpisy przybierają osobliwe formy – jak ryby głębinowe – to forma eskapizmu, w której czuje się przysłowiowo, choć powrót do rzeczywistości sprawia, iż niekiedy mam się jak fish out of water, który tej pierwszej rybie za pomysł, aby wyleźć na ląd, spuściłby srogi wpierdol.
Brakuje czasami wyczucia, a wolałbym jednak unikać sytuacji – choć staram się łykać na powrót cofające się patafory – w której ciśnienie dałoby znać o tym, że jestem na głębokości, na której szansa na interakcje pozostaje wyłącznie z nekrofagami.
Tak czy inaczej, nie planuje wracać na stałe do poprzedniej formy wypowiedzi – tej z 2K16 przypominającej patusa walczącego co weekend w klatce… z domofonem – ponieważ w sieci nie brakuje wątków zaczynających się z małej litery i kończących kropką w połowie zdania* przez co nie widzę potrzeby obniżać poprzeczki na wysokość kostek, aby jakiś królik wrobiony w 1988 nie potknął się o próg wejścia, ale myślę nieśmiało o kolejnym rebrendingu.
Pod stołem leży plan, na którego kartach rozważam w jednym ze scenariuszy pierwej hamowanie silnikiem, aby zbyt szybkie próby ewentualnego wynurzania na powierzchnię nie spowodowały dekompresji, a następnie… Albo inaczej, bo idea przemeblowania treści musi najpierw wytrzeźwieć.
Jestem na forum dyskusyjnym duh! Bez opisowej informacji zwrotnej będę robił swoje, choć targa mną raz na rok niepewność co do tego, czy na ten przykład pierwszy akapit wpisu pozostawiony sam sobie będzie odbierany wyłącznie jako oszołomstwo, czy jednak prócz tego czytelne jest, iż komunikuje w tym fragmencie problem ważący więcej niż tysiąc Słońc, a który związany jest z bezdenną głupotą mojego układu limbicznego, co stale rywalizuje z korą przedczołową.
Zdaje się, że mówi się na to zjebanie. To znaczy, fachowo wspomina się o patologicznej postawie zwlekania, ale wydaje mi się, że to pierwsze jest bardziej akuratnym wyrażeniem. Jeżeli ktoś uzna mnie za debila, to możliwe, że się nie pomyli, natomiast w kwestii wpisów mimo wszystko staram się, aby tułów miał ręce i nogi, więc gdyby ktoś w tym aspekcie miewał wątpliwości, to nieśmiało przypomnę, że mi nie po drodze z Mara Salvatrucha, przez co nie maltretuje treści dla samego maltretowania.
Dobrze. Nic bardziej żenującego dzisiaj już nie przeczytacie, więc siłą rozpędu dodatkowo trochę pomarudzę.
Obecnie marnuje czas, jeżdżąc na rolkach, grając na pianinie, kładąc Scrabble oraz próbując przyswoić koncepcje, która pozwoli mi przejść przez most Einsteina-Rosena, jednak wypadałoby w międzyczasie znaleźć motywację do tego, aby w pierwszej kolejności wywiązywać się z obowiązków dorosłej jednostki. Nie, żeby mi to, w jakich warunkach funkcjonuje, przesadnie przeszkadzało, ale nie jestem księciem, więc na razie odgrywam jakąś tam rolę społeczną. Gdybym chciał robić tylko rzeczy, które mnie interesują, albo na które mam ochotę, to musiałbym na obiad w leśnej ziemiance gotować kamień, a tak cierpliwy, to ja jednak nie bywam.
W kontekście bloga mógłbym na przykład ogarnąć grę w karty, bo w 2019 powiedziałem sobie, że fajnie byłoby nauczyć się NL, ale od tamtej pory udało mi się jeden materiał szkoleniowy zobaczyć, z którego dowiedziałem się, za ile się otwiera preflop. To byłaby dosłownie cała moja wiedza na temat specyfiki tej odmiany, gdyby nie to, że zdążyłem już kilka razy ten sizing zapomnieć. O pokerze – być może, bo o ile w karty pewnie będę grał do końca życia, to anturaż jest inną, stosunkowo gorzką filiżanką herbaty, którą pewnie mało kto jest w stanie wypić – będzie więcej, jak oficjalnie zakończę karierę w FL (LOL), czyli pewnie w którymś z następnych wpisów.
Jest natomiast jedna rzecz w zasięgu, z którą boksuje się od kilku lat. Choć nie wydaje się to być najtrudniejszy achievement do odblokowania w moim życiu, to ciągle ląduje na deskach po prawym prostym, co mnie powoli zaczyna irytować.
Nie udaje mi się doprowadzić sylwetki do miejsca, w którym odbywa się nabór do kolejnej części 300. Do tej pory wojaże z tym związane przypominały drogę, którą pokonywał Orfeusz w Hadesie. Zaczynałem ćwiczyć siłowo pod koniec jesieni. Gdy jednak robiło się ciepło, to nie potrafiłem nie oglądnąć się na coś, co kocham. Pisząc wprost, nie byłem w stanie połączyć dwóch aktywności, bo trudno po 2-3 godzinach na boisku będąc wiekowym wycisnąć coś więcej, niż pot z koszulki.

Pomimo tego w sezonie 2022/23 starałem się zrobić przynajmniej jeden trening w tygodniu i to się – ku zdumieniu absolutnie nikogo – udało. Brakowało pewnie ze dwa tygodnie, aby osiągnąć kamień milowy, jednak usłyszałem pukanie do drzwi. Otworzyłem, choć często tego nie robię (uprzedzając, to od stereotypowego introwertyka różnię się tym, że ja nie udaje, że mnie nie ma w domu, jak ktoś puka, tylko mam na to wyjebane <troll>), a tam tak mile widziana jak komornik rwa kulszowa i z dnia na dzień poczułem, jak to jest mieć ze 150 lat.
Miewam momenty, gdzie dobrym powodem, aby położyć się i nie ruszać przez miesiąc jest to, że w poprzednim tygodniu 30 sekund padał deszcz, jak spałem, więc w sytuacji, w której nawet wymówki nie potrzebuje, aby odwiesić sztangą na kołek… postanowiłem tego nie robić, choć w tym wszystkim miewałem dni, gdzie przez pół dnia był problem z nogą (sztywna jak po stężeniu pośmiertnym), nie wspominając o bólu, który z pleców przez całą prawą stronę schodził do stopy. Ograniczyłem trening, jednak robiłem siłownie na tyle, jak dalece pozwalało mi zdrowie.
Powinienem teraz wrzucić zdjęcie fajnej sylwetki, bo tego można byłoby oczekiwać po narracji, tylko że to nie koniec tej super nieciekawej historii. Prawdopodobnie byłem o trening, aby osiągnąć cel wyrzucenia wszystkiego, co da się założyć na sztangę w powietrze. Przed tym jednak wziąłem prysznic – oczywiście gorący, bo bywam szalony, ale nie na tyle, aby lać na siebie zimną wodę – ponieważ najpierw musiałem załatwić sprawę na mieście i się okazało, że wychodząc z kabiny, poślizgnąłem się, rozbiłem głupi ryj o WC, zwichnąłem (?) oraz rozciąłem rękę i tańcząc tego twista, dojebałem sobie jeszcze bardziej plecy. Nie chce dramatyzować, ale przez chwilę czułem się i wyglądałem jak gówno, które wpadło w wentylator.

Od tamtej pory minęło parę tygodni. Rozchodziłem ból pleców, a jak mi przeszło zupełnie, to stwierdziłem, że to dobry czas, aby pójść do lekarza, który wysłał mnie na RTG kręgosłupa i zdaje się, że to te kości w zmowie z miednicą knują przeciwko mnie, ale ostatecznie jak duży jest to problem, dowiem się, jak na zdjęcie spojrzy medyk. Chciałbym na dniach wrócić do treningu siłowego wbrew sobie (po Ostatnim tańcu musiałem zrezygnować, bo mnie gryf przygniatał przez uwaloną rękę). Jestem jeszcze w punkcie, w którym siła powinna szybko wrócić, jak będę regularnie ćwiczył. Jak to zaniedbam kosztem gry w kosza, to wracając do dźwigania na jesień, znowu nie będę w stanie zrobić 15 pompek.
Tak ogólnie, to w basket grałem dość często pomimo kontuzji, bo ból na boisku był znośny, jak się dobrze dogrzałem, a i mam doświadczenia w ogarnianiu niesprawną ręką po tym, jak robiąc downhill, zapomniałem, aby nie korzystać z przedniego hamulca i wyleciałem saltem kilka metrów przez kierownicę na kamienie. Bardziej przeszkadzało mi leżenie/spanie/siedzenie, niż bieganie za piłką, choć na grę mano e mano na poważnie szans nie było żadnych.
Podsumowując, to dobrze byłoby ogarnąć sylwetkę, tylko trochę wyczerpałem baterie m.in. przez problemy ze zdrowiem. Forma do zrobienia pewnie maks w pół roku. Nauczyć się grać w karty na przyzwoitym poziomie… Wy mi powiedzcie. Ostatnio nad grą pracowałem chyba w 2K14, a jak pisałem, o NL wiem tyle, co o łucznictwie (w sensie potrafię sobie strzelić z łuku w plecy).
Wspomniany post podsumowujący 2020 jako, iż jest napisany, kiedyś się pojawi. Wrzucić go teraz, czy tam w następnym roku jest taką samą głupotą i nie robi już większej różnicy. To znaczy trochę może i robi, bo ze względu na datę (1.04) wybrałem się w gości, rzucając okiem (przez co teraz nie mam oka) na to, co wówczas klikało się na forum i w rezultacie zaktualizowałem wpis o komentarz do pewnego wątku, który został ubrany w treść przypominającą wiktoriańską sierotę, przez co z miejsca ta wrażliwsza część mojej natury postanowiła go adoptować. Nie ma co zbytnio liczyć, że tą treść uda się wychować na ludzi, jednak ostatecznie to, jakim mógłbym być ojcem, okaże się, jak poprawię błędy interpunkcyjne (Edit: wspomniana aktualizacja oczywiście zdążyła się zdezaktualizować).
*jeżeli ktoś takowych doznań potrzebuje, wystarczy przewinąć kilkadziesiąt stron tego wątku.
BTW: Normalnie wpis trafiłby do zamrażalki, bo mi nie leży, jak go przeczytałem na koniec, ale trudno i darmo. Może zmotywuje mnie do powrotu do treningu.
Tymczasem myszki ♥.
To à propos. Przez 95 % dorosłego życia nie korzystałem z mediów społecznościowych. Podczas pandemii założyłem konto na FB – na ten moment mam dwóch znajomych, z czego jednego na oczy nigdy nie widziałem, a drugim jest mój pracodawca i chyba go usunę, bo jego znajomi ślą mi zaproszenia – aby mieć dostęp do naukowych grup dyskusyjnych. W takich miejscach niekiedy organizowane są konkursy, więc z nadmiaru wolnego czasu wziąłem w kilku z nich udział i nawet udało się coś wygrać (powinienem w końcu otworzyć koperty z wysłanymi książkami
).
Ostatnio przeglądałem stary dysk i trafiłem na pracę, którą na jeden z takich konkursów wysłałem. Nie pamiętam dokładnie okoliczności, ale był to poważny portal, który popularyzuje wiedzę z zakresu nauk fizycznych, a sama praca miała dotyczyć zagadnień związanych z mechaniką kwantową. Trudna tematyka, ale zarazem pewne wyzwanie, więc stwierdziłem, że powalczę o laur i przy okazji trochę się poduczę. Wgląd w pracę konkursową poniżej:
Spoiler

Kurwa nie wiem, czemu tego nie wygrałem :coolface:.
Dla kontekstu. Najwyższy czas, to portal doktora nauk jakichś tam, zdobyty w instytucie badań z dupy, który co drugi dzień publikuje informacje o zbliżającej się do Ziemi asteroidzie mającej zgładzić ludzkość. Na ostatnim panelu cytujący sam siebie Richard Feynman, uznany za jednego z najwybitniejszych fizyków wszech czasów, noblista, twórca elektrodynamiki kwantowej. Zdaje się, że za sposób bycia, uważany przez niektórych za kontrowersyjną postać, więc wszystko się zgadza, a dali nagrodę pewnie jakiemuś staremu dziadowi ze skrótem przed nazwiskiem, co majaczył mgliście o nauce przez pół duże N.
Niesamowite, jak w tym kraju podcina się skrzydła młodym adeptom aspirującym do tytułów pff. Pies im mordę lizał. Niedługo po tym wydarzeniu wyjechałem za granicę, bo tam doceniają talenty i przez pół roku pracowałem w Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych (CERN), zmywając podłogi, po których chodzą ludzie obsługujący WIELKI ZDERZACZ HADRONÓW. Szach mat chędożony profesorku.
BTW: Dobrze Cię widzieć druhu.
Dobranoc.
Zostawiłem sobie otworzenie skrzyni pańszczyźnianej na ostatnią chwilę, aby potencjalnie mieć jak najwięcej czasu na wykopanie następnej #wakacje, bo niekiedy mam coś z autyka, przez co bywa, że nie najlepiej reaguje na zmiany – aktualizacje softu, po której nie było powrotu do poprzedniego motywu, odchorowywałem z tydzień, chodząc codziennie po lekarstwa do… ekhm cukierni.
Siedziałem jak w szpilkach przed ekranem, bo dzień wcześniej miałem nieuzasadnione niczym poczucie, że coś może się spierdolić, ponieważ dyspozytornia sieci neuronowej omyłkowo połączyła w głowie rozmowę z pokojem paranoika, choć i bez tego bywa, że jestem łamany kołem fortuny częściej, niż by sobie tego życzył nienawistnik trzęsący życiowym kalejdoskopem, bo na drugie wpisano mi w akt urodzenia prawo Murphyego. Loguje się i po chwili gaśnie monitor.
Dobra, zdaje się, że nie ma prądu. Pewnie na chwilę, ale po godzinie znalazłem jakże elektryzującą kartkę na kuchennym stole o treści: „wyszedłem po fajki, zaraz wracam” i zaczęły wyświetlać mi się reminiscencje z lat szczenięcych związane z najcięższym dniem w życiu, w którym stary polazł z mieszkania, przez co nie było komu podebrać cudzesa przez cały dzień, aby móc na pięciu spalić go w szałasie. Chore gówno.
Co się po czasie okazało? Sąsiad z parteru jako jedyny nie mógł pochwalić się uporządkowanym ruchem ładunków elektrycznych w mieszkaniu, więc wezwał pogotowie energetyczne. Zdaje się, że stracili pacjenta, bo w mig odjechali, tylko, że prądu po tej – jak mniemam – nieudanej reanimacji zaczęło brakować w całym bloku.
I teraz hit. Można było się spodziewać, że robotę uwalili niekompetentni elektrycy, co wydarzyć się może w każdym miejscu na Ziemi i specjalnie nie dziwi, ale jednak nie, bo żyje w Polsce.
Otóż chcieli typa skasować za usługę, a jako że ten sąsiad już tak ma, to słysząc to, zaczął wskazywać palcem przechodniów, mówiąc typowi, co chciał pieniądze: „z tym się jebałeś, z tamtym się jebałeś, a temu ciągnąłeś” i stwierdził, że taki chuj zapłaci.
Jak w tej sytuacji zachowują się elektrycy?
a) wyjebane, nie robią mu tego prądu, chuj w jego pasztet z biedronki z 15% mięsa, niech się lodówka rozmrozi, to człowiek może zmądrzeje.
b) pozbawiają cały blok energii elektrycznej, wykręcając główne korki, po czym zabierają je ze sobą i nie mają zamiaru wracać [sic!].
No kurwa nie zgadniecie. Trochę już żyje i wiem, że bardziej cywilizowanego zachowania można oczekiwać od ludzi w rejonach świata, w których wciąż sra się do dziury w ziemi.
Rozumiem, że sąsiad płuczę ryj zimną wodą, ale w takich okolicznościach mogli mu zrekonstruować wydarzenia z autokaru Rae Sremmurd – wówczas koleś miałby dobry powód, aby w końcu gębę wyparzyć – a nie próbować ruchać pozostałych lokatorów, bo nie wiem jak inni, ale ja nie daje na pierwszej randce.
Poszedł człowiek zwatować znalezione w piwnicy korki, bo było szybciej, niż próba wytłumaczenia kolesiowi przy zgłoszeniu awarii, że zatrudnienia jednokomórkowych form życia do pracy z prądem, to jednak nie jest optymalne rozwiązanie.
Tymczasem.
Tren pisany dla dobrego samopoczucia. Niech spoczywa w pokoju (moim pokoju).
Wpis miał być jak kubek gorącej imbirowej herbaty w jesienny wieczór, jednak za chwilę i tak wszystko wyleje się z niego, parząc mi ręce (kurs prekognicji w końcu się na coś przydał), dlatego wyprzedzając uderzenie na ośrodek nagrody, rozpocząłem kampanię prewencyjną od chryi [#lovethewayyoulie] z adaptacją hedoniczną, która po miesiącach stabilnego związku, zaczęła natrząsać się z melancholijnej jaźni, odwiedzającej mnie po Światowym Dniu Walki ze Wścieklizną, co skończyło się ostatecznie wystawieniem flamy wraz z gratami za drzwi. Co prawda kluczowym powodem rozstania była niemożność wyegzekwowania podnoszenia deski po skorzystaniu z toalety, ale jak to napiszę, to wyjdę na małostkowego typa.
Przyjdzie również czas na wypowiedzenie taktycznego posłuszeństwa chandrze, która się wprowadziła na jej miejsce, jednak do momentu, aż nie zakwitnie wiśnia w parku Ueno, trzeba będzie prowadzić wojnę pozycyjną, siedząc w okopach, bo rzeczywistość mi podwzgórze zaminowała, przez co jak zacznę szarżować, to może dojść do wysadzenia kluczowych magazynów z resztkami serotoniny.
Chciałem tej jesieni agresywniej powalczyć z czymś na kształt dystymii, ale szybko spadłem z drabiny eskalacyjnej na twarz (jaki kraj, taki Sun Zi), przez co działanie na przedpolu zostało zamrożone jak Disney i nie ma kto pokolorować w tej bajce strony ze szczęśliwym zakończeniem, ale doświadczenie w grze wojennej zbierałem, zerkając, jak kumpel przechodzi Medal of Honor, gdyż sam wolałem grać w The Longest Journey, więc wiecie, rozumiecie.
Nie wykluczam szansy na chwilowy rozejm jak pod Ypres w 1914 i możliwości wrzuceniu postów, w których marudzenie nie przyjmuje formy sakramentu. Czas pokaże, ale tak po prawdzie nie planuje grać obecnie na dwóch fortepianach, bo w barze, do którego chodzę, nader ochoczo strzela się do pianisty.
Podobno nic nie skraca tak dystansu i cementuje sztamy pomiędzy autorem a czytelnikiem, jak przyznanie się do przestępstwa. No więc w Szpitalu Alchemilla leży w śpiączce postrzelony w głowę mindset. Liczę, że się kiedyś wybudzi, choć zdziwić się może jak Rick Grimes, bo w szafie znajduje się kilka trupów – uduszona motywacja, otruta determinacja – a zamiast choinki zapachowej wisi fatum, przez co zrobił się niezły burdel, jednak okres jesienno-zimowy to nie czas na robienie prania, gdyż zbyt długo schnie na strychu, dlatego do wiosny będę zmuszony nosić koszulę Dejaniry poplamioną k… keczupem.
Na domiar złego wypada wywiązać się z listopadowych obowiązków influencerskich, a ściślej współpracy, która polega na testowaniu trumny za życia. Trochę bezproduktywna robota, na szczęście, gdy zrobi się cieplej, nie będę w niej przebywał dłużej niż trzy sekundy [#ballislife], więc jakoś to zniosę.
Roderick Usher powiedział, że „postanowienia to umowa zawarta z przyszłością” i choć zakopałem nieco cmentarnej ziemi oraz kość czarnego kota wraz ze zdjęciem w pudełku na rozdrożu, to nie mogę za bardzo o tym mówić, bo obowiązuje mnie NDA. Ostatecznie nie ma się czym zbytnio przejmować. Może Diabeł to arcyoszust, ale w kwestiach prawnych niezły cymbał. Zresztą nad warunkami kontraktu czuwał Mike Ross i nie wiem, czy wiecie, ale sprzedać można, również cudzą duszę (Lauren S. Hissrich masz przejebane za Wiedźmina).
Czas, w którym ciągle się potykam, a gdy wstaje, to za chwilę muszę upaść. Czułbym się jak statysta w The Walking Dead, gdyby nie to, że nie zamierzam iść do celu po trupach (rym niezamierzony).
Post jest malowany monochromatycznie odcieniami szarości, bo gdy tylko założę różowe okulary, przez które mógłbym patrzeć na świat, to z miejsca fanki barbiecore po czterdziestce z rozregulowanym poczuciem dobrego smaku próbują mnie zmacać <1/2 troll> .
Zanim sufit w pokoju (w którym trudno czasami jest znaleźć klamkę) spadnie mi całkiem na łeb, postaram się połaskotać minorowy nastrój, może się łaskawie uśmiechnie – a jak nie, to glasgow smile – ale to może w następnym odcinku tego niskobudżetowego syfu, jakim są Koszmarne lata, bo krótsze formy chyba się lepiej czyta, więc dzisiaj open mike w teatrze Dionizosa tylko dla ciemnej Yin, bo Yang… jak to Yang, w moim uniwersum rozłożona naprzeciwko plakatu słonecznej Toskanii opala się kwarcówką
.
Pozostańcie wyregulowani, czy jakoś tak.
Tymczasem.
Credits:
1. Mike Flanagan, The Fall of the House of Usher
2. Eric Kripke, Supernatural
3. Robert Kirkman, The Walking Dead Vol. 1: Days Gone Bye
W tle leci: Always Look On The Bright Side Of Life (fiu, fiu).
Scena po napisach sugerowała powrót Yang, jednak ta wylegiwała się na zboczu Muru Zaporowego Arrakis tak długo, że spiekła na raka i teraz chodzi tyłem <ayfkm>. Niemniej, aby nie robić z gęby cholewy Franka Gallaghera, spróbuje dowieźć wóz z gnoj… nawozem potrzebnym pod sadzonkę Grubosza pomimo braku czułego narratora, bo oczywiście nie jest tak, że na stałe jestem przykuty do ściany płaczu – czasami biorę bezpłatny urlop
– a krukowate, które sprzątają za jedzenie pety z ulic Szwecji, wydziobują mi wątrobę, choć jak wiecie estetyka przyklejonego uśmiechu, nie mieści się na ogół w moich ramach.
Liczyłem, że poprzedni wpis adoptuje szejk, jednak nawet ten od scam łańcuszka się nie odezwał :|. Uznajmy zatem, że gorzkie żale, to było przed chwilą i wszystko prawda, zostawiając większość za sobą jak Grisza Perelman. Aby w przyszłości nie wychowywać bękarta, pogadamy dzisiaj o antykoncepcji… wróć, dzisiejszy post oczywiście sponsoruje kino Delusion, które wyświetla offowe filmy motywacyjne, bo nie można przecież ciągle łazić z nosem zwieszonym na kwintę popularnego refrenu R.M.E.
W czerwcu na strzelaninę z treningiem siłowym przyszedłem w rękawicach bokserskich. Pisałem wówczas, że pomimo kłopotów z tylną taśmą istnieje niezerowa szansa na osiągnięcie celu, z którym szarpie się od dłuższego czasu jak dziwka z alfonsem, a jako, iż wymagało to dużego samozaparcia, zacząłem od poszukiwań odpowiedniego korka, co okazało się być nieporozumieniem (nie jestem najostrzejszym ołówkiem w piórniku tbh), które przepracować pomógł mi album Alice Keys Unplugged.
Wyłączone przez sporą część dnia plecy oraz brak pociągu do martwych… pokusa, aby zmagania treningowe olać, wydawała się zbyt duża, tym bardziej że od jakiegoś czasu nie czuje się kuloodporny jak Sia Furler, jednak kamizelka z wykładziny dywanowej kupiona na tureckim targu wytrzymała, przez co udało się zamknąć sztangę, na przekór piętrzącym się problemom ze zdrowiem.
W listopadzie wyszedłem ze strefy komfortu tak bardzo, że prawie wlazłem w plan astralny, ponieważ cały miesiąc ćwiczyłem regularnie, choć zazwyczaj czwarty kwartał w moim wykonaniu jest mniej produktywny od (p)osła z Wiejskiej. Zabawnie było pod koniec, gdy próbowałem przekonać sam siebie, że starczy, gdyż wyrobiłem 300% normy w odniesieniu do tego, co bywało drzewiej. Ogólnie wymówka zawsze za podwójną gardą, jednak tym razem sabotaż został w dwunastej rundzie znokautowany przez cios na wątrobę.
Musiałem dokupić obciążenie na sztangę, ponieważ poprzez miarowość tak rozwinąłem siłę, że zacząłem machać nią jak miotłą, także gdy AGI zacznie wysadzać ze stołków kreatywne zawody na dobre, to mam fach w ręku. Napisanie o sytuacji z treningami w czerwcu również pomogło. Coś tak błahego wydaje się mieć znaczenie, przez co podejście więcej użalania się nad sobą, serwer wytrzyma okazało się być wygrywającą strategią w 2023 w kontrze do biegnę maraton bez nóg, ograniczenia są tylko w twojej głowie, choć raczej nie wartą polecenia, jak większość rzeczy, które robię.
Jestem zadowolony z osiągniętego celu, jednocześnie zadowolonym nie będąc #dzban Schrödingera, ale pisanie o tym wymagałoby zdań, które są książkami w formie elegii, a na to szkoda atramentu. Nie wiem, kiedy motywacja zorientuje się, że jedzie na długu tlenowym, a następnie oskarży mnie o gaslighting, natomiast nie odpuściłem żadnego treningu od Dnia Zadusznego, więc obecnie ten aspekt nie kwiczy jak świnia prowadzona na rzeź, choć czasami żałuje, że czasu poświęconego na siłowanie z kawałkiem żeliwa (dziwną koncepcję ludzkość sobie wymyśliła), nie przeznaczyłem na naukę znaków i pieczęci z Naruto Shippuuden.
Przede mną drugi etap budowania sylwetki, kłopotliwszy, bo to chędożona rekompozycja. Nie mam ambicji, aby osiągnąć formę plażową, wystarczy, że przy zachowaniu obecnej tkanki mięśniowej odkryje tarę na brzuchu, bo wówczas nie musiałbym chodzić z ciuchami do pralni.
Mam know-how, ponieważ raz udało się postawić two-pack przed obliczem multiplikującego lustra, aby mógł próżnie wykrzyczeć all eyez on me, ale wówczas wyglądałem jak Trevor Reznik, gdyż ważyłem z ~ 62 kg. Od tego czasu nałożyłem na szkielet 20 kg i ostatecznym celem jest odkryć six-pack w okolicach tej wagi.
Problem w tym, że to wymaga skrupulatności oraz trzymania się ściśle określonego planu, a ja jestem jednostką, która mimo tego, że miewa fazę na posiłki restauracyjne standardu Michelin*, to nawet jeżeli, to po paru takowych czuć swąd przypalonej Śmiercichy (słomiany zapał), bo szybko przerzucam się na chleb z majonezem. Trochę jestem sobie wilkiem, bo przecież nie będę liczył rzodkiewek, gdy w zasięgu oka udziec jagnięcy, przez co dieta izokaloryczna to pewne wyzwanie, ale handlowałem z tym nie raz w przeszłości, więc do ogarnięcia, choć będzie mi trudniej niż kiedyś, bo mam większą świadomość żywieniową.
Dochodzą do mnie leniwie wieści z miasta, dotyczące tego, że do Słońca można zbliżać się – zamiast w skrzydłach lepionych śliną – siedząc wygodnie w fotelu promu kosmicznego (tak trzeba żyć). W okresie, w którym oddycha się przeciwnościami losu, to podejście nie aplikuje się za często, ale poczucie, że mogłoby, ładuje akumulator na tyle, aby pozostać standby.
Dobrego roku.
Powodzenie w budowie sylwetki. Ja rok temu kupiełem sobie ławkę, sztange i machać zaczołem jak za starych dobrych czasów. Bakcyl wszedł powoli w pokoju mniej pokoju a więcej sprzętu Xd. Sylwetka z ulańca ładnie się modeluje. Pozdrawiam i fajnie że jeszcze piszesz.
w/szpaq2
Ja zacząłem robić ostatnio nogi po kontuzji pleców, przez co miednica próbuje wykręcić mi aferę koperkową związaną z rzekomym udostępnianiem zdjęć bez ubrania osobom trzecim, bo ubzdurała sobie, że na trening tej partii nie jest jeszcze gotowa. Pretensje do typa od RTG, bo to on unaocznił na fotografii jej niepełnosprawności, a następnie podał dalej, a nie szytymi grubymi nićmi szantaże.
Nie wiem, co chce tymi fochami ugrać, tak czy inaczej w zeszłym tygodniu kości zostały rzucone, więc pozostaje pisać skargi do ETPC. Mógłbym częściowo przyznać rację, bo jest przesunięta przez moje zaniedbanie, ale żaden sąd w tym kraju mnie nie skaże, bo posiadam niezbywalne prawo własności do os coxae. Cholerny płatek śniegu, obiecałem, że tym razem nie będę szarżował z treningiem, a i tak nagadała na mnie nocyceptorom, które teraz wysyłają impuls o bólu do mózgu.
Czekaj, nie wiem, czemu komunikuje się w ten sposób, chyba po ostatnich postach zapomniałem wyłączyć tryb metafory… <klik>.
Ilością wody, która upłynęła od ostatniej wymiany zdań można byłoby terraformować Marsa ;). Niemniej odnoszę wrażenie, że forum ulega rok rocznie pauperyzacji, więc za wiele się raczej nie traci.
Piszę nadal, bo jest to dobre ćwiczenie intelektualne, a przy okazji sporo się uczę, gdyż staram się być skrupulatny jeżeli chodzi o analogię/tropy popkulturowe/nawiązania, aby przesadnie nie nakłamać. Tak czy inaczej, dopóki kilka osób daje do zrozumienia, że z jakichś powodów czyta to co wrzucam, to jeszcze przez jakiś czas pewnie będę to robił, bo sytuacja wydaje się być win-win.
Co prawda wolałbym tworzyć ciekawą dla odbiorcy treść, a nie pisać o sobie, ale na to brakuje czasu, ponieważ wysmarkanie tekstu, który mógłby przysłużyć się realnie czytelnikowi, to nierzadko robota na kilka godzin, która wymusza przebicie się przez paywall, a bazgranie o mnie wymaga jedynie bólu dupy, więc przygotowania kończą się zazwyczaj na przejechaniu nią po nieheblowanej desce.
Co do treningu, to w moim wypadku zaczyna brakować miejsca, ale na sztandze. Dokupiłem 30 kg, jednak musiałem wziąć pod uwagę, że może się odwidzieć i nie będę z tego korzystał, dlatego brałem cement z piachem od jakiegoś Cygana, bo był 3x tańszy od żeliwa z myślą, że skoro nie ma różnicy, to po co przepłacać. Okazało się, że różnica jest, bo talerze kompozytowe są szersze, przez co gryf łącznie mniej udźwignie. Ławkę też mam chyba z jakiegoś wysypiska, bo jest za wysoka, przez co nie mogę w pełni korzystać z leg drive przy bench press, co niekiedy opór irytuje.
Dobrego roku bracie.
* wpis miał się pojawić 1 kwietnia (dla odmiany jest taki sam, jak pozostałe)
Po dwóch miesiącach treningów siłowych wydrukowałem kartki z kalendarza ze skreślonymi 27 jednostkami treningowymi, bo taką regularność ostatnio odnotowałem… nigdy. Początkowo chciałem oprawić w ramkę, ale na strychu w kufrze znalazłem książkę, którą dostałem od wujka z wąsem na pierwszą komunię pt. Necronomicon ex mortis*.
Jako, iż w dorosłym życiu przeczytałem w całości tylko Akwarium Suworowa, a ta pozycja wydaje się być bardziej enigmatyczna niż Fenomenologia ducha Hegla, nawet nie zamierzam tego kartkować, za to okładka wydawała się być wykonana z dobrej jakości materiałów, więc wydarty papier zaniosę do punktu krwiodawstwa #zerowaste, a obicie będzie chronić karty gregoriańskie z wiekopomnym osiągnięciem, bo trzeba przecież coś (poza miazmatem) po sobie zostawić.
Postanowienia noworoczne sprawdzają się na ogół jak przepowiednie Jackowskiego, dlatego cel treningowy rzuciłem w luźnej rozmowie, stojąc w kolejce po chryzantemy (geniusz zła chciał, podnieś 100 kg), a początek stycznia wydawał się dobry na sprawdzenie 1RM, bo byłem w gazie jak Jowisz. Co prawda pośrednio – na siłownie nie zaciągnęłaby mnie wówczas nawet końmi Jennifer Connelly* [przy.red. przepraszam, wziąłem urlop i nie byłem w stanie redagować tego spermiarstwa na czas, w ramach przeprosin polecę Snowpiercer oraz Mroczną materie] – ale matematyka podpowiada, że wyciskam co najmniej stówę.
Zweryfikuje to kiedyś dokładnie, bo czynnik psychologiczny pewnie odgrywa jakąś rolę, tak czy inaczej jestem obecnie silniejszy od większości ludzi, tylko nie wiem po co. Poza użyciem tej informacji jako karty przetargowej w rozmowie rekrutacyjnej na stanowisko ładowacza nieczystości stałych, nic nie przychodzi mi do głowy.
Po teście siły motywacji pękły portki w kroku od szpagatu, chociaż już nieco wcześniej kontrolka sygnalizowała, że zaczyna brakować wachy w baku, przez co od połowy stycznia męczyłem się – opuszczając pojedyncze treningi, albo zmniejszając objętość – żeby tylko na oparach dojechać do kwietnia, jednak gdzieś w połowie lutego skończyła się zupa i stanąłem na Elm Street*.
Infekcja wirusowa, na tyle upierdliwa, że przez 14 dni nie wyszedłem z domu, rozregulowując cykl menstrua… cykl snu. Przez pierwszy tydzień prawie nic nie jadłem, bo kucharzył Frederick Krueger – typ nie potrafi nawet równo warzyw pokroić – do tego z oczywistych względów śniło mi się chore gówno. Ogólnie czułem się przez ten czas jak kogut Mike, mentalnie wąchając od spodu florę.
Siła po okresie roztrenowania się leci jak Boeing na WTC, jednak złapałem za ster w ostatniej chwili i pewnie zaraz odbije, bo Leslie Nielsen* co chwilę zagląda do kokpitu, życząc mi powodzenia.
Zdecydowałem się liczyć kilokalorie, bo na oko to jednak baba umarła. Nie chciało mi się tego robić, bo jeżeli na czymś się znam, to są to kwestie związane z żywieniem, ale but bez szewca chodzi (czy jakoś tak), przez co straciłem kilka tygodni. Oczywiście wiedziałem, że luźniejsze podejście może nie wyjść, bo byłem świadom badań, w których dietetycy przeszacowują własne jadłospisy, ale właśnie mija trzeci tydzień, jak to monitoruje, więc czasami nawet ja chodzę po rozum do głowy, choć diler za każdym razem robi głupią minę, twierdząc, że nie ma i próbuje wcisnąć mi kryształową kulę, niby od Adama Małysza (ta, jasne).
Pogoda jest na tyle dobra, że można grać w kosza na nieświeżym powietrzu. Tak naprawdę to nie, bo do niedawna termometr w południe pokazywał 6-8 stopni (plus wiatr i deszcz), przez co marzłem, gdyż mam problemy z krążeniem w dłoniach/stopach. Dla odmiany tego nie olałem – znudziły mi się prośby znajomych latem o to, abym potrzymał im piwo – raportując kłopot lekarzowi, który mnie zbadał, a potem powiedział, że to nic takiego, jego żona też tak ma i mogę sobie pić herbatę z imbirem <co kurwa?>, a jak nie przejdzie, to trudno… zgubiłem wątek, chodziło o to, że kondycja powinna wrócić, zanim PM 2.5 wyśle mi płuca na OIOM, a zamiast tej herbaty, wolałbym już pić to, co poleca Nuria Millan.
W ogóle odkryłem nową super moc. Od jakiegoś czasu w losowych momentach wysiadają mi kolana, przez co nie mogę normalnie chodzić, bo zakres ruchu w stawie – bez bólu jak skurwysyn – to jakieś 10 stopni. Właściwie mogę leżeć w wyprostowaną nogą, dopóki nie przejdzie, albo jako emerytowany Navy SEALs, nie ceregielić się, próbując to rozchodzić, co na ogół czynię. Po takiej fizjoterapii powłóczę nogą bez wywracania się. W domu mam jeszcze opcję chodzenia na rękach (foki mnie nauczyły, tym razem te cyrkowe), ale na zewnątrz ludzie na mnie dziwnie patrzą, jak to robię.
Dopóki mnie nie sparaliżuje, robię swoje, bo lada dzień śmieciowe zimowe perturbacje spłoną wraz z marzanną podczas wiosennych wypaleń. Zresztą kolana wysiadają średnio raz na kilka miesięcy, toteż problem (-5.) świata.
Tak więc miała być rekompozycja, a jest regres. Niby cofnąłem się kilka kroków, ale tylko po to, aby wziąć rozbieg. Nie do końca miałem na wszystko wpływ, trochę morale spadło (szczególnie pierwsze wyciskanie na płaskiej po przerwie było trudne, bo sam gryf wydawał się ciężki), ale łatwiej niż mnie, jest ubić niesporczaka, więc nvm.
Widzimy się podczas zawodów męskiej sylwetki w Sopocie. Będę tam w tym czasie sprzedawał kukurydze na plaży oraz detektorem szukał w piachu pierścionka zaręczynowego dla 25 letniej Aitany Lopez z Barcelony.
Musimy porozmawiać o tym łapserdaku z Teksasu…
Nastąpił rozbrat z odmianą, której No limit w czasach prosperity wbił sztylet w plecy podczas imprezy w grotto Bilzeriana, przez co już iks lat temu można było zaobserwować rigor mortis, choć jako, iż klikam niezobowiązująco, nie przeszkadzało mi specjalnie, że ten wariant pokiera – cuchnąc niemiłosiernie – jest bardziej martwy niż zło u Sama Raimi, a na stołach widuje się głównie przetaczające się tumbleweeds, od których ciężko wyciągnąć złamany żeton. W morzu, w którym nie da się utopić, dla kogoś, kto nie potrafi pływać… wystarczy, opuszczam bezcłową strefę komfortu, czas porzucić grę z limitem i uruchomić coś dla prawie mężczyzn. À propos.
Spoiler
Okazało się, że za zapałki nie da się nic w sklepie kupić, toteż pozostaje wybudować z nich dom, aby dociągnąć do wymagań, jakie musi spełnić prawdziwy facet, a o których wspomniał mi jeden z pacjentów sigma z Choroszczy. Płodzę bzdury w tym wątku od dawna, więc tę część wyzwania uznaje za odhaczoną, natomiast drzewo stoi w doniczce na fortepianie (pamiętacie sadzonkę Grubosza?), i nie podlewa go kurwa nikt.
Pomimo że pod względem mindsetu zanotowałem najgorszy rok ever, a ostatnie miesiąc śpiewa już w zasadzie altem dramatycznym, wracam z tarczą, choć można było z dwoma, stosując jeden prosty trick, za który większość mnie znienawidzi, a mianowicie wystarczyło mniej kampanii grać na autopilocie.
Mógłbym rozpisać wszystkie leaki czerwonym długopisem, jednak kończę grać limit, więc nie ma się co wygłupiać. Po prostu brak myślenia podczas gry najbardziej zabija mi WR (automatyzm). Co nieciekawe od ręki pewnie byłem w stanie poprawić wyniki, gdybym podczas sesji nie słuchał podkastów, grając jednocześnie w Scrabble, bo wtedy zbyt często palec mi się omsknie i ląduje w rozdaniu, w którym nie powinienem się znaleźć nawet po sześciu piwach, ale rzucam tym żalem w diabła.
Nikt mi nie przystawił pistoletu na wodę do skroni, więc sam sobie to zrobiłem. Po prostu w pewnym momencie tak akademicko mało kładłem na żetony, że część WR świadomie paliłem (abstrahując już od takich rzeczy, jak zapominanie o otwieraniu skrzynek na czas <facepalm>). Chociaż trudno nauczyć jest starego psa nowych sztuczek, postaram się poprawić, bo wstyd i hańba.
Spróbowałem NL w maju, ale druga połowa roku była na tyle przytłaczająca, że nie miałem głowy na to, aby ogarnąć choćby RFI preflop, gdyż musiałem na szybko doktoryzować się w prawie karnym, notarialnym i spadkowym, przez co nie miałem czasu na sen, a co dopiero karty. O szczegółach nie wypada, ale ten film właśnie nominowano do Oscara w kategorii dramat obyczajowy/komedia absurdu.
Zaczyna się jak u Hitchcocka – najpierw komuś śmierdzą stopy, a potem… nie czekaj – zaczęło się, od przeprowadzi w zaświaty, następnie przywłaszczenie kasy ze spadku przez osobę, która nie dziedziczy, ujebana sprawa na psach (chociaż to samograj był, obecnie sąd rozpatruje zażalenie, bo upiekłem prokuratorowi ciasto, ale to był makowiec, więc nie wiadomo co z tego będzie), problemy notarialne (załatwić coś sprawnie w tym kraju już nawet za kasę się nie da lel), problemy z urzędem, który chce podatek od zajebanych pieniędzy, których się na oczy nie widziało (lel x2), kłopoty z remontem odziedziczonego mieszkania (terminy za kilka miesięcy, koszt – połowa wartości lokum lel x3).
Wszystko, to zaledwie pierwszy akt, akcja rozkręca się dopiero po 30 minutach tej 3 – godzinnej szmiry. Będą to gówno puszczać na festiwalu heroinistów w Berlinie, ale na szczęście nie ma już wejściówek. Mogę się natomiast podzielić sceną po napisach, zapowiadającą fabułę drugiej części:
Spoiler
Podejrzewam, że z tych dwóch osób, które przypadkiem tutaj zajrzy, 90% (oink) odpadnie po pierwszym akapicie, więc uznaje arbitralnie, że tym razem obyło się bez gorzkich żalów
.
Tymczasem, z fartem w 2025.
Przypadkiem na forum wszedłem i zobaczyłem twój wątek. Muszę ci powiedzieć, że mam do ciebie ogromny żal:
Spoiler
że jak szerzyłem te szuryzmy u ciebie na blogu, to nie przyjechałeś mi kopnąć mnie z półobrotu
