Tak naprawdę nie irytuje mnie samo gender do tego stopnia, bym nie mógł spać po nocach, bo jak sam zauważyłeś jest obecnie kilka, o wiele bardziej palących tematów, którymi należałoby się zająć. Mnie tak naprawdę wkurwia to, co dzieje się w szkołach ogólnie, i to na każdym poziomie edukacji od szkoły podstawowej do szczebla akademickiego. Serio w tym temacie jest tragedia, i już obecnie jako społeczeństwo stoimy nad przepaścią. Informacje o tym, co się dzieje mam z pierwszej ręki, gdyż znam osobiście wielu pracowników systemu oświaty, w tym oczywiście pedagogów, nauczycieli, dyrektorów ( z jednym mieszkam drzwi w drzwi, z drugim mogę pogadać przez okno, bo mieszka po drugiej stronie ulicy, a do jeszcze innych mogę po prostu zadzwonić). W skrócie system edukacji leży i kwiczy, i ta reforma obecna w praktyce nic nie zmienia. Na rynek co roku dostaje się około 400 tyś osób niewykształconych ( choć cisną mi się na usta bardziej dosadne słowa), którzy poza ściemnianiem i kombinowaniem jak coś zajebać, nie potrafią robić nic użytecznego ( wystarczy prześledzić jakie kierunki kończą). Jestem teraz śmiertelnie poważny, jednak nie chce rozwijać tego tematu, bo musiałbym poruszyć kwestię, którą dzielić się na forum publicznym z pewnych względów nie mogę, a raczej mi nie wypada. Co prawda ze szkodą dla czytelników, bo wiąże się z tym również wiele zabawnych historii, ale trudno i darmo. Opowiem ci za to anegdotę, która w jakimś małym stopniu oddaje to, w jaki sposób system edukacji zszedł na psy.
Ja szkołę podstawową rozpocząłem we wczesnych latach 90 ( a więc w zasadzie głęboka postkomuna ). Uwierz mi na słowo, że w mojej klasie, jak również dwóch pozostałych z mojego rocznika nie przypominam sobie aby jakiś dzieciak miał ADHD. A jeżeli ktoś takie zachowania przejawiał, to grono pedagogów potrafiło w jednej chwili takie zaburzenia leczyć. Pisząc wprost dostałeś linijką po łapach, albo zostałeś "wyciągnięty za uszy", i z miejsca pomysł latania jak poparzony po klasie odchodził w niebyt ( wracał co prawda dnia następnego, no ale młodość rządzi się swoimi prawami heh). Dzisiaj co drugie dziecko ma papier na to, że jest nadpobudliwe, a na ucznia wystarczy krzywo spojrzeć, aby mieć kuratora oświaty na karku.
Aby być dobrze zrozumianym zaznaczam, że nie pochwalam takich metod wychowawczych, a wręcz je potępiam, jednak według mnie ( nawet jak wyjdę na oszołoma to to napiszę ) problemy takie jak ADHD są w dużej mierze wydumane. W mojej opinii w wielu wypadkach to kwestia złego wychowania przez rodziców, którzy załatwiają papier dla dzieciaka obecnie, i mają spokój, i usprawiedliwienie przed samym sobą, że chujowo wywiązują się ze swoich obowiązków. Dobrze, oddając sprawiedliwość kilka przypadków pewnie faktycznie się kwalifikuje do takich zaburzeń, ale jak wspomniałem, dzisiaj ADHD ma co drugi dzieciak jak nie lepiej. No daj pan spokój.
Drugim takim tematem, który uważam za sztucznie wykreowany jest wszelkiego rodzaju dysgrafia, dysortografia etc. Jeżeli ktoś przejawiał takie problemy w "moich czasach", to pani od polskiego bardzo szybko potrafiła je rozwiązać. Do tej pory pamiętam jak ku mojemu zdumieniu kumpel z ławki (notabane tuman straszny) wyleczony z dysortografii został w przeciągu dwóch godzin języka polskiego, jak musiał przy całej klasie pisać na tablicy 100 razy wyrazy, w których popełniał błąd. W moim wypadku było podobnie, gdy po wywiadówce moja mama stwierdziła, iż muszę 500 razy w zeszycie napisać "chrząszcz brzmi..", bo w innym wypadku chuja, a nie pójdę grać do kolegów na Commodore. Pomogło, dasz wiarę ? <wink>
Dzisiaj takie praktyki stosowane przez nauczycieli, a nawet próba zwracania rodzicom jakiejkolwiek uwagi kończy się tym, że dostaniesz opierdol od nich, iż traktujesz ich syna jak debila. Jak będziesz miał tyle szczęścia, aby w ogóle porozmawiać, bo najczęściej lezą wprost z gorzkimi żalami do dyrektora, i opowiadają niestworzone rzeczy. Byłem świadkiem takich rozmów gdzie rodzice przychodzili do nauczyciela wprost z bólem dupy, tylko dlatego, że próbował czegoś konkretnego daną osobę nauczyć, co się jej (dzieciakowi ) nie spodobało (a jakże ), i poskarżył się rodzicom, że go belfer terroryzuje. W skrócie rodzice od dawna mieli problem z wychowywaniem dzieci, i ja to rozumiem, bo moi też nie mieli na to za dużo czasu, gdyż musieli zapierdalać od świtu do nocy by jakoś mnie do szkoły ubrać i nakarmić, ale dzisiaj to urosło do tak niebotycznych rozmiarów, że nie boje się tego napisać, choć pewnie nie przysporzy mi to sympatii wśród czytelników. Rodzicie nie potrafią obecnie wychowywać własnych dzieci, a współczesny system oświaty robi z nich debili, którzy nie umieją wykonywać pracy społecznie użytecznej, co jest jednak w największym stopniu mimo wszytko związane z problemami wychowania przez rodziców, bo to ich działka, choć nauczyciele (bardzo często kiepscy) oczywiście bez winy nie są.
Można nie brać na serio przykładów, którymi się posługuje, a nawet trzeba, a dowód anegdotyczny jest nic nie warty, ale uwierz mi, że mógłbym to argumentować solidnie, tylko jak wspomniałem nie chce z pewnych względów rozwijać tego tematu na poważnie. Uznajmy, iż z chęci nie psucia sobie, jak to określiłeś krwi, jednak wprawne oko jeżeli zechcę, to wywnioskuje jaki jest temu konkretny powód.
Swoją drogą dzisiaj to nawet nie jest w "interesie" nauczyciela, aby robić uczniom jakiekolwiek problemy nawet jak umyślnie cię ignorują, a wiesz, że taki delikwent potrafi bez problemu materiał opanować. Pisząc kolokwialnie jeżeli chciałbyś kogoś ujebać, bo na to zasługuje ( bardzo rzadko ale się zdarzają takie przypadki), to z reguły musisz napierdalać się z dyrektorem, który ostatecznie i tak wymusi na tobie, że masz takiego ucznia puścić dalej. Wiele by pisać, ale późno, więc sobie daruje.
Zdaje sobie sprawę, że kilka ostatnich wpisów to moje jęczenie o wszystko, więc postaram się trochę z tym hamować w następnych.
Dobrej nocy.