Zacząłem pisać 14 lutego, więc chronologicznie początek może się nieco rozjeżdżać. Skończyłbym dnia pierwszego, ale jak nie trafiłem na jakieś fajne badania, to na książkę… Nie jestem zadowolony do końca z formy i jest dość chaotycznie, ale wrzucę, bo mam dość i tak mnie ten temat zgwałcił, że nie potrafię dodać 2+2 na kalkulatorze. Zresztą jak próbuje coś poprawić, to wpada do głowy kolejny wątek i jak nie opublikuje teraz, to zrobi się z tego książka. Dla tych, którzy mieli okazję „przedpremierowo” przeczytać dorzuciłem mały bonus i rozwinąłem pewne kwestię.

Przemierzam obecnie świat – czyli odcinek z sypialni, poprzez salon do kuchni i z powrotem – w takich samych, czarnych podkoszulkach z Biedronki – sztuk kilka (Steve Jobs w wersji dla ubogich). Wczoraj zorientowałem się, iż ostatnia wylądowała w praniu, więc zmuszony niejako do zrealizowania jednego z celów dziennych i nabicia wyznaczonej w aplikacji liczby kroków w ilości dwustu przeszedłem kilka nadprogramowych metrów do garderoby, gdzie leżą koszulki z rękawem, a raczej z rękawkiem, gdyż prawo mieszkaniowe w Polsce utrudnia wymeldowanie uciążliwego lokatora jakim jest Tineola. Pierwsza – z Marksem i Engelsem – nie podeszła, złapałem zatem za drugą. Przypadek?

Ta koszulka już kiedyś w tym miejscu wystąpiła, ale nie o niej ta „filozoficzna” rozprawa. Ze względu na porę roku ostatnimi czasy myślę za dużo, więc mimowolnie zawiesiłem wzrok na nadruku, na który większej uwagi wcześniej nie zwracałem. Albo to zbieg okoliczności, albo koleś od wymyślania haseł na koszulkę jest po prostu świetny. Jak się chwilę zastanowić, to dostrzeże się coś więcej niż żart. Wszak odurzenie wynikające z przyjęcia substancji psychoaktywnych jest cholernie łudząco podobne do stanu, który towarzyszy zakochaniu. Cóż za wdzięczny temat na wpis w lutowy wieczór, gdy obok zakneblowany, spętany i przypięty do kaloryfera kajdankami łka św. Walenty nieprawdaż? (wrażliwców uspokajam, zrobiłem mu herbatę!).
O tym, czy dana osoba jest warta naszego zainteresowania – pomijając sytuacje one night stand – decyduje z reguły wiele czynników: społecznych, psychologicznych i kulturowych, choć o utarte zasady przedstawiające jakiś schemat, który pozwoli się nam zorientować w sytuacji ex tempere jest trudno. Jednak, aby szare komórki w mózgu zaczęły świecić – co widać podczas badania pozytonową tomografią emisyjną służącą do obrazowania mózgu, a taka sytuacja ma miejsce, gdy partnerem zaczynamy się interesować – musi zajść najpierw cały szereg procesów biochemicznych w naszej głowie.
Ale czym w ogóle jest miłość? (bo o niej mowa). Jak ją uchwycić na papierze? Ano prosto: […]Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca, albo cymbał […] Nie, wybaczcie, ale słowa nawróconego żydowskiego faryzeusza nie oddają głębi i powagi sytuacji. Posłużę się słowami uznanych, nieskazitelnych autorytetów i wielkich mędrców tego świata. Najwybitniejszy z polskich myślicieli – jak łza dziewicy czysty – mawiał:
Miłość, to takie coś, czego nie ma.
To takie coś, co sprawia, że nie ma litości.
To tak, jakby budować dom i palić wszystko wokół […].
Spoiler
No i w tym miejscu można skończyć, ponieważ z autorytetem się nie dyskutuje, jednak skontaktowałem się z p. Bogusławem i choć jestem tylko robakiem, którego jak zaznaczył plwając przy słuchawce mógłby zdeptać, pozwolił w drodze wyjątku kilka słów napisać, po czym zamiast: „do usłyszenia” wyartykułował: „spierdalaj i nie dzwoń, bo cię znajdę” rzucając słuchawką. Każdy kocha inaczej, więc nie ma w tym powtarzalnego wzoru czyż nie? otóż nieprawda, miłość ma wzór – wzór chemiczny…
Koncentrując się na "fotografii" poniżej, za której sprawą niczym w „Efekcie motyla” przeniesiemy się wszyscy do czasów, w których to podjęto się próby wyjaśnienia zjawiska, a które ubiło Wertera, jak również sen z powiek Mickiewicza spędzało...

Miłość jest emocją i chyba każdy intuicyjnie to czuje i z takim postawieniem sprawy trudno dyskutować nawet komuś, kto urodził się dopiero wczoraj, gdyż emocje są w stanie rozpoznawać już niemowlęta. Darwin – tak ten z głupio wyglądającą brodą – zauważył w swoim dziele „O wyrazie uczuć u człowieka i zwierząt”, iż ekspresja emocji jest niezwykle istotna i decyduje niejako o przetrwaniu „genre”. Wiecie, że ludzie na całym świecie używają podobnych ekspresji twarzy, a niektóre z nich wykorzystywane są również przez zwierzęta? Obnażający kły wilk zły na Czerwonego Kapturka wykorzystuje te same mięśnie mimiczne pyska, co rugający pracownika szef, kiedy czuje się rozzłoszczony, gdy ten omyłkowo śmiał mu „latte” na zwykłym, a nie sojowym mleku zaserwować. Ta sama prosta fizjologia emocji została zachowana w toku ewolucji i jest stosowana od milionów lat przez różne gatunki. Pod względem wyrażania emocji zatem nie różnimy się znacząco od zwierząt, choć i tutaj w mojej opinii bijemy kosmos na łeb na szyję, gdyż człowiek jako najlepiej rozwinięty gatunek pastwiąc się na innym człowiekiem potrafi odczuwać z tego tytułu niezdrową satysfakcję, do której przeżywania zwierzęta zdolne raczej nie są, a więc tym samym nawet „skurwysyństwo” rodzaj ludzki potrafił wynieść na poziom niedostępny innym organizmom (no dobra, może poza Skrullami <1/16 troll>).
Jeszcze nie tak dawno uważano, iż za emocje odpowiedzialne jest serce, a i dzisiaj pewnie osoby myślące w sposób podobny się znajdą. Wszystko zmieniło się jednak w latach dwudziestych XX wieku, kiedy to stary kawalarz Wilder Penfield postanowił na pacjencie wykonać przezabawny „prank”. Przeprowadzając z nim rozmowę – jednak nie na kozetce jak mogłoby się wydawać, lecz na stole operacyjnym – po uprzedniej trepanacji i jedynie przy znieczuleniu miejscowym (ponieważ utrzymanie pacjenta na jawie było kluczowe dla powodzenia operacji na otwartym mózgu) drażnił korę badanego elektrodami, przez które przepływał prąd elektryczny. No padaczka śmiechu, wszak i pacjent epileptyk. Sam zabieg nazwany później "Procedurą Montrealską" miał na celu zlokalizowanie tych obszarów mózgu, które odpowiadają za napady padaczkowe, a następnie wyrzucenie ich na śmietnik.
Tego, czy wszystko poszło tamtego dnia zgodnie z planem się nie dowiemy, bo danych osobowych człowieka nigdy nie ujawniono, wiadomo za to, iż Penfield stymulując elektrodami korę limbiczną nad ciałem migdałowatym był w stanie wywołać u niego cały wachlarz emocji od śmiechu, przez płacz i nienawiść po reakcję… która sugerowała przynależność etniczną jegomościa, gdyż badany łaskotany prądem po kopule w którymś tam momencie postawił sobie tipi.
Opis niepokojący, lecz sam mózg receptorów bólu nie posiada, więc zazwyczaj pacjent nie odczuwał większego dyskomfortu, a i głowę mógł porządnie sobie przewietrzyć. Talk show Penfielda – w trakcie trwania którego jeden z zainteresowanych rażony prądem na zadane pytanie: „co czujesz” odpowiedział: „zapach spalonego tosta” ponieważ nasz żartowniś poza całym spektrum emocji był w stanie u badanego wywołać również halucynacje i omamy węchowe, a nawet zmianę temperatury ciała i ciśnienia krwi – przyczynił się do przełomowego mapowania powierzchni kory, a sam Penfield na długo po tym mianowany został tytułem "The greatest living Canadian".
Miano dobry powód wówczas, aby twierdzić, iż emocje rodzą się w mózgu, co spełniało kryteria Darwina i chociaż to może być dla niektórych smutne, okazało się, iż człowiek nie „kocha” sercem (Szekspir zapewne na tę wiadomość w grobie się przewraca ze swoimi sonetami).
Choć wiadomym było, iż za emocje w jakimś stopniu odpowiada mózg, to niespecjalnie kwapiono się do tego, aby zlokalizować, która dokładnie część mózgu jest za nie odpowiedzialna i ułożenia tej rozsypanej układanki z puzzli przedstawiających ludzki mózg mało kto chciał się podjąć, aż do lat 60’s. Impulsem do zastanowienia się nad mózgiem na szerszą skale stał się rosnący problem narkomani (jednak zawdzięczamy coś hipisom poza Woodstockiem). W końcu ktoś chciał pomóc innym, co przywraca nieco wiarę w ludzkość - można by pomyśleć. Tylko, że nie, gdyż pobudki, dla których płomienie wrócono do badań nad mózgiem do szczególnie szczytnych nie należały. Motorem napędowym nie było bowiem dobro ludzi, a jak to zwykle bywa – Gallardo i dobra Whisky, a więc pieniążki, pieniążki i jeszcze raz pieniążki.
Duzi gracze, jakimi były firmy farmakologiczne zauważyły, iż małe ekologiczne rodzinne biznesy, którymi były mafie narkotykowe radzą sobie coraz lepiej zarabiają krocie na ludziach, którzy ochoczo sięgali po zmieniające stan świadomości specyfiki, więc i oni chcieli wykroić sobie kawałek z tego tortu dla siebie. Zaczęli produkować zatem własne narkot… leki, jakimi były wówczas wszelkiej maści benzodiazepiny jak Valium, Librium, czy też związki, przez które Michael Jackson już nic nie czuje i winę za to nie ponosi jego nos #propofol. Różniły się od powszechnie dostępnych narkotyków głównie tym, iż były tańsze, można było je dostać na receptę i nikt nie szedł za nie do więzienia. Pozytywnym efektem działania firm związanych z psychofarmakologią – bez względu na intencję – było to, iż zlokalizowano wówczas m.in. ośrodek odpowiedzialny w dużym stopniu – jak się podejrzewa – za emocje w mózgu, a którym to okazał się układ limbiczny – ewolucyjnie najstarsza jego cześć. Potwierdzało to spostrzeżenia kolesia z głupią brodą. Ludzkość, aby przetrwać i nie być przeżuta i wypluta przez dzikie zwierzęta bać się musiała ustawowo, zatem emocje są czymś pierwotnym, co towarzyszy nam w zasadzie od początku Duh!
Jasnym stało się, iż ludzie przyjmujący związki takie jak: anielski pył, Helenę, szmatę, crack, oddech diabła, Charlie czy też Molly (kolega mi mówił jakby co
) w prosty sposób są w stanie zmieniać własny stan emocjonalny. Jako, iż narkotyki, to po części substancję opiatowe przypuszczano, iż w mózgu musi znajdować się jakiś receptor, który na nie reaguje, jednak nikt nie był tego w stanie empirycznie dowieść.
Ta sztuka udała się dopiero pewnej młodej studentce w 1972 roku, zjawiskowej Candace Pert, jednak niech was wyobraźnia nie ponosi zbytnio, gdyż żadna z niej hipiska z odkurzaczem zamiast nosa, po prostu sobie wzięła i spadła z konia. Nie ma co żartować, gdyż taka przejażdżka zakończona upadkiem okazała się być kryptonitem dla samego „Supermana”, po której go sparaliżowało, więc sprawa dość poważna. Wynikiem tego zdarzenia był dłuższy pobyt w szpitalu, a żeby ulżyć Pani Pert w cierpieniach podawano jej morfinę… dużooo morfiny. Jako, iż była świeżo upieczoną mężatką, to stan błogości będący wynikiem podania opioidu porównywała wówczas do miłości i tęsknoty do swojego męża, który czekał na nią w domu (no była młoda i głupia, bo naprawdę pewnie mąż szlajał się radośnie po wszystkich barach nocnych <troll>). Zauważyła ogromne podobieństwo pomiędzy uniesieniami miłosnymi, których doznaje w towarzystwie męża, a tymi po wstrzyknięciu do jej organizmu morfin, a więc jak tylko wyszła ze szpitala podjęła się próby zlokalizowania receptorów opioidowych, co jej się oczywiście ku pokrzepieniu serc firm farmaceutycznych udało, gdyż te w końcu miały jasność co z czym i po co te badania właściwie sponsorują.
Tak więc to, co odkryła Pert, to molekuła na powierzchni komórki, w której mieścił się „narkotyk”, którą można porównać do dziurki od klucza, a która to akceptuje jedynie kształt określonego klucza. Tą komórkową dziurkę od klucza nazwano właśnie receptorem.
Szybko zorientowano się, iż receptory, w które wyposażone są niemal wszystkie komórki ludzkiego organizmu nie znajdują się tam po to, aby Walter White mógł gonić swój towar i bezczelnie nie pukać, a Escobar był w stanie spłacić sobie dług publiczny Kolumbii w momencie, w którym zapomni mu się zachować taktownie i wysadzi parę budynków w przerwie na lunch. Jedynym wyjaśnieniem zatem było to, iż ludzki mózg produkuje jakiś endogenny opiat, który nie jest wynikiem sztucznej syntezy i którego nie da się wciągnąć przez nos, a który powstaje na skutek określonych okoliczności zachodzących w ludzkim organizmie.
Po trzech latach – nudnych jak Maciej Orłoś – prac udało się dwójce naukowców zlokalizować pierwszy „narkotyk” jaki wytwarza ludzki mózg, a mianowicie Tyr-Gly-Gly-Phe-Met, a który został po małym rebrandingu nazwany ostatecznie endorfiną.
W następstwie przełomu, jakim było potwierdzenie istnienie endorfin szybko zlokalizowano dwa kolejne, bardzo istotne związki hormonalne, a mianowicie oksytocynę i wazopresynę. Oksytocyna powoduje chociażby skurcze macicy podczas orgazmu, więc radujmy się, iż ją mamy, bo bez niej kobiety pewnie ciągle bolałaby głowa, a i ludzie rodzili by się przez cesarskie cięcie jedynie. Towarzyszy jej wazopresyna, która jest uznana za hormon monogamii, choć dość przewrotnie, gdyż mało który żyjący gatunek na Ziemi jest monogamiczny. To, iż za absolutnie wierne sobie uznaje się łabędzie i pingwiny, to opowieści z mchu i paproci. Średnio na dziesięć jaj łabędzich znajdowanych w gniazdach, cztery to „jaja kukułcze” Chudy, ty nigdy nie zejdziesz na atak serca, bo go kurwa nie masz… Przepraszam Panie Łabędziu, ale prawda Pana wyzwoli O!
Wróć, monogamiczna okazuje się pewna bakteria żyjąca w karpiach, ale tylko dlatego, że jak się „zakochuje”, to łączy się z partnerem – dosłownie, więc trudno im potem wziąć rozwód, gdyż sprawy nawet Harvey Specter podjąć się nie chce. Te dwa wspomniane hormony są nierozerwalnie związane z odczuwaniem miłości i spełniają ważna funkcje w organizmie.
Candace Pert po odkryciu na powierzchni neuronów receptorów opioidowych zaczęła pracować w Narodowym Instytucie Zdrowia. A trzeba przyznać, iż pracę miała dość interesującą. Ot chociażby przeprowadzała ankiety z byłymi skazanymi za posiadanie narkotyków, którzy dzielili się z nią swoimi odczuciami po pierwszym strzale, jaki sobie aplikowali zaraz po wyjściu na wolność. W 94 % wypełnianych ankiet porównywali oni moment po iniekcji heroiny do orgazmu. Dla Pert taka informacja była jak kropla krwi dla porucznika Colombo, więc zaczęła drążyć temat zastanawiając się przy tym, czy być może podczas seksu i orgazmu w ludzkim mózgu nie jest produkowany neuropeptyd (NP), który swą strukturą przypomina heroinę. Ludzie zakochani faktycznie są na narkotykowym rauszu? Postanowiła tę śmiałą analogię sprawdzić doświadczalnie.
A ponieważ była jeszcze większą komediantką niż Penfield, to jej badania polegały na tym, iż dopuszczała do zbliżenia dwa chomiki, podczas kopulacji strącała samca z samicy, rozłupywała mu czaszkę, a następnie z mózgu robiła „szejk proteinowy”, po czym następnie sprawdzała w tejże miksturze poziom endorfin i tym sposobem określiła, iż od początku trwania seksu do orgazmu uaktywnia się do 200% razy więcej receptorów opiatowych.
Ale to były Bogu ducha winne chomiki, a że Pert była ambitna – na początku kariery, gdy ceniony profesor odmówił jej autorstwa jednej z prac i partycypowania w podziale łupów przywłaszczając sobie jej zasługi, postanowiła obciąć mu publicznie jajca stawiając na nogi wszystkie amerykańskie media, przez co zamiast Nagrody Nobla, którą mu wieszczono dostał sromotny wpierdol i szybko świat o nim zapomniał – to chciała sprawdzić jak sytuacja wygląda u ludzi :transpire:.
Jako, iż nie żyła w Chinach, ani Niemczech za czasów II Światowej, a i Allegro DeepWebu wówczas nie funkcjonowało i świeżych ludzkich mózgów zaraz po osiągnięciu orgazmu na rynku panował deficyt, to wpadła na inny, dość oryginalny pomysł na wespół ze swoją współpracownicą Nancy Ostrowski (niech żyje Polska!) – która to swoją drogą była tak nieszczęśliwie zakochana, iż chciała zostać zakonnicą, jednak Pert przekonała ją do tego, że już więcej sensu ma jednak ściąganie tych chomików z siebie jak opowiadał na jednej ze swoich prelekcji dr Janusz Wiśniewski :roto2:.
Pert podczas seksu ze swoim mężem żuła specjalnie przygotowaną na jej prośbę gumę, która chłonęła ślinę w większym stopniu aniżeli klasyczna, a następnie podczas różnych faz trwania stosunku wypluwała ją do specjalnego pojemnika, a następnie badała w nich stężenie NP (trudno określić, czy to poświęcenie dla nauki, czy prawdziwą motywacją było to, iż po prostu z konia „spadać” lubiła – ah, jakiej głębi i subtelny żart żem wysmażył, mogę umierać w spokoju). No, ale dowód anegdotyczny jest największym rakiem Internetu, obok powoływania się na wątpliwy autorytet i Pani Pert to wiedziała jeszcze przed powstaniem globalnej sieci, więc namówiła pracowników z instytutu, aby robili dokładnie to samo co ona, a następnie dostarczali jej materiał do analizy kładąc tym samym podwaliny pod biznes porno, bo głuptasy nie zrozumieli i zaczęli przynosić jej wraz z gumą sex tape :coolface:.
Badania na chomikach potwierdziły się na ludziach, choć nikt nie chciał w purytańskiej wówczas Ameryce ich opublikować (dzisiaj pewnie by je jeszcze "dopieścili"). Krótko po tym ktoś doszedł do wniosku, iż stan ludzi zakochanych odpowiada stanowi „I'm High As Fuck”, gdyż odkryto w organizmie receptory „Cannabis” i rzeczywiście u osób, które deklarują, iż są zakochane jest nawet 1.5 tyś % razy więcej aktywnych receptorów „Cannabis”, aniżeli u osób smutnych z ryja. Co zaskakujące, naukowcy odkryli te same – lub bardzo podobne – substancje u innych zwierząt, w roślinach, a nawet w organizmach jednokomórkowych. Neurochemikalia, które zmieniają nastrój w ludzkim mózgu, znaleziono chociażby na skórze żab.
A jak to się dzieje, iż o neuropeptydach w ogóle mówić można? Wszystko zaczyna się od pojawienia się – głównie w mózgu – cząsteczki fetyloetyloaminy (PEA), która jest śladową aminą, a jak każdy wie, śladowa amina, to nic innego jak amfetamina
. A więc miłość rozgorzewa w momencie, w którym mózg zaczyna produkować sobie „szuwax”. Nie wyryte na ławce serce przebite strzałą, a biała ścieżka, ot cała prawda – chudyand1 2019<troll>
Stwierdzono, iż u osób, które deklarują w ankietach, iż są zakochani PEA jest 14 tyś razy więcej w stosunku do grupy kontrolnej, która skazana była na „cofanie” do zdjęć modelek. PEA to dość ciekawa molekuła. Badania prowadzone u osób wykonujących ćwiczenia fizyczne sugerują, że wydzielająca się podczas wysiłku PEA może wywoływać zjawisko euforii biegacza, objawiające się poprawą nastroju oraz zwiększeniem wytrzymałości i odporności organizmu na ból. Również osoby zakochane, którym sprawiano ból fizyczny w momencie, w którym pokazywano im zdjęcie partnera lepiej go znosiły (z tego co pamiętam chyba ich przypalali – tak na serio).
Wspomniana, tak duża koncentracja PEA powoduje, iż zaczyna dziać się magia (ogon macha psem, NFS: Most Wanted da się przejść pieszo). Z miejsca uruchamiają się procesy odpowiedzialne za syntetyzowanie dopaminy, a więc neurotransmitera pobudzającego ośrodek nagrody, który podobnie aktywowany jest u osób, które walą wódę czy tam palą papierosy chociażby. Temu wszystkiemu towarzyszy uaktywnianie się receptorów takich związków jak stara poczciwa kokaina. Kokainiści i ludzie zakochani mają dokładnie taką samą koncentracje aktywnych receptorów opioidowych w mózgu, ale również do tego worka przegrywów można wrzucić tych, co przesadzają z cukrem.

Ale wróćmy na chwilę do neurotransmiterów. Podobno anegdota głosi, iż eksperyment, który wykazał istnienie mediatorów Otto Loewiemu się przyśnił… i to dwukrotnie, gdyż za pierwszym razem nie mógł odczytać co nagryzmolił w nocy na kartce po przebudzeniu. Wykrzykiwał cały dzień, iż to wina Tuska, czując, że to najgorszy dzień jego życia próbując sobie przypomnieć szczegóły tego co mu się śniło i gdy pod wieczór zrezygnowany miał już wziąć i rozjebać jak pilot Tupolewa wszystko, ze zmęczenia zasnął, po czym okazało się, iż Morfeusz jest dla niego łaskawy i śni na powrót to samo co nocy poprzedniej.
Z pewnego, męskiego punktu widzenia – jak twierdzi dr Janusz Wiśniewski – można powiedzieć, iż zakochanie zaczyna się nie od zgody partnerki czyli „YES”, ale od „NO” (tlenku azotu), gdyż bez niego nie byłoby możliwe podniecenie i erekcja. Do tego dochodzi chociażby kortyzol i adrenalina – za sprawą tej drugiej zakochani jedzą motyle, które trafiają do brzucha, stąd pewnie to powiedzenie, gdyż wyrzut adrenaliny może spowolnić pracę jelit oraz wyhamować pracę żołądka. Wszystko to sprawia, iż mózg ludzi zakochanych nie działa w zasadzie normalnie, bo jest na niezłym haju – całonocne rozmowy, brak zmęczenia, niemożność koncentracji, serenady na patelni zamiast gitary...
Obrazowanie mózgu pokazuje jak w soczewce, iż u osób „cierpiących na miłość” tylko obszar limbiczny jest aktywny. Ośrodki odpowiedzialne za tożsamość i racjonalne myślenie są niejako wyłączone. Nawet ośrodki za widzenie działają niepoprawnie, gdyż zniekształcają obraz osoby kochanej dla której jesteśmy praktycznie bezkrytyczni, więc powiedzenie „miłość jest ślepa” zdaje się nie być jedynie mądrością ludową i znajduję potwierdzenie w faktach.
Niestety (chyba?) ten stan mija, a co za tym idzie zainteresowanie partnerem maleje z czasem, co często prowadzi do nieporozumień w związkach. Miłość ma zatem termin ważności i jeżeli nie zauważysz upływu tego terminu w porę, spożycie może przyprawiać o zatrucie. Średnio ten narkotykowy ciąg trwa od 18 do 48 miesięcy i minąć musi, gdyż jest zbyt kosztowny energetycznie dla organizmu i gdyby trwał bez końca, doszło by w końcu do jego wycieńczenia, ponieważ metabolizm komórek by nie wyrobił (m.in. zwiększone zapotrzebowanie na tlen).
Mowa o okresie największej koncentracji tych wszystkich hormonów (a więc niejako o pierwszą fazę zakochania w psychologii nazywanej namiętnością). Po 1,5–4 latach wpływ „narkotyków” na organizm słabnie. Oznacza to koniec namiętności, koniec robienia z siebie pajaca, gdy próbuje się wejść na drzewo po jabłko dla ukochanej i z wielkim hukiem ląduje na mordzie ze złamaną ręką i często koniec wielkiej miłości (co dla 13 letniej Julii, byłoby zapewne wybawieniem gdyby się wcześniej nie zabiła- Romeo ty chory zboczony pojebie!). Ci, którzy się od miłości PEA uzależnili szukają sobie nowego dilera – dlatego często po 2–3 latach część par rozchodzi się jak nogi pijanego - każda w swoją stronę.
Jednak większość par po etapie zakochania potrafi zbudować trwały związek (z rozsądku bo kredyt i dziecko <troll>). Pomagają w tym endorfiny, które pojawiają się na miejscu PEA działające podobnie do morfin. Wywołują uczucie szczęścia, spokoju i bezpieczeństwa - wystarczy, iż partner nie wyjeżdża ciągle w delegację. Jeśli po fazie miłości PEA nie wzrośnie poziom endorfin, bliska osoba może stać się dla nas jak płaziniec – uciążliwa. Jest też wspomniana wcześniej oksytocyna, dzięki której potrzebujemy czułości, bliskości i ciepła (oj seksu no). Oksytocyna po fazie PEA wzmacnia również instynkt macierzyński. Jej poziom maleje, gdy zbyt często jeden partner gra na konsoli, a drugi robi paznokcie u koleżanki i gdy drzemy koty jak Pawlak z Kargulem. Ta obserwacja jest zgodna z badaniami antropologów jak chociażby Helen Fisher przeprowadzonych w 56 kulturach, gdzie dowodzi ona, iż związki średnio kończą się właśnie po czterech latach.
Można byłoby się cofnąć o jeszcze jeden krok i zapytać, jak to się dzieje, iż molekuła PEA pojawia się w mózgu? No: „po zapachu ich poznacie”. Przeprowadzane w ostatnich latach badania naukowe donoszą, że na samym początku poznania dzięki zapachowi trochę nieświadomie dobieramy partnera, który zapewni nam zdrowe potomstwo. Dzieje się tak, gdyż nasze zmysły wykrywają pewną grupę białek określaną jako główny kompleks zgodności tkankowej (MHC) i dobierają partnera tak, by jak najbardziej się od nas różnił biologicznie [źródło] (w końcu zrozumiałem skąd się ta miłość między człowiekiem, a rybą w „Kształcie wody” wzięła. Choć tam Amisze (jaki chujowy ostatni sezon to koniec) mają wysmarkane i praktykują chów wsobny, z którego rodzą się dzieci z wadami genetycznymi (no jasne, ta ryba musiała być Amiszem!). Ile to się można dowiedzieć czytając naukę 
Od jakiegoś czasu prowadzone są pracę nad substancjami, które mają wywoływać pożądanie do określonej osoby. Jak się powiodą, to nikt z nas nie jest bezpieczny, gdyż kobiety o rubensowskich sylwetkach będą miały powody do radości, gdyż otrzymają swojego rodzaju eliksir miłości. Chociaż dla nich, to nie jest chyba duży problem. Aby wyrównać poziom PEA w mózgu, jaki towarzyszy stanom zakochania można jeść czekoladę. Potrzeba jej zaledwie zeżreć jakieś trzy tony. Wiem i mogę to pisać, bo kiedyś też byłem gruby, a i czekoladę lubię.
Sprowadzanie tak pięknego uczucia jakim jest miłość do peptydu? Żodyn by mi tego nie wybaczył, więc może pójdźmy o krok dalej i spróbujmy zastanowić się nad jeszcze bardziej – według mnie – kontrowersyjnym aspektem miłości, jakim jest psychologia miłości.
Właściwie tylko jeden hormon podczas zakochania nie wystrzeliwuje jak „Wilk z Wall Street” przy Margot Robbie. Badania psycholog/neurolog Stephanie Ortigue wskazują, że stężenie serotoniny we krwi osób zakochanych jest znacznie niższe od przyjętej normy. Podobne zjawisko można zaobserwować u ludzi zmagających się z nerwicę natręctw, dlatego zachowania zakochanych według psycholoszki można czasami porównać z zachowaniem osób z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi.
Pięknoduchy, oraz ci w białych kitlach wykłócają się, kto wie o miłości więcej. Ja tam poetą nie jestem, ale tą cześć skończę utworem* poety:
Jako, iż to „nowa” sekcja, która ma popularyzować naukę dobrze byłoby wiedzieć jak zostanie odebrana skoro już zainwestowałem w nią parę stów (koszt alternatywny nie?), a treści w tym bloku tworzona są głównie z myślą o czytelnikach. Ponieważ łatwiej namówić was na wspólne wymachiwanie penisami pod nosem Anny Grodzkiej, aniżeli na feedback, a i zadowolić wszystkich się nie da, to kieruje się prostą zasadą. Daną sekcję kontynuuje od pewnego progu zainteresowania, bo doba ma tylko 20 godzin i muszę być wybredny. Ma to swoje minusy, ale trudno i darmo. Jeżeli to, co się nabazgrało uważasz za interesujące i chciałbyś w przyszłości czymś podobnym napromieniować sobie oczy, to proszę daj mi o tym znać.
* gdyby ktoś przeoczył - girlfriend w tym utworze= broń palna <wink>
Tymczasem myszki :heart::heart::heart:
Spoiler
Bibliografia loading...
Candace B.Pert "Molecules Of Emotion: The Science Behind Mind-Body Medicine", 1997
Paul Ekman,Richard J.Davidson "Natura emocji", 2002, GWP
Bogusław Żernicki "Mechanizmy działania mózgu" 1980, WPAN
Angelika Gumkowska "Miłośc to chemia" Newsweek Nauka,1.01.2016
York, George K. III, MD "Dream inspires a nobel-winning experiment on neruotransmission"
J.L. Wiśniewski "Czy miłość to tylko neuropeptyd?"
Stephen S. Hall "A molecular code links emotions, mind and health"
Candace B.Pert "The Wisdom of the Receptors: Neuropeptides, the Emotions, and the Bodymind"
Candace B. Pert "Neuropeptides and their Receptors: A Pyschosomatic Network"
Bogdan Szukalski, "Receptory opioidowe i ich endogenne ligandy"
Piotr Gronek "Endogenne związki opioidowe"
Joe Sommerlad "Wilder Penfield: Who was he and how did he use burnt toast to map the human brain?"
Dostępność wszystkich linków: [21.02.2019]