Przejdź do forum
Powiadomienia
Wyczyść wszystko
3,264 Posty
99 Użytkownicy
1578 Reakcje
86.7 K Wyświetlenia
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

Wczorajszy dzień bił tak mocno... Pod wieczór zorientowałem się, iż prosty spowodował pourazowe pęknięcie śledziony. Wykrwawiałem się, więc na szybkości potrzebowałem ałun - ewentualnie pistolet tapicerski i klej. Jedna z tych sytuacji, w których gorzej być nie może, a wspomniałem nie raz, iż jest kilka filmów, których wstyd jest nie oglądnąć – gdyż widział je każdy odrobinę szanujący się „filmiarz”– a których ja włączyć po prostu nie potrafię ot tak. Klasykiem jest już wspominany przy takich okazjach przeze mnie „Ojciec chrzestny”, do którego zbieram się – jak wiecie zresztą – lekko jakieś 15 lat, ale chyba puszcze dopiero pod samą bramą przed spotkaniem z św. Piotrem.

Było trzeba odpalić coś, do czego nieco mniej jestem nieprzekonany, ale mogło wejść jedynie w sytuacji zagrażającej życiu <troll>. Po „A Perfect World” – który był jednym z moich ulubionych obrazów w 90’s – nie wdziałem nic, o co otarłby się Eastwood, ale przecież wychowałem się na jego filmach. Takie jak „Dobry, Zły i Brzydki” czy tam inny „Ujebany Harry” brudziły dwugłowicowy VHS JVC notorycznie. Nie wiem, ale z jakiegoś powodu mam w głowie przekonanie, iż Eastwood mnie wkurwia, choć nie pamiętam za bardzo, abym się na niego obraził. Co prawda zbierałem się do seansu jak napalony nastolatek do Moniki Bellucci z „Adidasem”, ale padło w końcu na „Gran Torino” – skądinąd piękny, a to coś znaczy, bo autami nie interesuje się prawie wcale, pomimo skończonej szkoły kierunkowej.

Nie będę się wygłupiał z opisywaniem czegoś, co już „każdy” widział, ale usnąłem po seansie w tri miga. Ostatnio miewam małe problemy ze snem, więc zdaje się przypadł do gustu. Przyczyniło się do tego pewnie normalne stężenie hetero w samym filmie, bo osobiście męczy mnie w obecnych produkcjach upakowanie LGBT+ w ilości ośmiu na milimetr taśmy filmowej, gdyż sprawia to wrażenie, jakby postępowa mniejszość była większością, a ja mam małą tolerancję na wszelkie przejawy i próby zakłamywania rzeczywistości. Ale, żeby już nie być takim gnojkiem, to napiszę, że obraz m.in. dlatego przyjąłem z poczuciem, iż oglądam coś normalnego, bo odnosi się po części do kawałka historii USA, który to tworzony był w dużym stopniu przez emigrację z Polski (spora część kadry fabryk Forda w „Motor City” chociażby, gdzie język polski był „lingua franca”), tak więc dał znać o sobie „szczeniacki patriotyzm”, choć tak naprawdę przywiązanie do faktów.

Swoją drogą Ford to niezły skurwol był, bynajmniej nie z powodu tego, iż wysyłali sobie całusy z Hitlerem, a temu, iż wprowadził produkcję taśmową, która co prawda zrewolucjonizowała motoryzację (w tamtym okresie 90% poruszających się po świecie aut były produkcji Forda), ale miała według mnie negatywny wpływ na psychikę człowieka (kto pracował przy takiej, ten wie). Dlatego pewnie Ford płacił swoim ludziom najwięcej szmalu, co by zachęcać do monotonnej, bezrefleksyjnej wielogodzinnej pracy, która siłą rzeczy musiała ogłupiać. Wracając jednak do jego zjebanej natury, to jeden z najbardziej krwawych incydentów jaki miał miejsce w „River Rouge” wyniknął nie z powodu wypadku, ale dlatego, iż ktoś mu nie przyniósł bajgla i się wkurwił. No dobra nie do końca, ale na jego polecenie. Jako przeciwnik związków zawodowych Henry nakłonił murzynów, którzy pozostali w pracy, aby zaczęli napierdalać się z protestującymi pod zakładem. Podobno pacyfista (kolejna konstrukcja dla ludzi bez wyobraźni), ale Żydów to by po dupsku wytrzepał. Warto zaznaczyć, iż w tamtym okresie nie tylko czarni byli kopani w zad, gdyż dopiero na początku lat 60 sądownie zniesiono zakaz osiedlania się m.in Polaków w Grosse Pointe (bogate przedmieścia).

Oj film dobry i nie ma się co rozwlekać, nawet jak Eastwood wciąż mnie wkurwia i nadal nie nie wiem za co. A propos polskich akcentów:

Trochę szkło pęka w niektórych momentach, co mnie nieco drażni, ale kieliszki i tak niepotrzebne, więc nvm.

R.I.P Charles Bronson


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

Doszło do tego, że pajacem nazywa mnie typ, który na serio rozważał rytuał "Kambo", a własne wybory „środowiskowo – dietetyczne” tłumaczy mechaniką kwantową, której jak sam zaznacza nawet nie rozumie. Oczywiście zaczepia mnie na blogu, na którym jego autor stara się mnie cenzurować poprzez wyproszenie mnie z niego wiedząc, że to wiąże mi trochę ręce. F-scam jak tylko mnie widzi, to otwiera mu się pasożyt w kieszeni, a ja nie chce, aby niepotrzebnie się stresował i staram się uszanować tą jego ubraną w wyszukane słowa prośbę. Quo vadis Strategy? :coolface:

Od dłuższego czasu mam spory problem z robieniem czegokolwiek. Na tym etapie kuleją już nawet treningi, które są ostatnim bastionem, a który jeżeli uda się przełamać, to sprawi to, iż położę się do trumny i sobie pośpię dopóki nie zrobi się ciepło. Mam godzinę, aby się zmotywować choć do lekkiej aktywności. Poważnie od około dwóch miesięcy zastanawiam się nad wystartowaniem ze swoim blogiem (po raz drugi, bo jeden już wisi w sieci, ale jak ta Tesla w kosmosie dryfuje bez steru i kapitana ponieważ ewakuowałem się z pokładu pierwszy, zanim jeszcze nastąpiło wodowanie) jednak mam zero siły, chęci i motywacji, aby go obecnie stworzyć, a co dopiero prowadzić.

Robić się nic nie chce, ale tragedii nie ma i spokojnie sobie z tym poradzę, więc wydźwięk wszystkich moich ostatnich postów należy podzielić prze dwa, bo kwestią czasu jest jak coś się ruszy.

O! Gdzie te różowe hantelki :coolface:


Odpowiedz
Cytat
Stellified
Dołączył: 23.02.2013

Mnie boli, że to wygląda jak krucjata z mojej strony, ale po prostu jestem w szoku do jakiego stopnia można być głupio-mądrym. Takie ple ple ple dla siedmiolatków i wyznawców Lewoskrętnego Potwora Spaghetti.


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

W ramach projektu biznesowego, który obecnie realizuje, a który zmieni życie – jak mniemam – wielu ludziom o nazwie „Nie mam zamiaru ruszać się z łóżka do końca zimy– handluj z tym korporacjo” włączyłem sobie serial (ostatnie stadium patologii nic nierobienia jeżeli chodzi o moją osobę) po tym jak obił się kilka razy o ucho – igielne w tym wypadku – gdyż do tego typu „rozrywki” mam dość niekonwencjonalny stosunek i na ogół nie kieruje się opiniami innych. Zanim poszedł pierwszy odcinek byłem przekonany, że „Banshee” traktuje o jakiejś nastolatce z PMS po pigule, która będzie odrąbywać głowy wampirom, czy innym tam mniejszością cierpiącym katusze z powodu społecznego ostracyzmu i braku tolerancji dla odmienności.

Jestem gdzieś w połowie drugiego sezonu i serial mnie zainteresował <o kurwa!>, ale powody dla których uważam go za całkiem znośny chyba trochę różnią się na tle tych najczęściej wymienianych przy tego typu produkcjach. Otóż jestem w stanie utożsamiać się z głównym bohaterem, gdyż też przeszedłem kiedyś epizod psychotyczny – jakim jest zakochanie – dlatego z takim zainteresowaniem śledzę jego losy, bo mam nadzieje, że scenariusz jednak zostawi mu – po tym jak już jedno jajco obciął – nieco godności i facet się zrehabilituje i powoławszy się na kartę równouprawnienia połamie ręce wybrance, potem przeciągnie końmi po amiszowym polu brukwi, po czym przywróci do życia przy pomocy „Necronomiconu”, następnie obleje benzyną i każe jeść konserwę tyrolską mieczem samurajskim, aż nie pęknie luba z przejedzenia i na koniec dzięki kamieniowi nieskończoności – oko Agamotto – cofnie czas i powtórzy sekwencję kilkukrotnie, a w tle tych wydarzeń przygrywać będzie trio smyczkowe na stradivariusach, gdzie wtóruje mu K.A.S.T.A z Tequilą.

Jeżeli finał będzie pokrywał się z moimi oczekiwaniami, to oczywiście łatwe 10/10. Jeżeli się okaże jednak – a wszystko na to wskazuje – że ten debil się poświęci (obstawiam, że do końca sezonu będzie próbował ze trzy razy romantycznie wyzionąć ducha), to klnę się na moje buty na obcasie, iż resztę czasu jaki mi pozostał na tym padole spędzę na budowaniu farmy trolli przy pomocy której sprawię, aby na każdym serwisie filmowym ta produkcją nie przekroczyła 0.34/10. Gwoli wyjaśnienia z byłymi partnerkami łączą mnie przyjacielskie stosunki. A ty co gej, że masz poprawne relacje z byłą? Oczywiście geje spoko z utęsknieniem wszak czekam na "Wiosnę".

Proszę hamuj ten donos na komendę poprawności politycznej #czarny humor (już jedno ostrzeżenie dostałem na forum i zrobię wszystko… aby dostać drugie :coolface: ). Relacje międzyludzkie, to skomplikowana sprawa, a granica między miłością i nienawiścią jest cienka jak Najman i trzeba zachować daleko posuniętą ostrożność, aby za szybko nie odklepać na tym polu. Swoją drogą to ciekawe, bo podobno nie wszyscy są zdolni dostrzegać ten specyficzny typ humoru, gdyż niby rozumienie go wymaga skomplikowanego procesu przetwarzania informacji (Oink!). Jeżeli tak jest faktycznie, to dla Was komplement skoro czytacie bloga, u mnie żaden intelekt, bo jako zawodowemu burakowi przychodzi mi dość łatwo bycie krypto- wszystko <półtroll>.

Wracając jednak do meritum, to osobiście uważam, że z byłymi partnerkami (poza tą, która zabrała srebra rodowe) się dogaduje, bo mówimy sobie „cześć”. Patrząc po znajomych i ich doświadczeniach, relacja na „cześć” jest naprawdę poprawna, bo nikt nie próbuje tłumaczyć swoich racji, jak tylko na siebie wpadnie szpikulcem do lodu. Swoją drogą to „cześć” i tak w ostateczności, bo unikam spotkań z ludźmi, z którymi już nic mnie nie łączy i sytuacji, w której musiałbym udawać, iż jest inaczej. Zresztą coś wam opowiem na potwierdzenie tego, iż kiepski ze mnie mizogin.

Pewnego lata w mieście odgrywane było wydarzenie artystyczne w plenerze, a więc sporo młodzieży co chwilę przewijało się przez park (do której wówczas ja również się zaliczałem – tak te czasy pamiętają ludzie, którzy rzucali jajkami w dinozaury). Dosiadła się do naszej ekipy przyprowadzona przez znajomą jakaś grupa przypominająca nieco „Gotham Sirens”, a nawet zachowująca się podobnie. Coś tam jednak nie zagrało i po jakimś czasie najebana laska miała potrzebę się na kimś wyładować na zasadzie losowania, a pech chciał, że ja wygrywam wszystko i przy obracaniu głowy nasze spojrzenia spotkały się na jakieś nanosekundy, więc upodobała sobie ofiarę w mojej skromnej osobie.

Pierdoliła zaczepnie, ale takie sytuację ignoruje z marszu, co oczywiście bardziej ją rozsierdziło (bo przecież jak gada do mnie głupoty, to należałoby ją z tego powodu przeprosić) i nagle uznała, że dobrym pomysłem będzie jak zrobi sobie ze mnie swoją dziwkę, a zdominować mnie chciała i przekonać do swoich racji poprzez próbę rozbicia mi butelki na głowie, co jej średnio wychodziło, bo bardziej ogarnięte koleżanki starały się mimo wszystko te zamiary pacyfikować.

Jako, iż kieruje się na ogół dobrą wolą, to będąc w niezłym humorze i już nieźle wstawiony – nauczony, iż przecież dziewczynę, to tylko kwiatkiem dotknąć można – stwierdziłem, że rozwiąże tej jej problem, bo po co ma się denerwować niepotrzebnie? No wziąłem i ukręciłem łeb jak kurczakowi robiąc z niego niedzielny rosół… Tak naprawdę (bo gdybym nie zaznaczył tego pewnie wszyscy by uwierzyli :tongue:) wyrwałem jej butelkę z łapy, spojrzałem przenikliwie w oczy – mając nadzieje, że z powodu upojenia alkoholowego nie zauważy zeza i nie parsknie mi śmiechem w twarz , bo zachowanie powagi byłoby dla mnie kłopotliwe – i sam rozbiłem ją sobie na głowie mówiąc do niej coś w stylu: „masz i wypierdalaj, za drugim razem nie będę tak wyrozumiały”. Coś tam przez chwilę marudziła jeszcze pod nosem, ale się o dziwo uspokoiła, co nie jest tak oczywiste, bo doświadczenie podpowiada, że pijane, wredne i wkurwione dziewczyny jak maja do kogoś „ale”, to za punkt honoru na ogół przyjmują sobie rozjebanie całej planety.

A rozbijanie butelek pod wpływem opanowałem do perfekcji i mógłbym występować w Vegas z własnym show, więc to nie wynika jedynie z krążącego w krwi alkoholu i specyficznego poczucia humoru, które mądrzejsi nazywają czasami zjebaniem. Łeb pusty, więc w zależności do tego w jakie miejsce się uderzy słychać echo o różnej skali. Moim popisowym numerem jest theame: „Piraci z Karaibów”. Oczywiście, że to możliwe, nie widziałeś jak grają chociażby na wiadrach czy rurach PCV?

Do tej pory jesteśmy dobrymi znajomymi (no co mam powiedzieć? wiecie, iż mam słabość do ładnych dziewczyn), choć Panie – jeżeli to czytacie – apeluje o trochę więcej rozwagi, bo kilkukrotnie słyszałem – a nawet na plenerowych imprezach bywałem świadkiem – jak dupa prosiła się o to, aby ktoś jej pomalował oczy, a potem pretensję do świata, że nierówno i nie na ten kolor. Widziałem naprawdę kurewsko chore akcje, ale jakoś nigdy nie potrafiłem się przyzwyczaić do sytuacji, w której wariuje pijana laska, bo z miejsca poziom zażenowania rozpierdala mój miernik złego smaku, bo dobrego oczywiście nie mam za grosz.

Chociaż będąc nieco bardziej szczerym kiedyś potrząsnąłem za barki na jednym z festynów nieboszczkę (w sensie wprawiłem jej ciało – dość delikatnie – w ruch posuwisto zwrotny, aby strzepnąć z jej kory przedczołowej pomysł na jaki wpadła), bo też pijana wdała się w pyskówkę z elementami Karate Kyokushin z bandą obdartusów w liczbie, do której policzyć nie potrafię, a ja wtedy miałem ze 22 centymetry w… biceps… w udzie. No i nie zgadniecie co? Oczywiście, że rycerze na białych szczotkach ze składziku przy TOI TOI przyjebali się, że kobiety nie szanuje, bo ją odciągnąłem szarpnięciem, choć widziałem sytuacje, w których bardziej zdarza się ludziom potrząsać skrzynką nitrogliceryny. Pech chciał (pytanie tylko czyj?), że tak szybko jak boss wszystkich bossów zbliżył się do mnie, aby powiedzieć mi zapewne prosto w oczy jaki piękny kolor i głębia, tak szybko dostał bułę na ryj od mojej byłej, na co odruchowo rzucił komplement: „ty kurwo jebana”, czy tam inne zaloty ze słownika NLP, no i możecie wyobrazić sobie mój grymas na twarzy i ten ból dupy, bo chociaż naprawdę stronię od agresji i bardzo, ale to bardzo nie chciałem angażować się w tą uprzejmą wymianę poglądów musiałem mu zajebać, bo przecież nie pozwolę, aby ktoś poderwał mi kobietę na stand up humor, bo jeszcze ulegnie i będzie smuteczek. Co innego jakby jej strzelił, bo wtedy ze względu na wadę wzroku mógłbym udać, że nie widziałem, ale słuch jednak mam dobry. Zresztą i tak bym mu pewnie wypłacił należne, bez względu na to, jak by się sytuacja potoczyła, bo jego dres zachowanie sprowadzające się do wyciąganie dzieciakom z kieszeni drobnych na watę cukrową irytowało mnie już wcześniej.

Wiem co sobie teraz myślicie, ale nic bardziej mylnego, gdyż nie jest to typowa historia w sieci, w której „i rozjebałem wszystkich, a potem zgwałciłem ich kobiety, burmistrza miasta i komendanta policji, po czym zaciągnąłem się do legi cudzoziemskiej, aby szkolić rekrutów i teraz jestem światowej sławy ekspertem do spraw terroryzmu i na mój widok Słońce zachodzi takie mam poważanie”.

Licząc na to, że jak padnie szef, to reszta nie będzie miała ochoty za bardzo się angażować nie oszacowałem poprawnie siły ciosu, na co „Dresolandinio” poczuł się w obowiązku, co by się wykazać przed publicznością i postanowił sprawdzić z kolegami swoje piłkarskie umiejętności i pokopać wolne moją głową, ale że to jarmark miejski, to tylko mój nos zdążył zmienić miejsce zamieszkania (no i miałem problem ze stłuczonymi na kwaśno żebrami). W zasięgu wzroku szlajali się znajomi i nieboszczka doszła do słusznego wniosku, że dobrze jak wyjdzie z tej sytuacji z twarzą (chuj tam, że włos jej z głowy nie spadł i sama zaczęła chryje) i jednak jej obrona honoru stoi pod znakiem zapytania, bo banda łysego na jednego (nie wiem sześciu może ich było?) i chyba zauważyła, że ciężko było mi z pozycji embrionalnej argumentować w tej debacie oksfordzkiej, więc podbiegła do znajomych oznajmiając – weźcie mu pomóżcie, bo ta pizda znowu sobie nie radzi w prostych sytuacjach życiowych, a ja dopiero co zrobiłam paznokcie (choć miałem wrażenie, że się nie spieszyła za bardzo i po drodze wpadła po popcorn, gdyż z koszulki naliczyłem paręnaście odbitych laków Adidasa).

Szybko jednak otrzepała mnie z kurzu, usiedliśmy sobie w bezpiecznej odległości od strefy zgniotu i w okularach 3D oglądaliśmy jak wszystko fruwa jak u Tarantino. Łącznie ze stołami i maszynami do robienia kukurydzy, bo jak to czasami bywa w ogniu sporo się spala i napierdalać się zaczął każdy z każdym. Widziałem kątem oka, że nawet seniorów kusiło... W przeciwieństwie do mojego nosa jeden z uczestników zabawy na dłużej zmienił meldunek, bo go na noszach wywieźli wtedy i chyba przez kilka dni udawał, że umiera pod kroplówką, bo jakiś dzban zdaje się uznał, że go nie stać na fryzjera (dresscode robi jednak czasami różnice ) i po kosztach pałką teleskopową próbował ostrzyc. Festyn, który kończy się wyrokami za pobicie ¬– powinno mnie to dziwić?

Chociażby z tego powodu bardzo niechętnie się na takie wybieram, bo zawsze ktoś leje się po mordzie, bo obniżyli ceny tanich win i się nie spodziewał, przez co dostał pierdolca, a jednym z moich wrodzonych talentów jest przyciągnie wszelkich maści frustratów, którzy chcą komuś pomóc na zasadzie: „o patrz ten nosi tą samą twarz i ma identyczne buty co wczoraj – a to brudas jebany, dawaj go nauczymy higieny” i właściwie trzeba było mnie przekupić, abym ruszył tam cztery litery, choć o jednym z powodów, dla których nie za dobrze czuje się w towarzystwie większych skupisk ludności można będzie przeczytać (być może) w przyszłości.

Tymczasem.


Odpowiedz
Cytat
HandOnFire
Dołączył: 01.01.2009

Planet z eljotem - mistrzostwo !


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

Początkowo sekcja miała traktować i popularyzować jedynie treści związane z szeroko pojętą nauką z ograniczeniem subiektywnych opinii do minimum, bo i trochę takie moje przekonanie było, iż na TED zapraszani są jedynie ludzie, którzy są ekspertami w dziedzinach, w których głos zabierają i jest to poparte rzetelną nauką. Potem jednak zobaczyłem (zwracając większą uwagę na przekaz) kilka wystąpień i okazało się, że część osób tam występujących, to łapserdaki zwołani spod budki z piwem, którzy za szklankę „Patykiem pisane” paplą co im tam ślina na język przyniesie, więc idealnie się wpasowuje :coolface:. Robię mały rebranding i pod tym szyldem pozwolę sobie również umieszczać nieco „luźniejsze” treści, które mogą czasami mieć formę strumienia świadomości, a więc należy zachować czujność, bo moje przemyślenia mogą nie mieć 100% potwierdzenia w faktach (chociaż do czujności zachęcam zawsze, bo oczywiście często się mylę). Postaram się opisywać rzeczywistość rzetelnie, jednak będzie to sekcja, w której nie będę treści, których nie jestem pewny w 100% weryfikował przez cały dzień – jak to często miało miejsce do tej pory – zanim się nimi podzielę, bo chce jedynie zwrócić uwagę chociażby na pewne – według mnie ciekawe – zjawiska.

Znakuje sobie dupę żelazem, aby była jasność, że nie wszystko może w tym bloku być obiektywnym sądem, choć subiektywne opinie będę się starał wyraźnie zaznaczać. Oczywiście zachęcam do dyskusji ludzi, którzy będą się ze mną nie zgadzać, bo pole do tego będzie spore. Prosiłbym jedynie, aby to niezgadzanie nie sprowadzało się do „bo tak i chuj” <wink>.

https://www.apa.org/monitor/2019/01/ce-corner.aspx

No i rzucili koło, bo jak teraz ktoś śmie nazwać mnie użalającą się nad sobą pizdą, to będę mógł powiedzieć: "Oj odczep się ty brutalu niedobry. Smuteczek mnie ogarnia, że jesteś psychicznie poturbowany. Do lekarza sobie idź, bo to ty jesteś chory bo… bo jesteś mężczyzną". W skrócie Amerykańskie Stowarzyszenie Psychologów stwierdziło sobie, iż męskość to nienormalność (a jak wiemy nienormalność się leczy :rolleyes: ). Należy zwrócić uwagę, że te chujki mają poważanie i nie jest to redakcja gazetki szkolnej w Ruchocicach, tylko dla wielu, a już na pewno dla lewicowo – liberalnych często wyrocznia. Ciekawym jest stwierdzenie w tym raporcie, iż unikanie warzyw, to ryzykowne męskie zachowanie, które jest zestawione z piciem alkoholu chociażby. No ja teraz jestem prawie wege, a Wy dlaczego wystawiacie swoje życie na tak wielkie ryzyko? Co jest z wami nie tak, że boicie się warzyw huh?

Jakieś tam stanowisko, jakaś tam organizacja, napisali bzdurę - jebać lewaków, kto by się przejmował nie? Otóż przejmować i zwracać uwagę na coś takiego należy, bo nawet jak ten raport / oświadczenia, czy chuj wie czym to jest spadnie, to pojawi się za jakiś czas w nieco zmienionej wersji, lub innym wydaniu i tak do skutku (a skutek przy bierności ludzi na takie treści osiągną). Jak banda zideologizowanych pajaców ośmieliła się publicznie opublikować takie bzdury, to nikt tam przez przypadek "wyślij" nie nacisnął.

Ta notka powstała zaraz po oświadczeniu APA i sobie o niej zapomniałem zamiast od razu opublikować. Przypomniało mi się wczoraj, gdy trafiłem na reklamę Gillette, która została wypuszczona w podobnym czasie, co ich stanowisko:

Przypadek, czy zaczęto do tego ideologicznego bełkotu przyzwyczajać społeczeństwo na szerszą skalę? Czyżby powoli odpalał się mechanizm tresury zwany w psychologii habituacją? W podobny sposób od lat 60 „oswajano” ludzi ze zjawiskiem homoseksualizmu i obecnie nie chodzi o tolerancję, ale o aprobatę wszystkiego jak leci bez mrugnięcia okiem (i wielu nie mruga) i nie ważne, że kogoś mogą wkurwiać faceci z powtykanymi piórami w dupę, którzy przewalają się przez miasto, bo przecież wystarczy „nienawistnie milczeć”, aby przykleili ci łatkę homofoba i faszysty.

Zresztą APA maczała w tym paluchy i nie tylko w tym. Transseksualiści mierzą się obecnie z kobietami w sporcie – mając oczywistą przewagę - bo zmienili klasyfikację w ICD - 10. Od tego roku zdaje się wprowadzono przepisy w CrossFit Games chociażby, które pozwalają „kolesiom” uczestniczyć w kobiecych bojach, choć nie mają możliwości zbić testosteronu do poziomu charakterystycznego dla kobiet (z tego co się orientuje), bez względu na to ile prochów w siebie właduje. Oczywiście, że w takiej sytuacji to szwindel, ale jak się komuś nie podoba, to już nic nie można z tym zrobić, bo wrzucili w regulację prawne i sobie brwi jedynie groźnie marszczyć pozostało. Wynik obojętności i machania ręką na zasadzie – przecież to nie przejdzie. Pozwalanie dzieciakom na zmianę płci wychodzi poza skalę spierdolenia, więc komentarz sobie daruje.

...........................................................................................................................................................................................................

Wiecie co mnie ostatnio rozbawiło? Kopacz, która rzuca kamieniami w dinozaury. A co jest jeszcze bardziej zabawne od tego? Wszyscy, którzy jej cisną ostentacyjnie przywołując informację o tym, że dinozaury, to ponad 66 mln lat temu wyginęły. Kopacz puknij się w głowę, jak możesz tego nie wiedzieć? Haha skisłem, co za baba xD.

No fajnie tylko, że obecnie na Ziemi żyje jakieś 10 tyś gatunków dinozaurów, bo za takowe uznaje się ptaki. Można byłoby powiedzieć coś w stylu: „no dobra, ale to pewnie ustalono niedawno”, tak jak Korwin nie wie, że Układ Słoneczny składa się z ośmiu planet, bo Pluton kogoś wkurwił ostatnimi czasy i zrobiono z niego "karła" (swoją drogą polecam p. Janusza czasami posłuchać, bo niezły z niego komediant – Oink!). Trochę nie bardzo, gdyż na to, iż ptaki to w prostej linii dinozaury zwracał uwagę już w XIX wieku Thomas Henry Huxley zwany pieszczotliwie buldogiem Darwina. Gdyby temat kogoś zainteresował - książka.

Dobra chowam kamienie do kieszeni, bo ja do niedawna - za sprawą kina i filmów takich jak „Jurassic Park” - myślałem, że wiem jak wygląda Velociraptor. No cóż…

Na koniec zagadka.

Pytanie: Co powstanie jak połączy się m.in. kaolinit, siarczek i gips, a następnie podda obróbce termicznej w piecu i odmieni w liczbie mnogiej przez biernik?

Spoiler

Agentka ubezpieczeniowa i „dziennikarz”.

Daruje sobie link do audycji, bo słabo, ale myślę, że nie trudno za sprawą Google zorientować się nie tylko o kim, ale i o której dokładnie audycji mowa. Może umówmy się, że jak ktoś wskażę, to będzie mógł sobie wybrać tematykę następnego wpisu :f_cool:


Odpowiedz
Cytat
boskibogdan
Dołączył: 21.06.2015

podaję hasło:

Spoiler

dzban, waza, amfora ew. pustak

Spoiler

dziękuję dobranoc :pokerface:

Spoiler

poproszę jakąś ciekawą opowieść z Twoich czasów słusznie minionych ewentualnie nie, bo głupio się przyznać, ale przez chwilę szukałem co głupiego powiedziała gdzieś pani Małgorzata Cegiełkowska xD


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

Heh nie wiedziałem, że pani agentka ubezpieczeniowa wystąpiła jako dziennikarka, bo obecnie bardzo rzadko śledzę to, co się dzieje na tej platformie Niemniej trop słuszny, z tym, iż chodziło o audycję sprzed niemal trzech tygodni. Ten post powyżej był prawie skończony właśnie niemal trzy tygodnie temu, ale problem z odkładaniem wszystkiego na później się pogłębił i mam spore zaległości jeżeli chodzi o publikację na blogu (samego brudnopisu ze 20 stron A4 :ayfkm: ).

I tak miałem wykopać "Pamiętnik pochlapany winem" kiedyś tam, ale zakładam, iż chodzi o jakąś historię o mniejszym ciężarze gatunkowym, niż ostatni wpis z tej sekcji. Do zrobienia, tylko nie wiem, czy to będzie ciekawe, ale na pewno nietypowe jak na mnie, bo o pieniądzach, a jak wiadomo ja jestem obrażony na pieniądze (sam się zastanawiam jak ta historia zostanie odebrana). W zasadzie wpis miał się pojawić już w 2014, a chyba nawet jeszcze wcześniej, więc opowieść z totalnie degeńskich czasów ;) Nie wiem kiedy, ale pojawi się skoro już się umówiliśmy pod szyldem "Pamiętnika...". Choć obecnie wyczerpała mi się bateria na anegdoty z życia po dwóch z rzędu, to postaram się wywiązać wcześniej, aniżeli przed upływem trzech lat ;) :coolface: Ewentualnie się bezwstydnie przypomnij jakbym z tym dłuższy czas leciał w chuja.

Skoro już jesteś. Znasz kogoś, albo może sam grałeś którąś z tych piłek 1 2, albo ktokolwiek coś może o nich powiedzieć, lub polecić w podobnej cenie jakiś outdoor? Moja TF-250 umarła, a powoli zaczynam myśleć o nowym sezonie.

Od dłuższego czasu zrobiłem wczoraj i przedwczoraj trening od początku do końca. To nie jest w pełni zależne ode mnie, ale powoli muszę zacząć wygrzebywać się z łóżka, bo aż głupio. Mam obecnie problemy z robieniem treningów siłowych, bo tej formy aktywności po prostu nie lubię, a nastrój nie pomaga. Za to wkręciłem się w trening brzucha/core na piłce gimnastycznej, która kupiłem ze dwa lata temu pewnie, a obecnie wykorzystuję i do takiego treningu jest nieco więcej motywacji. Kupiłem sobie też prawilny Ab wheel, bo ten z PRL jednak się nie sprawdzał, więc korpus obecnie dostaje dobrze w pizdę.

BTW: Przez to, że całkiem sporo piszę, ale nie publikuje tak mi się namieszało we łbie (dotyczy to również zaległych postów nawet sprzed 2014, że nie wiem obecnie do końca, co już opowiedziałem na blogu, a co leży na dysku/zalega we łbie. Gdybym się z czymś powtarzał (jest spora szansa na to), to można mnie śmiało zrugać.


Odpowiedz
Cytat
boskibogdan
Dołączył: 21.06.2015

niestety ale czasy mojej gry są tak odległe że nic konkretnego nie powiem, poza tym że pamiętam, że kiedy ktoś zawitał na tartan z takim fajnym spaldingiem to było od razu czuć różnicę na plus w przyczepności i ciężarze (zwykle graliśmy jakimiś tanimi nike). Kurła kiedy to było :| .....


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

Jak pogoda będzie przypominać dzisiejszą, to "SAD" będzie wspomnieniem jakiś miesiąc wcześniej niż zazwyczaj. Jednak tempo zmian klimatycznych na Ziemi ma swój pozytywny wydźwięk, nawet jak to egoizm :coolface:: Dobra koniec pierdolenia. Bylem dzisiaj 1.5 godziny na boisku, więc oficjalnie wystartował sezon. Złamałem bratu kostkę po 5 minutach gry i przeciwnik na kilka tygodni mi się wysypał, a chłopaki, z którymi grywam w rozjazdach na studiach i do letniej sesji pewnie nie będzie z kim za bardzo porzucać, ale to nie przeszkadza za bardzo (ekstrawertyk tylko jak wypity). Chyba o tym wspominałem, ale w listopadzie ubiegłego roku spaliłem ostatni most łączący mnie z przeszłością, po czym zmagałem się z problemami zdrowotnymi i jeszcze chwilę się z tym pomęczę. Jednym słowem moja obecna sytuacja w każdym aspekcie życia jest... interesująca :coolface:

Na dniach jak nastrój pozwoli pojawi się dłuższy post (nowa-stara sekcja). Z fartem


Odpowiedz
Cytat
NegPL
Dołączył: 06.02.2007

chudy jak tam wyniki w tym miesiącu? bo u mnie kiepsko, a jakiś cieć z avatarum diamenta napisał że daje $100 na challange miedzy mną a Tobą kto wygra więcej w lutym a potem jak totalna pizda usunął posta


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

Nie zagrałem ani jednego rozdania bodajże od września.


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

Loading... zdjąłem tekst, bo muszę nanieść poprawki.


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

Zacząłem pisać 14 lutego, więc chronologicznie początek może się nieco rozjeżdżać. Skończyłbym dnia pierwszego, ale jak nie trafiłem na jakieś fajne badania, to na książkę… Nie jestem zadowolony do końca z formy i jest dość chaotycznie, ale wrzucę, bo mam dość i tak mnie ten temat zgwałcił, że nie potrafię dodać 2+2 na kalkulatorze. Zresztą jak próbuje coś poprawić, to wpada do głowy kolejny wątek i jak nie opublikuje teraz, to zrobi się z tego książka. Dla tych, którzy mieli okazję „przedpremierowo” przeczytać dorzuciłem mały bonus i rozwinąłem pewne kwestię.

Przemierzam obecnie świat – czyli odcinek z sypialni, poprzez salon do kuchni i z powrotem – w takich samych, czarnych podkoszulkach z Biedronki – sztuk kilka (Steve Jobs w wersji dla ubogich). Wczoraj zorientowałem się, iż ostatnia wylądowała w praniu, więc zmuszony niejako do zrealizowania jednego z celów dziennych i nabicia wyznaczonej w aplikacji liczby kroków w ilości dwustu przeszedłem kilka nadprogramowych metrów do garderoby, gdzie leżą koszulki z rękawem, a raczej z rękawkiem, gdyż prawo mieszkaniowe w Polsce utrudnia wymeldowanie uciążliwego lokatora jakim jest Tineola. Pierwsza – z Marksem i Engelsem – nie podeszła, złapałem zatem za drugą. Przypadek?

Ta koszulka już kiedyś w tym miejscu wystąpiła, ale nie o niej ta „filozoficzna” rozprawa. Ze względu na porę roku ostatnimi czasy myślę za dużo, więc mimowolnie zawiesiłem wzrok na nadruku, na który większej uwagi wcześniej nie zwracałem. Albo to zbieg okoliczności, albo koleś od wymyślania haseł na koszulkę jest po prostu świetny. Jak się chwilę zastanowić, to dostrzeże się coś więcej niż żart. Wszak odurzenie wynikające z przyjęcia substancji psychoaktywnych jest cholernie łudząco podobne do stanu, który towarzyszy zakochaniu. Cóż za wdzięczny temat na wpis w lutowy wieczór, gdy obok zakneblowany, spętany i przypięty do kaloryfera kajdankami łka św. Walenty nieprawdaż? (wrażliwców uspokajam, zrobiłem mu herbatę!).

O tym, czy dana osoba jest warta naszego zainteresowania – pomijając sytuacje one night stand – decyduje z reguły wiele czynników: społecznych, psychologicznych i kulturowych, choć o utarte zasady przedstawiające jakiś schemat, który pozwoli się nam zorientować w sytuacji ex tempere jest trudno. Jednak, aby szare komórki w mózgu zaczęły świecić – co widać podczas badania pozytonową tomografią emisyjną służącą do obrazowania mózgu, a taka sytuacja ma miejsce, gdy partnerem zaczynamy się interesować – musi zajść najpierw cały szereg procesów biochemicznych w naszej głowie.

Ale czym w ogóle jest miłość? (bo o niej mowa). Jak ją uchwycić na papierze? Ano prosto: […]Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca, albo cymbał […] Nie, wybaczcie, ale słowa nawróconego żydowskiego faryzeusza nie oddają głębi i powagi sytuacji. Posłużę się słowami uznanych, nieskazitelnych autorytetów i wielkich mędrców tego świata. Najwybitniejszy z polskich myślicieli – jak łza dziewicy czysty – mawiał:

Miłość, to takie coś, czego nie ma.
To takie coś, co sprawia, że nie ma litości.
To tak, jakby budować dom i palić wszystko wokół […].

Spoiler

No i w tym miejscu można skończyć, ponieważ z autorytetem się nie dyskutuje, jednak skontaktowałem się z p. Bogusławem i choć jestem tylko robakiem, którego jak zaznaczył plwając przy słuchawce mógłby zdeptać, pozwolił w drodze wyjątku kilka słów napisać, po czym zamiast: „do usłyszenia” wyartykułował: „spierdalaj i nie dzwoń, bo cię znajdę” rzucając słuchawką. Każdy kocha inaczej, więc nie ma w tym powtarzalnego wzoru czyż nie? otóż nieprawda, miłość ma wzór – wzór chemiczny…

Koncentrując się na "fotografii" poniżej, za której sprawą niczym w „Efekcie motyla” przeniesiemy się wszyscy do czasów, w których to podjęto się próby wyjaśnienia zjawiska, a które ubiło Wertera, jak również sen z powiek Mickiewicza spędzało...

Miłość jest emocją i chyba każdy intuicyjnie to czuje i z takim postawieniem sprawy trudno dyskutować nawet komuś, kto urodził się dopiero wczoraj, gdyż emocje są w stanie rozpoznawać już niemowlęta. Darwin – tak ten z głupio wyglądającą brodą – zauważył w swoim dziele „O wyrazie uczuć u człowieka i zwierząt”, iż ekspresja emocji jest niezwykle istotna i decyduje niejako o przetrwaniu „genre”. Wiecie, że ludzie na całym świecie używają podobnych ekspresji twarzy, a niektóre z nich wykorzystywane są również przez zwierzęta? Obnażający kły wilk zły na Czerwonego Kapturka wykorzystuje te same mięśnie mimiczne pyska, co rugający pracownika szef, kiedy czuje się rozzłoszczony, gdy ten omyłkowo śmiał mu „latte” na zwykłym, a nie sojowym mleku zaserwować. Ta sama prosta fizjologia emocji została zachowana w toku ewolucji i jest stosowana od milionów lat przez różne gatunki. Pod względem wyrażania emocji zatem nie różnimy się znacząco od zwierząt, choć i tutaj w mojej opinii bijemy kosmos na łeb na szyję, gdyż człowiek jako najlepiej rozwinięty gatunek pastwiąc się na innym człowiekiem potrafi odczuwać z tego tytułu niezdrową satysfakcję, do której przeżywania zwierzęta zdolne raczej nie są, a więc tym samym nawet „skurwysyństwo” rodzaj ludzki potrafił wynieść na poziom niedostępny innym organizmom (no dobra, może poza Skrullami <1/16 troll>).

Jeszcze nie tak dawno uważano, iż za emocje odpowiedzialne jest serce, a i dzisiaj pewnie osoby myślące w sposób podobny się znajdą. Wszystko zmieniło się jednak w latach dwudziestych XX wieku, kiedy to stary kawalarz Wilder Penfield postanowił na pacjencie wykonać przezabawny „prank”. Przeprowadzając z nim rozmowę – jednak nie na kozetce jak mogłoby się wydawać, lecz na stole operacyjnym – po uprzedniej trepanacji i jedynie przy znieczuleniu miejscowym (ponieważ utrzymanie pacjenta na jawie było kluczowe dla powodzenia operacji na otwartym mózgu) drażnił korę badanego elektrodami, przez które przepływał prąd elektryczny. No padaczka śmiechu, wszak i pacjent epileptyk. Sam zabieg nazwany później "Procedurą Montrealską" miał na celu zlokalizowanie tych obszarów mózgu, które odpowiadają za napady padaczkowe, a następnie wyrzucenie ich na śmietnik.

Tego, czy wszystko poszło tamtego dnia zgodnie z planem się nie dowiemy, bo danych osobowych człowieka nigdy nie ujawniono, wiadomo za to, iż Penfield stymulując elektrodami korę limbiczną nad ciałem migdałowatym był w stanie wywołać u niego cały wachlarz emocji od śmiechu, przez płacz i nienawiść po reakcję… która sugerowała przynależność etniczną jegomościa, gdyż badany łaskotany prądem po kopule w którymś tam momencie postawił sobie tipi.

Opis niepokojący, lecz sam mózg receptorów bólu nie posiada, więc zazwyczaj pacjent nie odczuwał większego dyskomfortu, a i głowę mógł porządnie sobie przewietrzyć. Talk show Penfielda – w trakcie trwania którego jeden z zainteresowanych rażony prądem na zadane pytanie: „co czujesz” odpowiedział: „zapach spalonego tosta” ponieważ nasz żartowniś poza całym spektrum emocji był w stanie u badanego wywołać również halucynacje i omamy węchowe, a nawet zmianę temperatury ciała i ciśnienia krwi – przyczynił się do przełomowego mapowania powierzchni kory, a sam Penfield na długo po tym mianowany został tytułem "The greatest living Canadian".

Miano dobry powód wówczas, aby twierdzić, iż emocje rodzą się w mózgu, co spełniało kryteria Darwina i chociaż to może być dla niektórych smutne, okazało się, iż człowiek nie „kocha” sercem (Szekspir zapewne na tę wiadomość w grobie się przewraca ze swoimi sonetami).

Choć wiadomym było, iż za emocje w jakimś stopniu odpowiada mózg, to niespecjalnie kwapiono się do tego, aby zlokalizować, która dokładnie część mózgu jest za nie odpowiedzialna i ułożenia tej rozsypanej układanki z puzzli przedstawiających ludzki mózg mało kto chciał się podjąć, aż do lat 60’s. Impulsem do zastanowienia się nad mózgiem na szerszą skale stał się rosnący problem narkomani (jednak zawdzięczamy coś hipisom poza Woodstockiem). W końcu ktoś chciał pomóc innym, co przywraca nieco wiarę w ludzkość - można by pomyśleć. Tylko, że nie, gdyż pobudki, dla których płomienie wrócono do badań nad mózgiem do szczególnie szczytnych nie należały. Motorem napędowym nie było bowiem dobro ludzi, a jak to zwykle bywa – Gallardo i dobra Whisky, a więc pieniążki, pieniążki i jeszcze raz pieniążki.

Duzi gracze, jakimi były firmy farmakologiczne zauważyły, iż małe ekologiczne rodzinne biznesy, którymi były mafie narkotykowe radzą sobie coraz lepiej zarabiają krocie na ludziach, którzy ochoczo sięgali po zmieniające stan świadomości specyfiki, więc i oni chcieli wykroić sobie kawałek z tego tortu dla siebie. Zaczęli produkować zatem własne narkot… leki, jakimi były wówczas wszelkiej maści benzodiazepiny jak Valium, Librium, czy też związki, przez które Michael Jackson już nic nie czuje i winę za to nie ponosi jego nos #propofol. Różniły się od powszechnie dostępnych narkotyków głównie tym, iż były tańsze, można było je dostać na receptę i nikt nie szedł za nie do więzienia. Pozytywnym efektem działania firm związanych z psychofarmakologią – bez względu na intencję – było to, iż zlokalizowano wówczas m.in. ośrodek odpowiedzialny w dużym stopniu – jak się podejrzewa – za emocje w mózgu, a którym to okazał się układ limbiczny – ewolucyjnie najstarsza jego cześć. Potwierdzało to spostrzeżenia kolesia z głupią brodą. Ludzkość, aby przetrwać i nie być przeżuta i wypluta przez dzikie zwierzęta bać się musiała ustawowo, zatem emocje są czymś pierwotnym, co towarzyszy nam w zasadzie od początku Duh!

Jasnym stało się, iż ludzie przyjmujący związki takie jak: anielski pył, Helenę, szmatę, crack, oddech diabła, Charlie czy też Molly (kolega mi mówił jakby co :pokerface: ) w prosty sposób są w stanie zmieniać własny stan emocjonalny. Jako, iż narkotyki, to po części substancję opiatowe przypuszczano, iż w mózgu musi znajdować się jakiś receptor, który na nie reaguje, jednak nikt nie był tego w stanie empirycznie dowieść.

Ta sztuka udała się dopiero pewnej młodej studentce w 1972 roku, zjawiskowej Candace Pert, jednak niech was wyobraźnia nie ponosi zbytnio, gdyż żadna z niej hipiska z odkurzaczem zamiast nosa, po prostu sobie wzięła i spadła z konia. Nie ma co żartować, gdyż taka przejażdżka zakończona upadkiem okazała się być kryptonitem dla samego „Supermana”, po której go sparaliżowało, więc sprawa dość poważna. Wynikiem tego zdarzenia był dłuższy pobyt w szpitalu, a żeby ulżyć Pani Pert w cierpieniach podawano jej morfinę… dużooo morfiny. Jako, iż była świeżo upieczoną mężatką, to stan błogości będący wynikiem podania opioidu porównywała wówczas do miłości i tęsknoty do swojego męża, który czekał na nią w domu (no była młoda i głupia, bo naprawdę pewnie mąż szlajał się radośnie po wszystkich barach nocnych <troll>). Zauważyła ogromne podobieństwo pomiędzy uniesieniami miłosnymi, których doznaje w towarzystwie męża, a tymi po wstrzyknięciu do jej organizmu morfin, a więc jak tylko wyszła ze szpitala podjęła się próby zlokalizowania receptorów opioidowych, co jej się oczywiście ku pokrzepieniu serc firm farmaceutycznych udało, gdyż te w końcu miały jasność co z czym i po co te badania właściwie sponsorują.

Tak więc to, co odkryła Pert, to molekuła na powierzchni komórki, w której mieścił się „narkotyk”, którą można porównać do dziurki od klucza, a która to akceptuje jedynie kształt określonego klucza. Tą komórkową dziurkę od klucza nazwano właśnie receptorem.

Szybko zorientowano się, iż receptory, w które wyposażone są niemal wszystkie komórki ludzkiego organizmu nie znajdują się tam po to, aby Walter White mógł gonić swój towar i bezczelnie nie pukać, a Escobar był w stanie spłacić sobie dług publiczny Kolumbii w momencie, w którym zapomni mu się zachować taktownie i wysadzi parę budynków w przerwie na lunch. Jedynym wyjaśnieniem zatem było to, iż ludzki mózg produkuje jakiś endogenny opiat, który nie jest wynikiem sztucznej syntezy i którego nie da się wciągnąć przez nos, a który powstaje na skutek określonych okoliczności zachodzących w ludzkim organizmie.

Po trzech latach – nudnych jak Maciej Orłoś – prac udało się dwójce naukowców zlokalizować pierwszy „narkotyk” jaki wytwarza ludzki mózg, a mianowicie Tyr-Gly-Gly-Phe-Met, a który został po małym rebrandingu nazwany ostatecznie endorfiną.

W następstwie przełomu, jakim było potwierdzenie istnienie endorfin szybko zlokalizowano dwa kolejne, bardzo istotne związki hormonalne, a mianowicie oksytocynę i wazopresynę. Oksytocyna powoduje chociażby skurcze macicy podczas orgazmu, więc radujmy się, iż ją mamy, bo bez niej kobiety pewnie ciągle bolałaby głowa, a i ludzie rodzili by się przez cesarskie cięcie jedynie. Towarzyszy jej wazopresyna, która jest uznana za hormon monogamii, choć dość przewrotnie, gdyż mało który żyjący gatunek na Ziemi jest monogamiczny. To, iż za absolutnie wierne sobie uznaje się łabędzie i pingwiny, to opowieści z mchu i paproci. Średnio na dziesięć jaj łabędzich znajdowanych w gniazdach, cztery to „jaja kukułcze” Chudy, ty nigdy nie zejdziesz na atak serca, bo go kurwa nie masz… Przepraszam Panie Łabędziu, ale prawda Pana wyzwoli O!

Wróć, monogamiczna okazuje się pewna bakteria żyjąca w karpiach, ale tylko dlatego, że jak się „zakochuje”, to łączy się z partnerem – dosłownie, więc trudno im potem wziąć rozwód, gdyż sprawy nawet Harvey Specter podjąć się nie chce. Te dwa wspomniane hormony są nierozerwalnie związane z odczuwaniem miłości i spełniają ważna funkcje w organizmie.

Candace Pert po odkryciu na powierzchni neuronów receptorów opioidowych zaczęła pracować w Narodowym Instytucie Zdrowia. A trzeba przyznać, iż pracę miała dość interesującą. Ot chociażby przeprowadzała ankiety z byłymi skazanymi za posiadanie narkotyków, którzy dzielili się z nią swoimi odczuciami po pierwszym strzale, jaki sobie aplikowali zaraz po wyjściu na wolność. W 94 % wypełnianych ankiet porównywali oni moment po iniekcji heroiny do orgazmu. Dla Pert taka informacja była jak kropla krwi dla porucznika Colombo, więc zaczęła drążyć temat zastanawiając się przy tym, czy być może podczas seksu i orgazmu w ludzkim mózgu nie jest produkowany neuropeptyd (NP), który swą strukturą przypomina heroinę. Ludzie zakochani faktycznie są na narkotykowym rauszu? Postanowiła tę śmiałą analogię sprawdzić doświadczalnie.

A ponieważ była jeszcze większą komediantką niż Penfield, to jej badania polegały na tym, iż dopuszczała do zbliżenia dwa chomiki, podczas kopulacji strącała samca z samicy, rozłupywała mu czaszkę, a następnie z mózgu robiła „szejk proteinowy”, po czym następnie sprawdzała w tejże miksturze poziom endorfin i tym sposobem określiła, iż od początku trwania seksu do orgazmu uaktywnia się do 200% razy więcej receptorów opiatowych.

Ale to były Bogu ducha winne chomiki, a że Pert była ambitna – na początku kariery, gdy ceniony profesor odmówił jej autorstwa jednej z prac i partycypowania w podziale łupów przywłaszczając sobie jej zasługi, postanowiła obciąć mu publicznie jajca stawiając na nogi wszystkie amerykańskie media, przez co zamiast Nagrody Nobla, którą mu wieszczono dostał sromotny wpierdol i szybko świat o nim zapomniał – to chciała sprawdzić jak sytuacja wygląda u ludzi :transpire:.

Jako, iż nie żyła w Chinach, ani Niemczech za czasów II Światowej, a i Allegro DeepWebu wówczas nie funkcjonowało i świeżych ludzkich mózgów zaraz po osiągnięciu orgazmu na rynku panował deficyt, to wpadła na inny, dość oryginalny pomysł na wespół ze swoją współpracownicą Nancy Ostrowski (niech żyje Polska!) – która to swoją drogą była tak nieszczęśliwie zakochana, iż chciała zostać zakonnicą, jednak Pert przekonała ją do tego, że już więcej sensu ma jednak ściąganie tych chomików z siebie jak opowiadał na jednej ze swoich prelekcji dr Janusz Wiśniewski :roto2:.

Pert podczas seksu ze swoim mężem żuła specjalnie przygotowaną na jej prośbę gumę, która chłonęła ślinę w większym stopniu aniżeli klasyczna, a następnie podczas różnych faz trwania stosunku wypluwała ją do specjalnego pojemnika, a następnie badała w nich stężenie NP (trudno określić, czy to poświęcenie dla nauki, czy prawdziwą motywacją było to, iż po prostu z konia „spadać” lubiła – ah, jakiej głębi i subtelny żart żem wysmażył, mogę umierać w spokoju). No, ale dowód anegdotyczny jest największym rakiem Internetu, obok powoływania się na wątpliwy autorytet i Pani Pert to wiedziała jeszcze przed powstaniem globalnej sieci, więc namówiła pracowników z instytutu, aby robili dokładnie to samo co ona, a następnie dostarczali jej materiał do analizy kładąc tym samym podwaliny pod biznes porno, bo głuptasy nie zrozumieli i zaczęli przynosić jej wraz z gumą sex tape :coolface:.

Badania na chomikach potwierdziły się na ludziach, choć nikt nie chciał w purytańskiej wówczas Ameryce ich opublikować (dzisiaj pewnie by je jeszcze "dopieścili"). Krótko po tym ktoś doszedł do wniosku, iż stan ludzi zakochanych odpowiada stanowi „I'm High As Fuck”, gdyż odkryto w organizmie receptory „Cannabis” i rzeczywiście u osób, które deklarują, iż są zakochane jest nawet 1.5 tyś % razy więcej aktywnych receptorów „Cannabis”, aniżeli u osób smutnych z ryja. Co zaskakujące, naukowcy odkryli te same – lub bardzo podobne – substancje u innych zwierząt, w roślinach, a nawet w organizmach jednokomórkowych. Neurochemikalia, które zmieniają nastrój w ludzkim mózgu, znaleziono chociażby na skórze żab.

A jak to się dzieje, iż o neuropeptydach w ogóle mówić można? Wszystko zaczyna się od pojawienia się – głównie w mózgu – cząsteczki fetyloetyloaminy (PEA), która jest śladową aminą, a jak każdy wie, śladowa amina, to nic innego jak amfetamina xD . A więc miłość rozgorzewa w momencie, w którym mózg zaczyna produkować sobie „szuwax”. Nie wyryte na ławce serce przebite strzałą, a biała ścieżka, ot cała prawda – chudyand1 2019<troll>

Stwierdzono, iż u osób, które deklarują w ankietach, iż są zakochani PEA jest 14 tyś razy więcej w stosunku do grupy kontrolnej, która skazana była na „cofanie” do zdjęć modelek. PEA to dość ciekawa molekuła. Badania prowadzone u osób wykonujących ćwiczenia fizyczne sugerują, że wydzielająca się podczas wysiłku PEA może wywoływać zjawisko euforii biegacza, objawiające się poprawą nastroju oraz zwiększeniem wytrzymałości i odporności organizmu na ból. Również osoby zakochane, którym sprawiano ból fizyczny w momencie, w którym pokazywano im zdjęcie partnera lepiej go znosiły (z tego co pamiętam chyba ich przypalali – tak na serio).

Wspomniana, tak duża koncentracja PEA powoduje, iż zaczyna dziać się magia (ogon macha psem, NFS: Most Wanted da się przejść pieszo). Z miejsca uruchamiają się procesy odpowiedzialne za syntetyzowanie dopaminy, a więc neurotransmitera pobudzającego ośrodek nagrody, który podobnie aktywowany jest u osób, które walą wódę czy tam palą papierosy chociażby. Temu wszystkiemu towarzyszy uaktywnianie się receptorów takich związków jak stara poczciwa kokaina. Kokainiści i ludzie zakochani mają dokładnie taką samą koncentracje aktywnych receptorów opioidowych w mózgu, ale również do tego worka przegrywów można wrzucić tych, co przesadzają z cukrem.

Ale wróćmy na chwilę do neurotransmiterów. Podobno anegdota głosi, iż eksperyment, który wykazał istnienie mediatorów Otto Loewiemu się przyśnił… i to dwukrotnie, gdyż za pierwszym razem nie mógł odczytać co nagryzmolił w nocy na kartce po przebudzeniu. Wykrzykiwał cały dzień, iż to wina Tuska, czując, że to najgorszy dzień jego życia próbując sobie przypomnieć szczegóły tego co mu się śniło i gdy pod wieczór zrezygnowany miał już wziąć i rozjebać jak pilot Tupolewa wszystko, ze zmęczenia zasnął, po czym okazało się, iż Morfeusz jest dla niego łaskawy i śni na powrót to samo co nocy poprzedniej.

Z pewnego, męskiego punktu widzenia – jak twierdzi dr Janusz Wiśniewski – można powiedzieć, iż zakochanie zaczyna się nie od zgody partnerki czyli „YES”, ale od „NO” (tlenku azotu), gdyż bez niego nie byłoby możliwe podniecenie i erekcja. Do tego dochodzi chociażby kortyzol i adrenalina – za sprawą tej drugiej zakochani jedzą motyle, które trafiają do brzucha, stąd pewnie to powiedzenie, gdyż wyrzut adrenaliny może spowolnić pracę jelit oraz wyhamować pracę żołądka. Wszystko to sprawia, iż mózg ludzi zakochanych nie działa w zasadzie normalnie, bo jest na niezłym haju – całonocne rozmowy, brak zmęczenia, niemożność koncentracji, serenady na patelni zamiast gitary...

Obrazowanie mózgu pokazuje jak w soczewce, iż u osób „cierpiących na miłość” tylko obszar limbiczny jest aktywny. Ośrodki odpowiedzialne za tożsamość i racjonalne myślenie są niejako wyłączone. Nawet ośrodki za widzenie działają niepoprawnie, gdyż zniekształcają obraz osoby kochanej dla której jesteśmy praktycznie bezkrytyczni, więc powiedzenie „miłość jest ślepa” zdaje się nie być jedynie mądrością ludową i znajduję potwierdzenie w faktach.

Niestety (chyba?) ten stan mija, a co za tym idzie zainteresowanie partnerem maleje z czasem, co często prowadzi do nieporozumień w związkach. Miłość ma zatem termin ważności i jeżeli nie zauważysz upływu tego terminu w porę, spożycie może przyprawiać o zatrucie. Średnio ten narkotykowy ciąg trwa od 18 do 48 miesięcy i minąć musi, gdyż jest zbyt kosztowny energetycznie dla organizmu i gdyby trwał bez końca, doszło by w końcu do jego wycieńczenia, ponieważ metabolizm komórek by nie wyrobił (m.in. zwiększone zapotrzebowanie na tlen).

Mowa o okresie największej koncentracji tych wszystkich hormonów (a więc niejako o pierwszą fazę zakochania w psychologii nazywanej namiętnością). Po 1,5–4 latach wpływ „narkotyków” na organizm słabnie. Oznacza to koniec namiętności, koniec robienia z siebie pajaca, gdy próbuje się wejść na drzewo po jabłko dla ukochanej i z wielkim hukiem ląduje na mordzie ze złamaną ręką i często koniec wielkiej miłości (co dla 13 letniej Julii, byłoby zapewne wybawieniem gdyby się wcześniej nie zabiła- Romeo ty chory zboczony pojebie!). Ci, którzy się od miłości PEA uzależnili szukają sobie nowego dilera – dlatego często po 2–3 latach część par rozchodzi się jak nogi pijanego - każda w swoją stronę.

Jednak większość par po etapie zakochania potrafi zbudować trwały związek (z rozsądku bo kredyt i dziecko <troll>). Pomagają w tym endorfiny, które pojawiają się na miejscu PEA działające podobnie do morfin. Wywołują uczucie szczęścia, spokoju i bezpieczeństwa - wystarczy, iż partner nie wyjeżdża ciągle w delegację. Jeśli po fazie miłości PEA nie wzrośnie poziom endorfin, bliska osoba może stać się dla nas jak płaziniec – uciążliwa. Jest też wspomniana wcześniej oksytocyna, dzięki której potrzebujemy czułości, bliskości i ciepła (oj seksu no). Oksytocyna po fazie PEA wzmacnia również instynkt macierzyński. Jej poziom maleje, gdy zbyt często jeden partner gra na konsoli, a drugi robi paznokcie u koleżanki i gdy drzemy koty jak Pawlak z Kargulem. Ta obserwacja jest zgodna z badaniami antropologów jak chociażby Helen Fisher przeprowadzonych w 56 kulturach, gdzie dowodzi ona, iż związki średnio kończą się właśnie po czterech latach.

Można byłoby się cofnąć o jeszcze jeden krok i zapytać, jak to się dzieje, iż molekuła PEA pojawia się w mózgu? No: „po zapachu ich poznacie”. Przeprowadzane w ostatnich latach badania naukowe donoszą, że na samym początku poznania dzięki zapachowi trochę nieświadomie dobieramy partnera, który zapewni nam zdrowe potomstwo. Dzieje się tak, gdyż nasze zmysły wykrywają pewną grupę białek określaną jako główny kompleks zgodności tkankowej (MHC) i dobierają partnera tak, by jak najbardziej się od nas różnił biologicznie [źródło] (w końcu zrozumiałem skąd się ta miłość między człowiekiem, a rybą w „Kształcie wody” wzięła. Choć tam Amisze (jaki chujowy ostatni sezon to koniec) mają wysmarkane i praktykują chów wsobny, z którego rodzą się dzieci z wadami genetycznymi (no jasne, ta ryba musiała być Amiszem!). Ile to się można dowiedzieć czytając naukę :badteeth:

Od jakiegoś czasu prowadzone są pracę nad substancjami, które mają wywoływać pożądanie do określonej osoby. Jak się powiodą, to nikt z nas nie jest bezpieczny, gdyż kobiety o rubensowskich sylwetkach będą miały powody do radości, gdyż otrzymają swojego rodzaju eliksir miłości. Chociaż dla nich, to nie jest chyba duży problem. Aby wyrównać poziom PEA w mózgu, jaki towarzyszy stanom zakochania można jeść czekoladę. Potrzeba jej zaledwie zeżreć jakieś trzy tony. Wiem i mogę to pisać, bo kiedyś też byłem gruby, a i czekoladę lubię.

Sprowadzanie tak pięknego uczucia jakim jest miłość do peptydu? Żodyn by mi tego nie wybaczył, więc może pójdźmy o krok dalej i spróbujmy zastanowić się nad jeszcze bardziej – według mnie – kontrowersyjnym aspektem miłości, jakim jest psychologia miłości.

Właściwie tylko jeden hormon podczas zakochania nie wystrzeliwuje jak „Wilk z Wall Street” przy Margot Robbie. Badania psycholog/neurolog Stephanie Ortigue wskazują, że stężenie serotoniny we krwi osób zakochanych jest znacznie niższe od przyjętej normy. Podobne zjawisko można zaobserwować u ludzi zmagających się z nerwicę natręctw, dlatego zachowania zakochanych według psycholoszki można czasami porównać z zachowaniem osób z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi.

Pięknoduchy, oraz ci w białych kitlach wykłócają się, kto wie o miłości więcej. Ja tam poetą nie jestem, ale tą cześć skończę utworem* poety:

Jako, iż to „nowa” sekcja, która ma popularyzować naukę dobrze byłoby wiedzieć jak zostanie odebrana skoro już zainwestowałem w nią parę stów (koszt alternatywny nie?), a treści w tym bloku tworzona są głównie z myślą o czytelnikach. Ponieważ łatwiej namówić was na wspólne wymachiwanie penisami pod nosem Anny Grodzkiej, aniżeli na feedback, a i zadowolić wszystkich się nie da, to kieruje się prostą zasadą. Daną sekcję kontynuuje od pewnego progu zainteresowania, bo doba ma tylko 20 godzin i muszę być wybredny. Ma to swoje minusy, ale trudno i darmo. Jeżeli to, co się nabazgrało uważasz za interesujące i chciałbyś w przyszłości czymś podobnym napromieniować sobie oczy, to proszę daj mi o tym znać.

* gdyby ktoś przeoczył - girlfriend w tym utworze= broń palna <wink>

Tymczasem myszki :heart::heart::heart:

Spoiler
Bibliografia loading...

Candace B.Pert "Molecules Of Emotion: The Science Behind Mind-Body Medicine", 1997
Paul Ekman,Richard J.Davidson "Natura emocji", 2002, GWP
Bogusław Żernicki "Mechanizmy działania mózgu" 1980, WPAN
Angelika Gumkowska "Miłośc to chemia" Newsweek Nauka,1.01.2016
York, George K. III, MD "Dream inspires a nobel-winning experiment on neruotransmission"
J.L. Wiśniewski "Czy miłość to tylko neuropeptyd?"
Stephen S. Hall "A molecular code links emotions, mind and health"
Candace B.Pert "The Wisdom of the Receptors: Neuropeptides, the Emotions, and the Bodymind"
Candace B. Pert "Neuropeptides and their Receptors: A Pyschosomatic Network"
Bogdan Szukalski, "Receptory opioidowe i ich endogenne ligandy"
Piotr Gronek "Endogenne związki opioidowe"
Joe Sommerlad "Wilder Penfield: Who was he and how did he use burnt toast to map the human brain?"
Dostępność wszystkich linków: [21.02.2019]


Odpowiedz
Cytat
HandOnFire
Dołączył: 01.01.2009
Spoiler

ja tu tylko dla muzyki


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

Dzięki, dobrze wiedzieć, że chociaż wrzucanie muzyki wychodzi.

Czekam na piłkę do kosza i się rozpadało :transpire:

Z fartem.


Odpowiedz
Cytat
Tangau
Dołączył: 29.12.2015

Dla jasności, żeby nie było w przyszłości nieporozumień i niezręcznych sytuacji: jak mamy dać Ci znać, skoro obie strony już dawno przyjęły niepisaną zasadę, iż strona czytająca nie zamieszcza postów pod Twoimi wpisami...? :coolface: Wystarczy w przyszłości pełna sympatii łapka w górę, czy może oczekujesz czegoś więcej jako właściwego wyrazu uznania dla włożonej przez Ciebie pracy?

Dobra robota, Chudy, przyjemnie się czytało. _ugly: _thumbsup:


Odpowiedz
Cytat
Stellified
Dołączył: 23.02.2013

Tl;dr
No już kurwa bez przesady.


Odpowiedz
Cytat
emomaniac
Dołączył: 11.08.2006

Słabo, ...nie chuj, słabo po prostu słabo, jakby to były blonersy ze blokowiska to dałbym ze 2 plusy


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

Koledzy z obozu tl;dr zrozumcie, że rozwiązłość w słowie to kompleks, z którym niewiele da się zrobić. Po prostu zbyt często słyszałem: "chudy, znowu za krótko..." Miejcie litość <jakaś emotikona>

Napisane przez Stellified
Tl;dr
No już kurwa bez przesady.

Żaden problem mate. Streszczę:

#neuromediator #acetoholina #niskipoziom #możliwyproblem #wartosprawdzić #:coolface:

Napisane przez emomaniac
Słabo, ...nie chuj, słabo po prostu słabo, jakby to były blonersy ze blokowiska to dałbym ze 2 plusy

Co, kto? :D Nie znam tej „subkultury” :coolface:. Najdalej jak sięgam pamięcią to:

Depesze strzelający z zatrutych strzał do skinów z prętami :D. U mnie niepokojeni przez nikogo po centrum heroiniści się błąkali jak zombie. Mijałem ich melinę ilekroć szedłem po gumę turbo, albo do salonu gier na stację PKP. Kurła, kiedyś to było…

@Tangau

Dziękuje. Odpowiedziałbym od razu, ale czuje się zmęczony, bo za dużo poświęciłem czasu i energii na poprzedni wpis (bibliografia była ciężkostrawna). Napiszę (może) coś szerzej za jakiś czas ;) W skrócie: feedback pisany głównie jak się z czymś nie zgadzasz. Dobre słowo (które sobie cenię i zawsze fajnie przeczytać, że coś, co się robi, do czegoś tam się komuś przydaje) myślę średnio raz na rok wystarczy. Zdaje się, że Ty wykorzystałeś limit na dekadę - jeszcze raz dzięki. Natomiast "like" traktuje czysto informacyjnie i motywuje mnie do robienia lepszych (no przynajmniej w zamiarze i teorii, bo bez feedbacku słownego nie jestem w stanie tego określić) i częstszych wpisów. Jak posty są pozytywnie odebrane przez większość, to częściej chce mi się coś napisać, niż nie. Z mojej perspektywy jak ktoś w taki sposób zaznacza, że jest ok, to na plus i sytuacja win-win. Feedback słowy (rzeczowa krytyka) jest potrzebny, abym po prostu pisał lepsze posty (a tego niestety nie ma w ogóle), ale do tego wrócę może za jakiś czas.

Pozdrawiam.


Odpowiedz
Cytat