Przejdź do forum
Powiadomienia
Wyczyść wszystko
3,264 Posty
99 Użytkownicy
1578 Reakcje
86.7 K Wyświetlenia
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

Napiszę sobie coś bez silenia się na figury retoryczne, "dośmiesznianie", wykroki i szpagaty...

Niby w zeszły piątek w rozpisce trening siłowy, ale chyba nie znalazłbym w sobie tyle motywacji. Około 15.30 pogadałem z jedną osobą, która poprawiła mi humor i stwierdziłem sobie spontanicznie - ignorując wszelkie sygnały płynące ze środowiska - że wyjdę sprawdzić piłkę na boisko. Skoro trening stoi pod wielkim znakiem zapytania, to dałem sobie szansę na jakąkolwiek aktywność i dmuchnąłem trochę na zimne - dosłownie. Cholera, łzy napływające do oczu, gile z nosa, para z mordy i zdrętwiałe łapy, a do tego o tej godzinie Słońce zaszło za bloki i ponuro się zrobiło. Niby za małolata w zimę grywało się w piłkę na śniegu - kiedy to jeszcze zimy jajca miały, ale definitywnie to nie był dobry pomysł. No ale już jestem –pomyślałem – to poklepie z 15 minut dla rozgrzewki z grymasem na twarzy, bo kozłowanie zmarzniętą ręką sprawiało ból, sprawdzę piłkę i ewentualnie może, jak rozgrzany wrócę do domu, to złapie równie spontanicznie – co wyszedłem na boisko – za sztangę i coś wycisnę poza syfem z twarzy. Treningu siłowego tego dnia nie zrobiłem, bo siedziałem na boisku ponad 1.5 godziny. Wkładając łapy pod koszulkę, aby rozgrzać je nieco temperaturą własnego ciała, bo rzucać się swobodnie nie dało. Typowe dla mnie. Chociaż miewam 100 naprawdę dobrych powodów, aby wyjść z łóżka i coś zrobić z życiem kiedy wypada, to trudno mnie namówić. Chociaż nie mam ani jednego dobrego, aby zostać na boisku... ta jednostka chorobowa jakoś musi się nazywać <yaoming>. Opóźniona bolesność mięśniowa miejsc, o których istnieniu zapomniałem - jak grzbietowe zgięcie stopy :ayfkm:

Ale za to dzisiaj udało się pierwszy przełącznik zmiany nastoju nadusić i na boisku byłem dwie godziny, po czym przylazłem do domu i zrobiłem godzinny trening siłowy. Coś tam jednak od jesieni trochę sylwetkę poprawiłem – ostatni miesiąc bardzo słaby jeżeli chodzi o aktywność – i chociaż nie lubię dźwigać, to trochę szkoda mi rezygnować z siłowego na rzecz kosza, bo będą spadki jak w zeszłym roku. Z drugiej strony wrzucanie 3xFBW, gdzie jak już pogoda faktycznie dopiszę robię nawet 2-3 godziny kosza ( i więcej się zdarza) 5-6 razy w tygodniu to dla mnie za dużo – jestem po prostu za stary (chociaż jak mi odwali, kto wie czy się nie pomęczę). Jakoś bym to połączył, ale zawsze kosztem kosza, więc trudno powiedzieć jak to będzie wyglądać. Chyba jeszcze za wcześnie, aby zakopać kiepskie samopoczucie w dole z wapnem, ale uśpiłem chloroformem i jak tyko się ocknie przez kilka najbliższych dni postaram się trochę przypalać je papierosami i wyrwać kilka paznokci. Potem to już sadistic pełną gębą i jakiegoś Mozarta puszczę, albo każde teatr telewizji polskiej oglądać.

To był/jest dobry dzień. Jest jakiś film warty uwagi, który wystąpił na gali, czy znowu Oscarami obdarowali historię miłości szafy wnękowej do opony rowerowej? Widziałem w jakimś nagłówku mimo woli, że Rami Malek został wyróżniony :rolleyes:.

Tymczasem.


Odpowiedz
Cytat
NegPL
Dołączył: 06.02.2007

yo chudy, jak rok temu prowadzilem bloga i go skasowalem to jesli dobrze pamietam napisales ze masz zarchiwizowane moje posty, gdybys przypadkiem mial ten pierwszy pod tytulem 'naucz sie oddychac' byloby super, maszs moze?


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

Nie mam. Archiwizacją treści w sieci zajmują się roboty Google.


Odpowiedz
Cytat
NegPL
Dołączył: 06.02.2007

szkoda, pisalem z tym maila do pokertexas, jack daniels odpisal ze lipa i nie zaplaci to spotsowalem za darmo na pokerstrat, chyba przepadl a to niezly art byl


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

Niektórzy byli introwertykami zanim to jeszcze było modne. Jak myślicie, jaka jest najgorsza sytuacja, w której taka osoba może się znależć? Pytanie u fryzjera: Jak tniemy? po czym słuchasz całymi dniami od znajomych: What's up, fucking… Sinead O'Connor looking motherfucker, gdyż z braku chęci angażowania się w rozmowę i tego, że nigdy nie wiesz jak chcesz obcięty zostać, aby pasowało to do twojego „ja”, a z którym nie we wszystkie dni tygodnia potrafisz się dogadać odpowiadasz: na łyso, mając nadzieje, że tak szyta – na tą okoliczność – kamizelka z kevlaru uchroni cię przed pociskami „small talk”, co okazuje się najczęściej wrażeniem złudnym, gdyż te małe „psiesyny” są rodzajem amunicji wolframowej. Jesteś zatem łysy i gadki o pogodzie nie unikniesz, chociaż przed wejściem do salonu powiesiłeś parasolkę na wieszaku. Nie wiem jak wygląda to u innych „Emo mruków”, ja nie mam problemu z „gadką szmatką” o ile prowadzona jest w określonym, niebanalnym kontekście. O pogodzie słuchać nie muszę, nie chce, a poza tym sądzę, iż Unia Europejska powinna zostać zniszczona (JKM).

Introwertyzmu nie należy mylić z nieśmiałością, choć bywa , iż obie cechy przytulone sypiają ze sobą nader często. Wszak sam przed „sweet 16th” stwierdziłem, że z kimś pośpię… to sobie psa kupiłem. Wyhamuj proszę ze współczuciem na kolejne wyznanie przegrywa – żartowałem. Na psa nie było mnie stać wtedy, to był szczur :D.

Kiedyś, jak jeszcze do lekarza chodziłem – okres borealny Plejstocenu – czułem się niezręcznie w momencie, w którym ktoś przylezie i poprosi, aby zająć mu miejsce i sobie zniknie, a potem przychodzi inna osoba i perspektywa tłumaczenia jej, że nie może stać za mną, bo miejsce zajmuje projekcja astralna pani, która ma wyjebane na stanie w geriatrycznym ogonku i sobie polazła w międzyczasie zrobić paznokcie do kosmetyczki wydawała mi się niekiedy niekomfortowa. Dlatego pewnie EtOH mnie zauroczył, bo choć starałem się nie korzystać z umiejętności jakie otwiera, to jednak poszerzał możliwości odpowiedzi o "A weź wypierdalaj" :coolface:.

Przed dwudziestym rokiem życia miewałem również problemy z rozmowami telefonicznymi, ale z tego akurat się chyba wyrasta. Albo wystarczy parę razy podzwonić chociażby do „wróżbity Macieja” jak znajomi, po czym przychodzi niepoliczalny rachunek, gdyż okazuje się, że to 0-700 – "ruch mich an", a koszt połączenia w umowie pisany o dziwo sympatycznym atramentem. Matula odprawia egzorcyzmy, a ojciec polewa wiadrem lodowatą wodą ze studni i następuje pełne uzdrowienie z zamiłowania do wykręcania numeru na tarczy – Jezu, jaki technologiczny ciemnogród – z nudów. Potem co prawda trzeba jeszcze dług odpracować na pracach społecznych, ale podobno gra warta świeczki - w końcu to „wróż” i twoja przyszłość, więc warto wiedzieć co cię czeka. Dawniej powszechną zabawą było dzwonienie z budek telefonicznych na losowe numery i robienie sobie beczki. Gimby nie znajo. Czasy się zmieniają. Kiedyś bawiło się w chowanego całą dzielnicą, a potem paliło ognisko wysokie na kilka metrów i piekło ziemnioki w nadziei, iż jakiś matoł próbujący to ognisko przeskoczyć się zapali. Dzisiaj jak się nudzisz, to można sobie z samolotu skoczyć, albo pójść do tunelu areodynamicznego. Nie wartościuje, staram się jedynie być narratorem, choć wiem jak łatwo ulec pokusie starczego pierdolenia.

Takie tam małe fobie z młodzieńczego okresu, które leczą się same, ale wyobraźcie sobie sytuację, w której podchodzicie do swojego kuzyna stojącego na przejściu dla pieszych i walicie mu siarczystą lepę na kark wykrzykując: Co tam szmato słychać? po czym typ się odwraca i okazuje się, że widzicie go pierwszy raz na oczy i te 99% przekonania, że to wasz krewny w jednej chwil opada wam na ryj jak żelazna kurtyna. Światła gasną.

Osobie z przewagą cech introwertycznych – takich jak przekładanie porannego alarmu budzika z dziesięć razy – wytłumaczyć, że to pomyłka (Witaj eee… pogoda dopisuje? #hipokryta), to jak wpuścić Żyda do mennicy i oczekiwać, iż wszystko pozostanie na swoim miejscu. Ja naprawdę nie wiem, czemu takie sytuacje nadzwyczaj często pole grawitacyjne, jakie generuje moja osoba przyciąga, wszak przecież jestem chudy, a więc żaden ze mnie masywny obiekt – z reguły powinienem skupiać wokół siebie pomniejszych popaprańców. Na szczęście – dla kolesia, bo podejrzewam, że gdyby doszło do konfrontacji zabiłbym go płaczem – typ strasznie się zmieszał i w popłochu oddalił na piętach szybciej, aniżeli Robert Korzeniowski.

Prawda, mogę suszyć zęby z pełnym uśmiechem, ale to mnie czekała wieloletnia terapia spowodowana tą traumą. Tak mi zaschło w gardle, że nie zdążyłem go nawet poprosić o zaświadczenie na piśmie i nadal „podśmiechujki”, za to, iż wierze w duchy, gdyż to niemożliwe, aby po planecie stąpała osoba bardziej „ugodowa” ode mnie w swej uszczypliwości życie utrudniają .Choć z ugodowością bywało różnie za młodu, bo nos kilkukrotnie jak wolny elektron nie zmieniał orbity sam z siebie i trzeba było mu w tym czasami pomóc, ale zwykle w ostateczności i w szermierce z co najmniej równymi sobie, bo sąd kapturowy nad kimś o głowę niższym – o ile nie chciał za wszelką cenę udowodniać całemu światu, iż ze względu na zasięg ramion mnie nie dosięgnie – po prostu średnio bawił i wolałem się dogadać, nawet kosztem wizerunku, co nie zawsze było dla "wychowującego" się na ulicy dobre (bo prowokowało, iż w kolejce aby przypierdolić ustawiały się zakonnice, dziewczynki i ochroniarze - emeryci z Biedry). Obecnie przez tę sytuację z „kuzynem” – a raczej jej pokłosie – nie mówię cześć nawet najbliższym znajomym, dopóki nie okażą dowodu osobistego. Minęło z kilkanaście lat <troll>.

W minionym roku ze dwa miesiące wybierałem się po tablicę magnetyczną. To był ten czas na blogu, jak oszalałem myśląc, że samorozwój, to jest coś dobrego dla mnie i że czytelnicy będę mieli z tego jakiś pożytek, bo przecież to takie trendy, cool i wypada wpisać się w nurt. Wiecie co wypada? Odbyt Edwardowi Nortonowi w „American History X” po „aferze majtkowej”. Musicie wybaczyć, że pobrudziłem sobie ręce próbą doskonalenia samego siebie. Byłem pod wpływem dużego stresu i sporych dawek mefedronu i nie wiem, co ja sobie wtedy myślałem – czuje się taki brudny (o)(o). Obiecuje, że jak będę chciał na przyszłość umieć w „samorozwój”, to zrobię sobie operację powiększania biustu czy czegoś tam.

Chciałem na tejże tablicy zapisywać dzienne cele, bo zdaje się, że to jedna z niewielu metod, która w jakiś sposób pomaga mi zabrać się za cokolwiek – choć jedynie przez kilka dni i na pół gwizdka – ale po taką musiałbym się wybrać do hurtowni, którą znajduję się na drugim końcu… ulicy, na której mieszkam. Przechodziłem koło niej ilekroć wylezę z domu, ale dodatkowe 30 metrów, to czasami zbyt wiele – wie każdy, kogo w centrum miasta sranie przyciśnie.

W końcu się zebrałem w sobie i poszedłem, ale okazało się, że hurtownię zlikwidowali. Podirytowany i prawdziwie zmotywowany – no choć raz w zeszłym roku – uzbrojony w koktajl Mołotowa, który wyświetlał się na grafice w telefonie – trafiłem pod nowy adres hurtowni, aby wyartykułować wyrazy mego niezadowolenia – wkurwienie 999 lvl – z zaistniałej sytuacji, ale i tak nie kupiłem tablicy, gdyż jak zwykle zacząłem rozmyślać i ostatecznie doszedłem do wniosku, że muszę obciąć paznokcie, a i jeszcze, że i tak czeka mnie remont pokoju, więc wtedy pierdolnę pół ściany farbą magnetyczną, na której można pisać kredą i wówczas będę mógł malować sobie do woli pentagramy w kształcie cycków, które mają formę pierników… znaczy się cele, chodzi oczywiście o cele. Brzmi jak cebulowa teoria szczęścia pisana przez Polaka… oh wait. Tak mniej więcej sprawdza się w moim wypadku koncepcja z samorozwoju jaką jest „metoda małych kroków” niby potwierdzona przez wielu empirycznie. Zaletę jednak jakaś jest i na redukcji się sprawdza, bo próbując ją zaimplementować na początku miesiąca, do drzwi pokoju się jeszcze nie doczłapałem. Należałoby przymknąć kawałek oka na to co piszę. To, że u mnie rozwój się zwija wbrew oczekiwaniom w zasadzie nic nie oznacza i niczemu nie dowodzi, poza to co napisałem wyżej #gupichudy.

No dobrze, wbrew pozorom, to moje podejście i prokrastynacja jest wynikiem wielu czynników, na które nieraz wpływu się nie ma, ale przecież nie będę tym zanudzał i przedstawiał siebie jako ofiarę nieszczęśliwych zbiegów okoliczności (no przynajmniej nie za często) bawiąc się we „Fraud” psychoanalityka (#kokaina) – i tak sporo lamentu było od jesieni – bo i tak wszystko na koniec dnia sprowadza się do tego, że jestem po prostu durny, nawet jeżeli zaprzęgnę do prób tłumaczenia mojego postępowania jednostką chorobową, zaburzenie, czy to, że chleb drożeje przez Donalda T, więc najłatwiej jest po prostu od razu zaznaczyć, że ma się żółte papiery, a nie robić z problemów zdrowotnych wymówki. Przynajmniej sam ze sobą jesteś wtedy szczery. Tej, czy mnie się nie należy jakaś renta z powodu ułomności, którą mógłbym sobie sfinansować gierkę? Gdybym tylko był socjalistą…

Sentyment do gier od dawna mam tak wielki, jak do dziwki, która zaraża STD, ale ta jest akurat jak Odette Annable* (coo?)

To te chwilę z dzieciństwa, które nosisz w sobie do końca i przytulasz do nich, jak ci smutno, a kiedy to nie martwiłeś się tym, że trzeba się wykąpać po tym, jak cały umorusany przylazłeś z podwórka (co, że może Ty się chętnie kąpałeś? to zaraz dostaniesz pasy na dupsko za zgrywanie arystokraty odszczepieńcu <troll>), bo pół dnia siedziałeś z kolegami w krzakach, ulepszając szałas i popalając „Crazy”.

Pewnie się powtórzę, ale graliśmy w RE2 z bratem na zmianę po kilka minut bez karty pamięci i w niemiecką wersję językową, więc jak się komuś umarło, to trzeba było się przeprowadzać, bo z chaty nawet wióra się nie ostały. Brat młodszy, więc za którymś razem się wycwanił i znudzony i znużony tym, iż próbuje na nim wszystkie ciosy z „Wejścia smoka” przypierdolił mi żelazkiem na ryj i ze dwa razy kablem poprawił i pamiętam, że nawet przez jakiś czas odechciało mi się po nim skakać.

A musicie widzieć, że wtedy żelazka służyły do prasowania i nie dało się zamawiać przez nie pizzy, przez co były kawałkiem solidnego argumentu w dyskusji. W szkole jak na złość język rosyjski i nauczyciel, który spółgłoski „ł” nie wymawiał i zdarzyło mu się kiedyś prostować jednego z uczniów zdaniem „Co ty mi laskę robisz, że do szkoły chodzisz?” – tę dykteryjkę z całą pewnością powtarzam, ale się wpasowuje, zresztą kto ubogiemu w słowo zabroni? Słówka sprawdzałem w jakiś słowniku papierowym, co i tak było trudne, ponieważ ze słuchu. Gdybym tylko wcześniej zorientował się, że stary na moim „Królu Lwie” nagrał niemieckiego pornosa, to i pewnie znaczenia słów by mi do głowy szybciej weszły.

W ramach protestu wymierzonego w galę muzyki nie będzie. Ponieważ mój faworyt do Oscara nawet nominowany nie został, podzielę się tym obrazem w tym miejscu. Dawno nie widziałem czegoś równie dobrego:

Dobranoc drodzy.

* kto wie o co chodzi z tą analogią? <troll>. Nie pytajcie, napisałem to zdania dwa tygodnie temu i zgubiłem się po całości, a nie chce mi się po fakcie dorabiać... Odette przepraszam Cię, wiem, że czytasz.


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

W tygodniu miałem kilka dość ciężkich treningów, mimo tego całkiem dobrze było, gdyż udało się przełamać stagnację. Wczoraj wyczerpałem baterię i mam poczucie, że słabo, bo kabla do ładowania nie mogę znaleźć. Chciałem wrzucić nowa sekcję, ale ilekroć próbuje coś napisać odcina mnie zupełnie. Myślę, że dobrze zaznaczyć, że może nie być mnie przez chwilę, bo nie czuje za bardzo klawiatury, chociaż kto tam wie, bo niemoc pisania przychodzi i odchodzi jak przypływ. Niemniej mam kilka ważnych spraw do załatwienia i kilka pomniejszych (jak ogarnięcie życia) i jest jakaś tam szansa, że załatwić je będzie mi się chciało, więc ten... wiecie/rozumiecie.

Z fartem myszki :heart:


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

Nie wiem czy w obroży smyczy w jakiej "opaczność" prowadza mnie przez świat jest "szpicel", ale jak tylko napisałem, iż mam zamiar zmienić nieco życie na lepsze - a nawet zacząłem to robić - to z miejsca połamała mi nogi. Takiego poziomu zazdrości, to jeszcze z żadną nie uświadczyłem - fucking, ugly "Misery" :D . Wczoraj dostałem wiadomością dotyczącą życia prywatnego, która ścina z nóg jak pierwszy strzał heroiny. To już naprawdę zaczyna robić się nudne, bo złe nowiny wleką się za mną ponad rok i cyklicznie ciągle, ilekroć wychylę głowę, aby sprawdzić, co w świecie słychać, to coś spuszcza mi wpierdol i skutecznie zniechęca do działania. Niemniej ten kurw, który opaczności na ucho szepcze zapomniał, że potrafię łazić na rękach, a jak się wkurwię to i pełzać mogę, więc zrobiłem sobie dzisiaj - aby odreagować - prawie 3.5 godziny sportu (w tym dwie kosza) w zjebanych warunkach pogodowych.

Kabla do ładowarki nadal znaleźć nie mogę, więc stwierdziłem, że przełączę na chwilę w awaryjny tryb ładowania bezprzewodowego. Na razie ładuje do połowy, bo ciągle coś wypada i w pełni procesu nie sposób ogarnąć, gdyż stacja dokująca mało mobilna, ale jak wszystko pójdzie tak, jak ma pójść (a więc pewnie nie pójdzie :D), to od niedzieli poziom energii, będzie na tyle zadowalający, iż będę miał siłę po raz kolejny odbić się od dna - i zapewne jak to ma zwykle miejsce przyjebać łbem w stalaktyt jaskini, w której mieszkam :coolface: ).

Na szczęście nie potrafię uczyć się na własnych błędach, wiec będę próbował, aż się nie przebije (przy. red. zamiast wyjść drzwiami :rolleyes: ). Wystarczy w stropie zrobić mały wyłom, aby ten promień Słońca, który przebył kosmos zamiast na gówno w trawie, trafił przez tę szczelinę i padł na mnie, a proces uzupełnienia energii chi uznam za zakończony. W skrócie i prostych słowach: dawać mnie dobrą pogodę, bo ten cykl menstruacyjny u mnie trwa już za długo.

Spokojnej nocy.


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

Nowy laptop wziął i się zjebał w piątek. Pudełko w którym mam go wysłać znikło, a zamiennik ma zalaną klawiaturę i połowa klawiszy nie hasa :ayfkm:. Znając serwis pewnie ze trzy tygodnie będzie udawał, że go robi. Chłopaki z obozu tl;dr zacny sabotaż - czapki z głów - tylko ktoś zapomniał wykończyć klawiaturę ekranową :coolface:.

Z fartem myszki :heart:


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

Zrobili laptop w trzy dni i dodatkowo wręczyli kosz owoców i kupon rabatowy, ponieważ wstrzeliłem się w czas, w którym serwis obchodzi tłustą rocznicę, tylko, że chwilę po tym gratisie zerwałem się w środku nocy z niemym krzykiem. Na szczęście koszmar, bo fartem nie śmierdzę i gdyby faktycznie podobna sytuacja do opisanej miała miejsce, musiałbym uznać, iż żyję w symulacji. Po obudzeniu szybko zaczęło smalić, jak po czerwonej pigule #rzeczywistość, więc raczej po staremu… albo symulator życia rozwinął się do tego poziomu, iż błędów programowych nie sposób już dostrzec.

Stratowany ponownie kołem fortuny – usterka nie podlega gwarancji – i nawet Magda wzdryga się przed pocałowaniem pana #gimbynieznajo. Trzeba było wymienić matryce po dwóch miesiącach użytkowania. Tak się zastanawiam, czy nie jestem somnabulikiem, bo właściwie ekran został uszkodzony fizycznie, a ja nie mam pojęcia „co się stało się” i dopiero zauważyłem pęknięcie, jak serwis na czacie mi je wskazał gromkim: ej oszołomie, przecież matryca jest w pół przełamana. To co podlega reklamacji, to leki, które łykasz.

Podczas zwiedzania mieszkania sąsiadki – zdaje się również we śnie – karbownicą do włosów wyprostowała mi zwoje mózgowe (czemu wzięła mnie za włamywacza, a nie sąsiada, który wpadł pożyczyć cukier pozostaje zagadką, bo przecież ja do rany przyłóż, a odkąd zresocjalizowany, to niesłony), bo kilka dni temu polazłem na boisko bez słuchawek, gdyż próbowałem je włączyć przyciskiem odpowiedzialnym za głośność, choć użytkuje sprzęt ponad dwa lata. Uznałem, że odeszły do krainy, gdzie łowi się lepsze życie, jak Emmy Rossum – bez wcześniejszej zapowiedzi i pożegnania. Nawet po naładowaniu minęło trochę czasu, nim się zorientowałem, co za psikusy robi sobie ze mnie neocortex. Czasami takie psoty mogą wzbudzać niepokój większy, aniżeli podglądanie kogoś uprawiającego seks z przeglądarką internetową <troll>, bo na demencje chyba za wcześnie, a o pląsawice Huntingtona wniosku przy wypisie z porodówki nikt nie składał z tego co mi wiadomo. Uśmiech, choć przez łzy, bo dawno nie notowałem takiego otępienia trwającego dłuższą chwilę „Co gryzie Chudego and łan?”

Odebrałem laptop i okazało się, że wstawili matryce z wadą fabryczną i trzeba było pałować się na nowo z gamoniami. Znaczy płacę, więc bez problemu co do wymiany, tylko sam proces mnie irytuje, bo marnuje czas, który mógłbym poświęcić chociażby na zastanawianie się czy pracę Freuda miały wpływ na Junga (dobrze, tak naprawdę nad tym, po co mi małe palce u stóp, skoro ich nie używam, a można by zrobić z nich rosół chociażby).

Jakieś przesilenie wiosenne się zbliża - jak mniemam. Czarownice się do Salem zlatują, wiśnie wpierdalają szpaki, a w imperium lechickim można przez chwilę po eliptycznej Ziemi połazić – normalnie cuda na kiju wokół mnie się dzieją. Wróciłem do chaty w zeszłym tygodniu po kilkugodzinnym meczu i idąc pod prysznic zdążyłem otworzyć jeszcze drzwi, bo ktoś „atandził” uporczywie – czego normalnie nie robię, bo mi się nie chce – i widzę, że naprzeciw stoi i strzyże oczami na mnie brudnopis. Patrzę na łapy i idzie dostrzec, że odliczał dni do wolności żyletką na ręce, bo chyba ściany mu szkoda było. Słyszałem o strategii samookaleczenia w pierdlu w „poprzednim życiu”, ale nigdy mnie to nie obchodziło, bo w zasadzie w polu moich zainteresowań znajdowała się materia w stanie ciekłym, aniżeli opowieści dziwnej treści ludzi, z którymi nic mnie na ogół nie łączy, a lądowałem w takim zestawieniu na zasadzie kumpel mojego kumpla, więc ja, jako kwiatek do kożucha, albo ktoś, do kogo można się ustawowo przyjebać, bo nie odzywam się, jak nie mam nic ciekawego do powiedzenia, co wzbudza podejrzenia eh. No sam pić nie lubię, przez to często znajdowałem się w sytuacji, którą normalnie omijałbym szerokim łukiem - zresztą korzystałem z tego rozwiązania nawet pod wpływem, bo pod koniec obchodziło mnie już tylko spanie i picie - samodestrukcja level kosmos - ale to co wpadło jednym uchem, zazwyczaj wyleciało drugim. Jeden ancymon kiedyś przy „bańce” opowiadał – co można było stwierdzić organoleptycznie, dlatego pamiętam – że „kontrolowanie” poderżnął sobie gardło w ciupie. Nie pamiętam, co chciał tym uzyskać poza trumną, na którą jest niższy VAT, aniżeli na kołyskę. Chyba powód zawsze podobny – w lazarecie dają lepsze żarcie <troll>.

Koleś gamzał grypsem, jakby go co dopiero azą po długoletniej odsiadce podwieźli, ale bulgot straszny i na oko stwierdziłem, że ma ze 4 promile we krwi. Oczywiście „znałem typa”. Byłoby opór niekomfortowo, gdybym go widział pierwszy raz na oczy. Tak jak wtedy, gdy przez blisko 30 sekund nie byłem w stanie ogarnąć, iż obudziłem się we własnym łóżku. A, że wyjątkowo nie usnąłem w opakowaniu i byłem nagi – nie próbuj czytelniku sobie tego wyobrażać i o tym myśleć, bo jedyne co będziesz robił, to właśnie to <troll> – a i nawet zapalenie światła nie pomogło się zorientować od razu, że zaliczyłem spadówę we własnym pokoju, to dostałem małego ataku paniki – dziwne uczucie tbh, którego nigdy wcześniej, ani później nie doświadczyłem. Ale wracając do meritum. Problem w tym, iż na ogół wymiana uprzejmości z typem – inna niż machnięcie ręki ze 100 metrów – miała miejsce w szkole jakieś 27 lat temu, bo chyba wtedy gadałem z nim ostatni raz.

Nie chciał pożyczyć kasy na wieczne oddanie, co nieco zbiło z pantałyku. Jak już dostroiłem pokrętło do jego pijackiego bełkotu, to dało się zrozumieć jakieś pierdolenie o szacunku i takie tam, choć w sumie koleś dla mnie obcy i nie bardzo jestem w stanie powiedzieć chociażby skąd wie gdzie mieszkam, chociaż na ulicy ręka rękę myje, więc o lokalizację nietrudno - pewnie zapytał pierwszą lepszą osobę, bo każdy wie, gdzie znaleźć szefa wszystkich szefów :coolface:. No, ale jak na swój stan całkiem uprzejmy koleś, a że fanem „Symetrii” jestem, to po części rozumiałem, co cedzi przez te dwa zęby (może zaproszę go na Wigilię?). Przyszedł do mnie, abym mu napompował piłkę, bo widuje mnie na boisku. Nawet nie wiem, jak typ ma na imię i dlaczego nie kradnie, uprawia rozboju, czy z czego tam żyje, a odwiedza mnie i zachowuje się jakbyśmy razem z ćwierć wieku przeleżeli. Zresztą na co mu użyteczna piłka do kosza? Przyjebie nią staruszce w banię i zabierze torebkę, aby sędzia miał problem z określeniem, czy to dycha z przedłużeniem ręki? Trochę zgrzyt i intencję nie do końca jasne (może alkohol mu podpowiedział, że dobrym pomysłem przed spotkaniem z kuratorem - gdy ledwo stoi na nogach - będzie sobie porzucać, bo wypoci podczas ruchu nieco trunku – no to powodzenia), ale staram się być ostatnio uprzejmy do ludzi, więc powiedziałem mu: a weź wypierdalaj <1/2 troll>. W ramach autoterapii nawet zacząłem się do obcych ostatnimi czasy odzywać. Nie, w sumie, to serio „trigeruje” introwertyczną cześć mojej natury i mam całkiem niezły ubaw z tego, jak się poci w rozmowie z nieznanymi mi ludźmi, gdy już kurz po takiej gadce opadnie.

Prośby nie spełniłem, bo jeszcze 10 sekund gadki i bym się upił perfumowaną anielską wodą od „Żulloniego” która typ się skropił. Zresztą z igłą miałem problem, bo złamałem, jak chciałem się wkuć… znaczy dmuchnąć w wentyl (no zjebanie) i sobie „grzechocze” w piłce, a zapasowa bawi się w chowanego i tak jej dobrze w tej norze, do której wpełzła, że ani myśli zaklepać. Jak szła główna sentencja tych podchodów? Raz, dwa, trzy za siebie… i chlust szklanka wódki w ramach nagrody. Czy może tylko u mnie na dzielni w tę odmianę bawione było? <1/4 troll>. Wysłałem go do sportowego i zdaje się, iż więcej mnie niepokoił nie będzie, bo jak go sprzedawczyni zobaczy, to z miejsca zadzwoni – bez pytania o cokolwiek – na psy, że napad. Może wydźwięk tego opisu sprawia wrażenie, jakbym miał jakiś ból dupy do typa, ale raczej tak nie jest. Przestało mnie cokolwiek obchodzić - poza jedną sprawą - i nawet napisałem na ten temat obszerny akapit, ale trafił do zamrażarki, bo jest tak optymistyczny, że wszyscy zaczęliby wspomnianymi żyletkami odliczać samogłoski do jego końca...

Miałem się wczoraj przejść do Lidla po bezalkoholową „Łomże” – bo tego dziadostwa jeszcze nie próbowałem, ale lenistwo wygrało z chęcią kuszenia losu (wiecie, kotwica i nawet jak bez procentów, to średni pomysł w przypadku takich moczymord jak ja – przez ostatnie 2.5 roku piłem taki "piwo" jedynie dwa razy). Choć w sumie, to nie lenistwo, tylko zmęczenie, bo w sobotę byłem na boisku blisko trzy godziny 1v1, a dnia następnego, choć wszystko mnie boli poszedłem na prawie dwie, tak naprawdę tego nie chcąc (skuteczność celnych poniżej średniej i w zasadzie się jedynie męczyłem) i mam dość. Wczoraj zrobiłem dzień wolny, chociaż pogoda uśmiechała się nieśmiało zachęcając do tańca w błocie, bo o lepszą trudno (jak zwykle boisko mokre).

Dobranoc.


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

Wspominałem ostatnio, że staram się gadać z ludźmi, bo zerwałem się z łańcucha i się uspołeczniam <troll>. Chyba całkiem nieźle mi to wychodzi. Posłuchajcie…

Miałem w sobotę piec bułki z bio mąki razowej, której kilogram kupiłem za całe 65 gr – zapomniałem sprawdzić jak wiele lat po terminie, ile by nie było, to ujdzie – ale zasiedziałem się na boisku – równe cztery godziny – i to, co udało się upiec to nogi, bo za nic nie chciało mi się już z ciastem handlować, co wiązało się z tym, że musiałem wyjść do sklepu po bułki z marketu – w sumie smakują i nie koniecznie natychmiast dają raka, więc co mi tam – neofitą nie byłem, nawet jak miałem niezłego pierdolca na punkcie odżywiania.

Cztery godziny w pełnym słońcu, bez koszuli, prężąc całe 31.5 cm rano zmierzone przed młodymi matkami, gdyż szukam kogoś, z kim mógłbym pójść na nowych Avengers, bo jak zabiorę jakiegoś kumpla, to pewnie tak się schla, że zleje się w gacie i średnio trochę z nim w kinie siedzieć <troll>. Jakiś czas temu pojawiły się pewne wątpliwości, więc powtórzę, aby nieco rozjaśnić – cztery godziny w słońcu od 12 do 16 – to tyle, jeżeli chodzi o moje rzekome obawy i fobie związane z promieniowaniem słonecznym. Skądinąd, to niemal wakacyjna średnia z zeszłego roku, więc na tle ludzi, którzy z niezrozumiałych mi powodów maja tendencję do siedzenia w pomieszczeniach w okularach i bluzie z kapturem <trolololo> jestem typem, który sobie słońca nie szczędzi, choć z jednym zgodzić się można – to faktycznie pajacowanie, gdyż przy moim fenotypie skóry powinienem stosować jakiś filtr, czego nigdy nie robię. Pewnie głównie z lenistwa. Swoją drogą na porodówce za chujowe „lądowanie” na tym świecie konował właśnie za kolor skóry odjął mi punkt, ponieważ byłem za biały. Nota w skali Apgar 9/10 – jebany rasista!

Na boisku był ojciec z sześciolatkiem (na oko), który miał potrzebę porzucać do tego samego kosza. Na ogół rodzice zwracają uwagę pociechą niemal od razu, że trochę przeszkadzają, choć pewnie nie dlatego, że tacy mili dla mnie, a raczej wiedzą, czym to się kończy, ale nie ten – ten był tak dumny z bycia rodzicem, że ta duma przejęła funkcję kory nowej odpowiedzialnej za kojarzenie. Zwróciłem nieśmiało uwagę, że obok jest drugi kosz, ale pokazał mi palec, bo przecież z dzieckiem jest, więc klękajcie narody. O ile młody w tym wieku myśleć na zasadzie przyczyna - skutek nie potrafi i można go zrozumieć, to ojciec już trochę wyobraźni posiadać powinien.

Problem polega na tym, że jak się kręci pod obręczą mały gamoń nie zważając na nic, to prędzej czy później znajdzie to, czego szuka. Starałem się uważać, sugerując, że mi po prostu przeszkadzają w treningu, ale ojciec wiedział swoje. Upór ojca doczekał się swojego finału i już w zasadzie przy pierwszej trójce ubiłem dzieciaka jak muchę, gdyż dostał w mordę rykoszetem od obręczy i wyleciał z butów. Oczywiście z 10 minut zanoszenia się młodego – chociaż tam pewnie więcej płaczu ze strachu, niż fizycznej krzywdy – i ból dupy ojca, który coś tam sapał – mów do ręki typie, mam słuchawki na łbie i właśnie wjeżdża D12 „Shit on You”. No tak, on wyszedł z dzieckiem z domu i cały świat ma się dostosować, bo cymbałowi trudno jest przenieś się na kosz na drugim końcu boiska, gdy go ładnie proszę.

Wychodzę z domu po te tekturowe bułki z cementem po koszu i czuje na klatce siarę. Schodzę dwa pietra niżej – nos ponownie wyczulony szuka alkoholu jak świnia trufli – i widzę pijanego sąsiada, który siedzi na schodach. Akurat podchodzi żona i otwiera mu drzwi. Zszedłem jedno piętro i słyszę… sąsiad pomylił najwyraźniej żonę z zabrudzonym dywanem, bo zaczął trzepać ją z kurzu już w przedpokoju. Kilka miesięcy temu widziałem, jak pani chodziła z lampami większymi, aniżeli Stalone po finale „Rocky 2”. Musicie wiedzieć jedno – jestem ostatnią osobą na świecie, która wpierdala się w nie swoje sprawy. Kiedyś jadąc autobusem odsunąłem się od mdlejącej dziewczyny, aby jej przypadkiem nie złapać i w konsekwencji cucić, więc traktuje to przekonanie dość poważnie <troll>. Choć powodem susa, mogło być również to, że była brzydka i gruba – ciężko powiedzieć, co zadecydowało <2x troll>.

Od sąsiada słyszałem, że przy ostatniej rocznicy bokserskich godów typ napierdalał lubą przeszło godzinę, a to, że nikt nie reagował w gruncie rzeczy dziwne nie jest. Jeszcze nie tak dawno efekt rozproszenia odpowiedzialnościi był mi obcy – na co ja się interesują tą zjebaną psychologią/socjologią, gdzie blisko 60% badań jest obecnie nie do powtórzenia i idzie do kosza – i pewnie założyłbym, że ktoś za mnie nie tylko zareaguje, ale już dawno wezwał odpowiednią pomoc i miałbym złudne poczucie i sobie machnął ręką. Kurwa…

Dostrzegam trzy możliwości. Jedna, to telefon, tylko trochę instynktownie – choć już z JP dawno wyrosłem – głos z tyłu głowy podpowiada mi, że nie mam środków na koncie, aby zadzwonić na psy <wink>. Mogę iść załatwić moje sprawy i wmawiać sobie, że zapomniałem aparatu słuchowego z domu, albo wrócić się te kilka schodów i postarać się pożyczyć trochę cukru. Z drugiej strony pałowanie się z typem po czterech godzinach kosza, gdzie ciała nie czuje – sam proszę się o wpierdol. Jak zjeść ciastko i mieć ciastko w takiej sytuacji, ma ktoś jakiś pomysł?

Z tego co się orientuje, to taka mała patologia z tych sąsiadów (jedno i drugie, szkoda tylko dzieciaka, bo wychodzi na tym, jak ja na zdjęciach [przy.red patus o patologii się wypowiada – mamy to proszę Państwa, nowy poziom zjebania]). Mieszkają w bloku chyba ponad rok, ale nie gadam z nimi, bo mam wyjebane – zresztą widuje średnio raz w miesiącu (nawet nie znam z nazwiska), więc ostatecznie doszedłem do wniosku, że lepszego momentu, aby się przedstawić i powitać sąsiadów w okolicy nie będzie – tyko skąd ja wezmę teraz ciasto?

Nie ukrywam, na trzeźwo, to opór stresująca sytuacja dla mnie, a jestem z tych osób, które jak się denerwują, to mają tendencje do żenująco głupich żartów i zachowań. Z natury introwertyk prowadzi monolog wewnętrzny w momencie, w którym coś może pójść nie tak – rozważając różne scenariusze możliwych sytuacji, ale nie było na to czasu i jedyne co przyszło mi na myśl to coś w stylu: Dobra typie sprawa taka. Albo zajebiesz żonę natychmiast i przestanie jęczeć, albo ja zajebie Ciebie, bo nie będę dłużej słuchał jak się nad nią znęcasz… Brzmi jak dobry plan na rozpoczęcie z typem small talku, może uzna, że jestem "zabawny" i nie będzie trzeba nawet gadać.

Zapukałem, koleś otworzył drzwi – choć do końca miałem nadzieje, że tego nie zrobi – ze skrzywionym ryjem bojowo nastawiony i włączył się u mnie mimowolnie mechanizm walki/ucieczki, a że po koszu nogi tak dokazywały, że nawet jakbym chciał, to na spierdalanie za późno, wyszło, iż bez zastanawiania się podświadomość zaczęła recytować „najlepszy” one-liner hit jaki wypowiedziałem kiedykolwiek na głos, a który przebił ten powyżej...

Idąc wczoraj do sklepu zaczepił mnie typ po czterdzieste pytając się, gdzie jest ZUS. Zastanawiam się dłuższą chwilę, bo nie mogę skojarzyć, a koleś łapię mnie za ramię i pokazuję budynek, na którym na pół ściany jest wysmarowane „ZUS” mówiąc: może to tutaj? I poszedł ciesząc michę. Z trollem w Internetach wiem jak sobie radzić, a na żywo? Podpowiecie coś? Powinienem go spoliczkować? 1 kwietnia taki fajny <troll>

No, jak widaćj proces mojej socjalizacji w rozkwicie. Jeszcze chwila i mówcę motywacyjnego i NLP z dyplomem zrobię, a wtedy ka-ching ka-ching i w końcu będzie mnie stać na podróż na Marsa, gdzie nareszcie zaznam świętego spokoju i będę mógł uprawiać nie skażone zanieczyszczeniami owoce i warzywa. No, spokój po tym, jak przejmę tożsamość znajdującego się tam Matta Damona, ale kto w takim miejscu prokuratora wezwie huh? Ok, pierwsza sytuacja, w której w takim wymiarze wetknąłem nos w nie swoje sprawy kiedy wypadało - choć szczęśliwy z tego powodu nie jestem - odhaczona na check liście wyzwań prowadzących ku dorosłości. Wziąłem za coś odpowiedzialność, dziwne uczucie, muszę się z tym przespać, ale pójść do kina <oink>. To właśnie robią normalnie funkcjonujący ludzie w społeczeństwie prawda? Wkurwiają się nawzajem i takie tam... czy tak długo siedziałem w tej piwnicy, że wszystko mi się pokręciło?

A propos cliffhangera, to pisałem, jak był pierwszy kwietnia i miał być to w domyśle zabieg… no jeszcze głupszy „żart”, niż ten, który zrobił mi koleś z ZUS, bo przecież nie ma nic bardziej śmiesznego, niż urwanie historii w takim momencie. Nie wiem, czy jest potrzeba publikować zakończenie – które skądinąd napisałem - dobra, sytuacja skończyła się w taki sposób, iż…

(S)pokój tej nocy myszki :heart:


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

Przechodziłem ostatnio koło włączonego telewizora - o nie! - i moją uwagę zwróciła Andżelika, pracownica lombardu, a Waszą? <troll>.

Jeżeli nic się nie spierdoli, to za około dwa tygodnie zamieszkam ze stwórcą świata, ojcem i przywódcą bogów i ludzi – królem i sędzią, strażnikiem porządku kosmicznego i politycznego, wspierającym królów w sprawowaniu władzy, postrzeganym również jako mędrzec wyjaśniający sny. Wieczny, mądry, sprawiedliwy, dobry i miłosierny, życzliwy ludziom. Poznajcie "EL".

Spoiler

Przedwstępna umowa podpisana, więc jak dożyje do 15 kwietnia, to w końcu będzie miał się kto mną opiekować (ba dum tss!).

Na blogu przez jakiś czas mogą pojawiać się wpisy o nieco większym ciężarze gatunkowym - a takie niekoniecznie dobrze się czyta - choć samopoczucie obudziło się już z letargu zimowego i jest w miarę stabilne. Od dawna znakuję dłuższy post odpowiednim nagłówkiem, aby czytelnik na wstępie wiedział czego może się spodziewać, więc niezainteresowanym taką tematyką przypominam, że taka wstawka spełnia określoną funkcje. Jest to trochę pokłosie okresu jesienno zimowego, w którym odkładałem wpisy, które mają wydźwięk jęczącej dziwki, albo są brudne i ciężkie w odbiorze, bo nie chce nimi molestować przesadnie czytelników i się trochę tego nazbierało (no, to co wypłakane do tej pory na kartach bloga było z nałożonym podwójnym tłumikiem), a że pisanie traktuje jako formę terapii - jest tańsza niż cymbał w poradni i lepiej się w moim wypadku sprawdza - to sobie być może pozwolę zrobić coś w większym zakresie dla siebie, ale to do końca nie jest przesądzone. A, że PS umiłowałem i jest to w zasadzie jedyne miejsce w sieci, w którym piszę (no social media od urodzenia). Zresztą ja mało jakiej tematyki unikam na blogu, więc po części bierzecie z całym dobrodziejstwem inwentarza tak czy inaczej i chyba to nie jest dziwne. Nadrzędnym powodem podzielić się nie chce - bo to prywatne sprawy, choć przez ostatnie dwa tygodnie próbowałem coś napisać i wyjaśnić raz na zawsze dlaczego jest jak jest - jednak pośrednio jest to związane z kryzysem i nawrotem chęci napicia się cysterny wódki i może być przesadnie dużo pisane w najbliższym czasie o alkoholu, co z drugiej strony chyba nie jest takie złe, bo alkohol każdy lubi nie?

Przesilenie, pełno ludzi z piwskiem w łapie na mieście i choćbym po szyje stał w wodzie, to umieram z pragnienia. A propos, jak już o takich bzdurach. Kilka dni temu minęło 2.5 roku abstynencji. Zdrowie!

Takie tam pierdolenie, że alkoholicy piją do lustra. Mnie w ponad 15 letniej karierze zdarzyło się chyba raz i tylko dlatego, że wszyscy inni zaliczyli spadówę. Oh wait, dowód anegdotyczny wartościowy tyle, co udar mózgu.

A, bym zapomniał. Ta wczorajsza wstawka, to w domyśle blok, gdzie będę artykułował typowy mój ból dupy, bo uznałem, że mogę sobie pozwolić na bycie 15 latkiem od czasu do czasu, raczej rzadko, w sumie po co mi to (?), więc ten... wyjdzie w praniu.

A, bym zapomniał bis... Boski Bogdanie, pamiętam i kiedyś się rozliczę z wpisu, na który się umówiliśmy. Ciągle próbuje się dokopać do pamiętnika, który zakopałem za głęboko <wink>.

Z fartem.


Odpowiedz
Cytat
yoovan
Dołączył: 10.11.2009

"Kilka dni temu minęło 2.5 roku abstynencji. "
Szacun! Ja szósty miesiąc:f_drink:


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

Niebo rzadko zanosiło się łzami w mijającym tygodniu, więc i u mnie przebiega on pod hasłem krwi, potu i… wszystkie łzy wypłakałem w 1996 na „Królu lwie”, a duszą bywam czerwony – oni się nie pocą <troll> – więc tak naprawdę pozostało tryskać krwią. Jedyne co mi wychodzi regularnie to sport, jednak i tutaj zdarza się kręcić nosem i potrzebuje czasami jasno określonego celu, aby nie dreptać w miejscu robiąc wszystko na raz.

Wczoraj 4.30 h mano e mano jedynie z przerwami na uzupełnianie płynów, więc nieźle popierdoliło, ale jak już mam się niszczyć, to przedawkowywać sport widzi mi się bardziej, aniżeli wódę. Nie wiem, co się z stało z palcem i kiedy – na boisku jest pełno szkła po wieczornych zabawach, więc pewnie opiłki zostały na piłce – ale niekomfortowo rzuca się przez trzy godziny z takim dziadostwem, gdyż przy każdym rzucie palec się czuje i jest to upierdliwe jak mucha, której ubić się nie da. Dodatkowo maluje wszystko na czerwono, choć to nie pierwszy "obraz" tworzony przeze mnie przy pomocy techniki skapywania farby...

W obecnym sezonie – który potrwa pewnie gdzieś do listopada – jest to rekordowa ilość czasu spędzona na boisku do tej pory, na którym się nie opierdalam, nawet jak jestem na nim sam, więc to dobry punkt wyjścia do próby bicia „rekordu”. Podobnie zresztą jest z tygodniówką, która wygląda w porządku jak na sześć dni (ponad 14 godzin sportu). Traktuje to jako wyzwanie mając nadzieje, że będzie mnie mobilizować do cięższej pracy, więc wrzucę sobie raz na jakiś czas raport z tego, jak mi idzie popełnianie samobójstwa na boisku i na ile skutecznie udało się zniszczyć sobie zdrowie. Ram czasowych nie zakładam – to znaczy jest nim obecny sezon – ponieważ w zależności od nastroju bywa z tym różnie, więc nie będę w stanie poprawiać wyniku z tygodnia na tydzień, chociaż myślę, że główną przeszkodą jest po prostu pogoda, która czasami skutecznie grę uniemożliwia, a na sztandze czasu wykręcić większego, niż te 1:30 h/dzień się nie da.

No właśnie docelowo – choć w ostatnich latach nie praktykowałem jak tylko pojawiało się słońce – chciałbym robić co najmniej dwa treningi siłowe w tygodniu i dwa razy korpus, aby utrzymać to, co wypracowałem przez zimę. Jest tego niewiele, ale szkoda - jak to zwykle po zimie bywało - oddać gram mięśni tak czy inaczej. Po dwóch godzinach kosza podnosić żelastwo jest mi trudno, szczególnie, że nie lubię dźwigać ogólnie, więc jak to będzie wyglądać i czy nie zrezygnuje po drodze...raczej nie dam rady łączyć tego na dłuższą metę – w zasadzie już po tygodniu nie mam ani chęci, ani siły do takiej praktyki.

Dzisiaj odpoczywam, bo stawy wysiadły i potrzebują regeneracji. Boli mnie wszystko poniżej pasa plus odcinek lędźwiowy. Z boiska schodzę zawsze ostatni, nie ważne, czy mam zepsutą kostkę, naciągniętą pachwinę, czy odbitą stopę i odciski palące jak spirytus gardło na dużych palcach u stóp (minął zaledwie tydzień intensywniejszej gry, a już jestem nieźle popsuty eh), a grywam najczęściej z ludźmi co najmniej 15 lat młodszymi, więc gra sama w sobie do łatwych nie należy pod względem kondycyjnym.

Rozbuduje tą mini sekcje o kolejne „achievement”. Priorytetem jest rzut za trzy, o którym napiszę coś w przyszłości, ponieważ ten aspekt gry jest dobrą analogią do mojego podejścia overall. Z początkiem ubiegłych wakacji nie potrafiłem - przy w miarę poprawnej technice - nawet dorzucić do kosza z odległości ~ 6.30 m, co było opór żenujące.

Z fartem.


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

Tak się dziwnie złożyło - choć wydawało mi się, iż jest inaczej, a raczej, że będzie jak zawsze, przez co nie byłem w stanie poprawnie ocenić sytuacji - samopoczucie po okresie jesienno - zimowym nie wróciło do oczekiwanego poziomu chujowo, ale stabilnie. Zdarza mi się nie wychodzić na kosza - co prawda głównie jak napierdala grad z piorunami - ale mimo wszystko u mnie nie pójście pograć nawet jak mi co dopiero rękę wybuch gazu odjął, to jest naprawdę zły omen i coś niespotykanego, co w zasadzie powinno budzić u mnie niepokój. Jako, iż aktywność sportowa w moim wypadku jest wyznacznikiem tego jak mi się żyje, to jak to szwankuje, to w zasadzie o wszystkim innym nie ma nawet co wspominać, bo każdy inny aspekt życia w takiej sytuacji puka w dno od spodu. Wczoraj przez cały dzień nie ruszyłem się z łóżka katując jakieś video typu "Osobliwość w czarnej dziurze" (i nie, to nie porno <ba dum tss!>) - czy tam inne pół martwe - pół żywe koty (choć mogę usprawiedliwiać się tym, że faktycznie padało cały dzień), a prawdę mówiąc z grubsza ostatni miesiąc u mnie tak wygląda (+kosz) i normalnie mógłbym napisać, iż wygrałem obecnie w życie, że mogę sobie na coś tak beztroskiego pozwolić i w teorii się opierdalać (za co pewnie przyjdzie słono kiedyś zapłacić, ale kto by tam się przejmował), bo na ten moment niczego więcej do szczęścia nie potrzebuje, gdyby właśnie nie to, że nie czuje z tego tytułu żadnej satysfakcji jak to zwykle bywa i mam krzywy ryj od kwaśnej miny jakbym porażania mięśni twarzy dostał (eh przypomniała mi się śmieszna historia z takim porażeniem związana i akurat nie mam weny fuuuu). Ktoś tej wiosny zapomniał wcisnąć odpowiedni przycisk odpowiedzialny za mój nastrój i strumieniem endorfin zamiast euforii popłynęło gówno.

Ni to mnie grzeje, ni ziębi <pozdrowienia do więzienia> (co chyba jest najgorsze - obojętność), ale trudno i darmo. Kiedyś przejdzie. Właściwie coś tam napisałem, ale to smuty, choć taki wydźwięk postów zdaje się ostatnim komentarzem sugerowałem (niemniej pojawią się kiedyś, skoro już napisałem). W sumie średnio co dwa, trzy dni siadam, aby wysmarkać co u mnie, ale dziwnym trafem jakoś się nie klei (a przynajmniej mam takie wrażenie, bo chyba to co piszę jest jednak zrozumiałe). Właściwie uznałem, że jak dzisiaj nic nie napisze, to będzie cicho przez następny miesiąc, więc wrzutka może spowoduje, że ruszę z wpisami, bo tak przez kilka milisekund dziennie głupio się czuje, że nic tutaj się nie dzieje. Tuż przed świętami przytrafiła mi się historia, która gdybym "był w formie", to tak cieszyłaby mi się morda, ze umieszczał bym ją w każdym zakątku internetu jak te nowo upieczone matki zdjęcia niemowlaków częściej, aniżeli oddychają irytując tym większość, a i pewnie na tablicy ogłoszeń ratusza bym wrzucił i wysłał do gazet jak NYT. Co prawda związana z koszem, więc dla większości mało ciekawa, ale dla mnie... no właśnie z powodu tego, że nastrój siedzi w izolatce rosyjskiego łagru, to do tej pory jej nie zamieściłem, a z mojej perspektywy to takie wydarzenia - gdybym czuł się dobrze - jak dla was wygranie PCA. W teorii powinienem jarać się jak Rzym za Nerona... no cóż, od kilku tygodni entuzjazm u mnie tak wielki, jakbym się dowiedział, że pozostało mi 1.5 miesiąca życia z dildo w dupie... nie czekaj, to złe porównanie, bo wtedy byłbym naprawdę szczęśliwy, eee to znaczy gdybym umierał, nie że dildo, po prostu dildo dopisałem zaraz przed wysłaniem i zamiast usunąć teraz się tłumaczę... o kurwa tonę, to nie spadochron panie pilocie, to plecak szkolny lel. Czyli jednak z pisaniem jest problem i się nie klei, skoro prosty zabieg stylistyczny sprawia trudność :coolface:

Nic to myszki, starałem się napisać cokolwiek - równie dobrze mógłbym postawić kropkę, ale to byłoby chujowe skoro nie było mnie dłuższy czas - aby pierwszy kamień rozpoczął lawinę (która pewnie mnie przysypie, ale w/e). Nie czuje sensu obecnie robienia czegokolwiek, a co dopiero prowadzania bloga, ale kto wie, może uda się coś częściej wrzucić w przerwie pomiędzy samo okaleczaniem papierowym nożem, a podlewaniem pomidorów. W zasadzie przydałby się jakiś wpis bez marudzenia, bo mam wrażenie, że przez ostatnie 1.5 roku może pojawił się taki z jeden :rolleyes: PMS się nieco wydłużył...

Spokojnej nocy.


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

Od ostatniego posta podjąłem się zadania napisania drugiej części historii opowiedzianej kiedyś na blogu, ale osoba, która miała w niej wystąpić kilka dni temu wyprowadziła się w zaświaty, przez co są małe problemy z autoryzacją. Niemniej kończą się smutne jak pizda dwa zaległe posty z okresu, gdy płakałem nawet nad niewdzięcznym losem szczotki do podłogi, więc zapowiada się epickie story na blogu :coolface: (albo zamrażarka w zależności od tego, którą nogą wstanę z łóżka)

Wizje chodźcie do mnie…

Wiedząc, że nie śledzę boksu regularnie dzwoni przedwczoraj do mnie Mike Tyson:

MT: Siema mordo. Pamiętasz nasz sparing przed tym, jak jako najmłodszy w historii zdobyłem tytuł mistrza?
Ch: No jacha. Po prawym prostym w drugiej rundzie obsrałeś się jak szpuk.
MT: To, to chuj tam, sprawdź co się odjebało w wadze ciężkiej w miniony weekend.
(few minutes later)
Ch: O skurwesyn!
MT: No chuj co?
Ch: Ekhm…Te Mike, skoro już dzwonisz… pożyczysz mi stówę do końca tygodnia?
MT: …
Ch: Mike, Mike! Jesteś jeszcze? Kurwa Mike…

Bestia o gołębim sercu, ta jasne.

Ja tam spóźniony ze wszystkim jestem, ale ciekawe rzeczy w ciężkiej się zadziały, więc odhaczam udawane zdziwienie, bo tak naprawdę wcale mnie to obecnie nie interesuje :coolface: Właściwie w ostatniej sekundzie przełączyłem przycisk we łbie na "bełkot", bo chciałem pierwotnie skomentować coś tam na forum, ale w zasadzie obecnie nie ma po co. Lepiej posłuchać Urszuli:

Z fartem.


Odpowiedz
Cytat
venatici
Dołączył: 15.03.2010

Urszula, siostra Phoebe? :coolface:


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

To ta nieporównywalnie brzydsza nie? A propos spóźnień obejrzałem 10 lat po finale. Jak był hype znajomi zamykali mnie na imprezach w składziku na szczotki, bo psułem im zabawę gadką nie na temat. Przy okazji przypomniał mi się kumpel z podstawówki. Gdy ludzie rozchodzili się na "Macgyvera" on chodził na "Drużynę A". Potrafił ostro się obrazić i wypominać całymi dniami wszystkim, że nikt poza nim nie ogląda tego serialu. Szkopuł w tym, że żadna stacja nie emitowała w tamtym okresie "Drużyny A" :pokerface:


Odpowiedz
Cytat
venatici
Dołączył: 15.03.2010

Napisane przez chudyand1
To ta nieporównywalnie brzydsza nie? A propos spóźnień obejrzałem 10 lat po finale. Jak był hype znajomi zamykali mnie na imprezach w składziku na szczotki, bo psułem im zabawę gadką nie na temat. Przy okazji przypomniał mi się kumpel z podstawówki. Gdy ludzie rozchodzili się na "Macgyvera" on chodził na "Drużynę A". Potrafił ostro się obrazić i wypominać całymi dniami wszystkim, że nikt poza nim nie ogląda tego serialu. Szkopuł w tym, że żadna stacja nie emitowała w tamtym okresie "Drużyny A" :pokerface:

Ja oglądałem Drużynę A...


Odpowiedz
Cytat
chudyand1
Dołączył: 04.04.2010

A tam jakieś pierdolenie mi wyszło (zamrażarka, bo gorąco na zewnątrz :coolface: ). Dla odmiany lakonicznie. Nie jest super, mogło być gorzej, średnio też jest ok. Udanej niedzieli.


Odpowiedz
Cytat