
Niektórzy byli introwertykami zanim to jeszcze było modne. Jak myślicie, jaka jest najgorsza sytuacja, w której taka osoba może się znależć? Pytanie u fryzjera: Jak tniemy? po czym słuchasz całymi dniami od znajomych: What's up, fucking… Sinead O'Connor looking motherfucker, gdyż z braku chęci angażowania się w rozmowę i tego, że nigdy nie wiesz jak chcesz obcięty zostać, aby pasowało to do twojego „ja”, a z którym nie we wszystkie dni tygodnia potrafisz się dogadać odpowiadasz: na łyso, mając nadzieje, że tak szyta – na tą okoliczność – kamizelka z kevlaru uchroni cię przed pociskami „small talk”, co okazuje się najczęściej wrażeniem złudnym, gdyż te małe „psiesyny” są rodzajem amunicji wolframowej. Jesteś zatem łysy i gadki o pogodzie nie unikniesz, chociaż przed wejściem do salonu powiesiłeś parasolkę na wieszaku. Nie wiem jak wygląda to u innych „Emo mruków”, ja nie mam problemu z „gadką szmatką” o ile prowadzona jest w określonym, niebanalnym kontekście. O pogodzie słuchać nie muszę, nie chce, a poza tym sądzę, iż Unia Europejska powinna zostać zniszczona (JKM).
Introwertyzmu nie należy mylić z nieśmiałością, choć bywa , iż obie cechy przytulone sypiają ze sobą nader często. Wszak sam przed „sweet 16th” stwierdziłem, że z kimś pośpię… to sobie psa kupiłem. Wyhamuj proszę ze współczuciem na kolejne wyznanie przegrywa – żartowałem. Na psa nie było mnie stać wtedy, to był szczur :D.
Kiedyś, jak jeszcze do lekarza chodziłem – okres borealny Plejstocenu – czułem się niezręcznie w momencie, w którym ktoś przylezie i poprosi, aby zająć mu miejsce i sobie zniknie, a potem przychodzi inna osoba i perspektywa tłumaczenia jej, że nie może stać za mną, bo miejsce zajmuje projekcja astralna pani, która ma wyjebane na stanie w geriatrycznym ogonku i sobie polazła w międzyczasie zrobić paznokcie do kosmetyczki wydawała mi się niekiedy niekomfortowa. Dlatego pewnie EtOH mnie zauroczył, bo choć starałem się nie korzystać z umiejętności jakie otwiera, to jednak poszerzał możliwości odpowiedzi o "A weź wypierdalaj" :coolface:.
Przed dwudziestym rokiem życia miewałem również problemy z rozmowami telefonicznymi, ale z tego akurat się chyba wyrasta. Albo wystarczy parę razy podzwonić chociażby do „wróżbity Macieja” jak znajomi, po czym przychodzi niepoliczalny rachunek, gdyż okazuje się, że to 0-700 – "ruch mich an", a koszt połączenia w umowie pisany o dziwo sympatycznym atramentem. Matula odprawia egzorcyzmy, a ojciec polewa wiadrem lodowatą wodą ze studni i następuje pełne uzdrowienie z zamiłowania do wykręcania numeru na tarczy – Jezu, jaki technologiczny ciemnogród – z nudów. Potem co prawda trzeba jeszcze dług odpracować na pracach społecznych, ale podobno gra warta świeczki - w końcu to „wróż” i twoja przyszłość, więc warto wiedzieć co cię czeka. Dawniej powszechną zabawą było dzwonienie z budek telefonicznych na losowe numery i robienie sobie beczki. Gimby nie znajo. Czasy się zmieniają. Kiedyś bawiło się w chowanego całą dzielnicą, a potem paliło ognisko wysokie na kilka metrów i piekło ziemnioki w nadziei, iż jakiś matoł próbujący to ognisko przeskoczyć się zapali. Dzisiaj jak się nudzisz, to można sobie z samolotu skoczyć, albo pójść do tunelu areodynamicznego. Nie wartościuje, staram się jedynie być narratorem, choć wiem jak łatwo ulec pokusie starczego pierdolenia.
Takie tam małe fobie z młodzieńczego okresu, które leczą się same, ale wyobraźcie sobie sytuację, w której podchodzicie do swojego kuzyna stojącego na przejściu dla pieszych i walicie mu siarczystą lepę na kark wykrzykując: Co tam szmato słychać? po czym typ się odwraca i okazuje się, że widzicie go pierwszy raz na oczy i te 99% przekonania, że to wasz krewny w jednej chwil opada wam na ryj jak żelazna kurtyna. Światła gasną.
Osobie z przewagą cech introwertycznych – takich jak przekładanie porannego alarmu budzika z dziesięć razy – wytłumaczyć, że to pomyłka (Witaj eee… pogoda dopisuje? #hipokryta), to jak wpuścić Żyda do mennicy i oczekiwać, iż wszystko pozostanie na swoim miejscu. Ja naprawdę nie wiem, czemu takie sytuacje nadzwyczaj często pole grawitacyjne, jakie generuje moja osoba przyciąga, wszak przecież jestem chudy, a więc żaden ze mnie masywny obiekt – z reguły powinienem skupiać wokół siebie pomniejszych popaprańców. Na szczęście – dla kolesia, bo podejrzewam, że gdyby doszło do konfrontacji zabiłbym go płaczem – typ strasznie się zmieszał i w popłochu oddalił na piętach szybciej, aniżeli Robert Korzeniowski.
Prawda, mogę suszyć zęby z pełnym uśmiechem, ale to mnie czekała wieloletnia terapia spowodowana tą traumą. Tak mi zaschło w gardle, że nie zdążyłem go nawet poprosić o zaświadczenie na piśmie i nadal „podśmiechujki”, za to, iż wierze w duchy, gdyż to niemożliwe, aby po planecie stąpała osoba bardziej „ugodowa” ode mnie w swej uszczypliwości życie utrudniają .Choć z ugodowością bywało różnie za młodu, bo nos kilkukrotnie jak wolny elektron nie zmieniał orbity sam z siebie i trzeba było mu w tym czasami pomóc, ale zwykle w ostateczności i w szermierce z co najmniej równymi sobie, bo sąd kapturowy nad kimś o głowę niższym – o ile nie chciał za wszelką cenę udowodniać całemu światu, iż ze względu na zasięg ramion mnie nie dosięgnie – po prostu średnio bawił i wolałem się dogadać, nawet kosztem wizerunku, co nie zawsze było dla "wychowującego" się na ulicy dobre (bo prowokowało, iż w kolejce aby przypierdolić ustawiały się zakonnice, dziewczynki i ochroniarze - emeryci z Biedry). Obecnie przez tę sytuację z „kuzynem” – a raczej jej pokłosie – nie mówię cześć nawet najbliższym znajomym, dopóki nie okażą dowodu osobistego. Minęło z kilkanaście lat <troll>.
W minionym roku ze dwa miesiące wybierałem się po tablicę magnetyczną. To był ten czas na blogu, jak oszalałem myśląc, że samorozwój, to jest coś dobrego dla mnie i że czytelnicy będę mieli z tego jakiś pożytek, bo przecież to takie trendy, cool i wypada wpisać się w nurt. Wiecie co wypada? Odbyt Edwardowi Nortonowi w „American History X” po „aferze majtkowej”. Musicie wybaczyć, że pobrudziłem sobie ręce próbą doskonalenia samego siebie. Byłem pod wpływem dużego stresu i sporych dawek mefedronu i nie wiem, co ja sobie wtedy myślałem – czuje się taki brudny (o)(o). Obiecuje, że jak będę chciał na przyszłość umieć w „samorozwój”, to zrobię sobie operację powiększania biustu czy czegoś tam.
Chciałem na tejże tablicy zapisywać dzienne cele, bo zdaje się, że to jedna z niewielu metod, która w jakiś sposób pomaga mi zabrać się za cokolwiek – choć jedynie przez kilka dni i na pół gwizdka – ale po taką musiałbym się wybrać do hurtowni, którą znajduję się na drugim końcu… ulicy, na której mieszkam. Przechodziłem koło niej ilekroć wylezę z domu, ale dodatkowe 30 metrów, to czasami zbyt wiele – wie każdy, kogo w centrum miasta sranie przyciśnie.
W końcu się zebrałem w sobie i poszedłem, ale okazało się, że hurtownię zlikwidowali. Podirytowany i prawdziwie zmotywowany – no choć raz w zeszłym roku – uzbrojony w koktajl Mołotowa, który wyświetlał się na grafice w telefonie – trafiłem pod nowy adres hurtowni, aby wyartykułować wyrazy mego niezadowolenia – wkurwienie 999 lvl – z zaistniałej sytuacji, ale i tak nie kupiłem tablicy, gdyż jak zwykle zacząłem rozmyślać i ostatecznie doszedłem do wniosku, że muszę obciąć paznokcie, a i jeszcze, że i tak czeka mnie remont pokoju, więc wtedy pierdolnę pół ściany farbą magnetyczną, na której można pisać kredą i wówczas będę mógł malować sobie do woli pentagramy w kształcie cycków, które mają formę pierników… znaczy się cele, chodzi oczywiście o cele. Brzmi jak cebulowa teoria szczęścia pisana przez Polaka… oh wait. Tak mniej więcej sprawdza się w moim wypadku koncepcja z samorozwoju jaką jest „metoda małych kroków” niby potwierdzona przez wielu empirycznie. Zaletę jednak jakaś jest i na redukcji się sprawdza, bo próbując ją zaimplementować na początku miesiąca, do drzwi pokoju się jeszcze nie doczłapałem. Należałoby przymknąć kawałek oka na to co piszę. To, że u mnie rozwój się zwija wbrew oczekiwaniom w zasadzie nic nie oznacza i niczemu nie dowodzi, poza to co napisałem wyżej #gupichudy.
No dobrze, wbrew pozorom, to moje podejście i prokrastynacja jest wynikiem wielu czynników, na które nieraz wpływu się nie ma, ale przecież nie będę tym zanudzał i przedstawiał siebie jako ofiarę nieszczęśliwych zbiegów okoliczności (no przynajmniej nie za często) bawiąc się we „Fraud” psychoanalityka (#kokaina) – i tak sporo lamentu było od jesieni – bo i tak wszystko na koniec dnia sprowadza się do tego, że jestem po prostu durny, nawet jeżeli zaprzęgnę do prób tłumaczenia mojego postępowania jednostką chorobową, zaburzenie, czy to, że chleb drożeje przez Donalda T, więc najłatwiej jest po prostu od razu zaznaczyć, że ma się żółte papiery, a nie robić z problemów zdrowotnych wymówki. Przynajmniej sam ze sobą jesteś wtedy szczery. Tej, czy mnie się nie należy jakaś renta z powodu ułomności, którą mógłbym sobie sfinansować gierkę? Gdybym tylko był socjalistą…
Sentyment do gier od dawna mam tak wielki, jak do dziwki, która zaraża STD, ale ta jest akurat jak Odette Annable* (coo?)
To te chwilę z dzieciństwa, które nosisz w sobie do końca i przytulasz do nich, jak ci smutno, a kiedy to nie martwiłeś się tym, że trzeba się wykąpać po tym, jak cały umorusany przylazłeś z podwórka (co, że może Ty się chętnie kąpałeś? to zaraz dostaniesz pasy na dupsko za zgrywanie arystokraty odszczepieńcu <troll>), bo pół dnia siedziałeś z kolegami w krzakach, ulepszając szałas i popalając „Crazy”.
Pewnie się powtórzę, ale graliśmy w RE2 z bratem na zmianę po kilka minut bez karty pamięci i w niemiecką wersję językową, więc jak się komuś umarło, to trzeba było się przeprowadzać, bo z chaty nawet wióra się nie ostały. Brat młodszy, więc za którymś razem się wycwanił i znudzony i znużony tym, iż próbuje na nim wszystkie ciosy z „Wejścia smoka” przypierdolił mi żelazkiem na ryj i ze dwa razy kablem poprawił i pamiętam, że nawet przez jakiś czas odechciało mi się po nim skakać.
A musicie widzieć, że wtedy żelazka służyły do prasowania i nie dało się zamawiać przez nie pizzy, przez co były kawałkiem solidnego argumentu w dyskusji. W szkole jak na złość język rosyjski i nauczyciel, który spółgłoski „ł” nie wymawiał i zdarzyło mu się kiedyś prostować jednego z uczniów zdaniem „Co ty mi laskę robisz, że do szkoły chodzisz?” – tę dykteryjkę z całą pewnością powtarzam, ale się wpasowuje, zresztą kto ubogiemu w słowo zabroni? Słówka sprawdzałem w jakiś słowniku papierowym, co i tak było trudne, ponieważ ze słuchu. Gdybym tylko wcześniej zorientował się, że stary na moim „Królu Lwie” nagrał niemieckiego pornosa, to i pewnie znaczenia słów by mi do głowy szybciej weszły.
W ramach protestu wymierzonego w galę muzyki nie będzie. Ponieważ mój faworyt do Oscara nawet nominowany nie został, podzielę się tym obrazem w tym miejscu. Dawno nie widziałem czegoś równie dobrego:
Dobranoc drodzy.
* kto wie o co chodzi z tą analogią? <troll>. Nie pytajcie, napisałem to zdania dwa tygodnie temu i zgubiłem się po całości, a nie chce mi się po fakcie dorabiać... Odette przepraszam Cię, wiem, że czytasz.